Za nami pierwsza i wszystko wskazuje na to, że nie ostatnia pełna kolejka PKO Bank Polski Ekstraklasy w najbliższych tygodniach. Spotkania Lecha Poznań oraz Legii Warszawa zostały przełożone ze względu na udział obu zespołów w europejskich pucharach. Co się wydarzyło w ostatnich dniach? Oto sześć wniosków.
Szczęśliwa trzynastka
Tego się nie spodziewaliśmy. Przez dwanaście spotkań żaden z beniaminków nie potrafił wywalczyć kompletu punktów na boisku. Jak się jednak okazało, do trzynastu razy sztuka! Szczęśliwa trzynastka była dla Warty Poznań, która zwyciężyła w Płocku.
Beniaminek z Wielkopolski zasłużenie wygrał na Mazowszu. Był lepiej zorganizowany, wykorzystał słabości defensywy Nafciarzy i ją wypunktował. Drugą młodość wydaje się przeżywać Łukasz Trałka, który zasuwa w środku pola, a do tego jeszcze asystuje i sam wpisuje się na listę strzelców.
Dziurawa defensywa
Akurat zwycięstwo Warty w Płocku było jedną z największych sensacji rozegranych spotkań 5. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Drugi z beniaminków, teoretycznie najsilniejszy, bo zwycięzca rozgrywek Fortuna 1. Ligi z poprzedniego sezonu, wciąż nie potrafi się odnaleźć w ekstraklasowej rzeczywistości.
Albo inaczej: defensywa Podbeskidzia nie potrafi się odnaleźć w ekstraklasowej rzeczywistości. Górale rozdają prezenty na prawo i lewo, a kto z nich nie korzysta ten trąba. Trudno jednak oczekiwać, aby tacy zawodnicy jak Flavio Paixao czy Łukasz Zwoliński z zimną krwią nie wykorzystywali kolejnych pomyłek defensywy zespołu Krzysztofa Brede.
Lechia wygrała 4:0, a Podbeskidzie w pięciu spotkaniach straciło już imponującą liczbę 16 goli. Kiedy ten licznik się w końcu zatrzyma? Średnia ponad trzech traconych bramek na jeden mecz chluby nie przynosi…
Półprzełamanie Piasta
Gliwiczanie od kilku dni mogą spokojnie skupić się na rozgrywkach ligowych, bo pożegnali się już z europejskimi pucharami. Kibice Piasta długo czekali nie tyle na pierwsze zwycięstwo, co na pierwsze gole w tym sezonie. O ile bramkę rywala udało się odczarować, to kompletu punktów wciąż nie udało się zdobyć.
Tak też było wczoraj w Mielcu. Piast nawet przez chwilę pierwszy raz w tym sezonie prowadził. Dosłownie przez chwilę, bo niecałe 120 sekund. Później dwa ciosy zadał Mateusz Mak i było po ptakach, a zespół Waldemara Fornalika, wciąż bez pierwszego trenera na ławce, wrócił do domu bez punktów.
Brak logiki w Zabrzu
Dziwny to był mecz Górnika. Wszyscy liczyli na popisy strzeleckie Jesusa Jimeneza i spółki, a tymczasem do ostatnich chwil zabrzanie drżeli o wywalczenie jednego punktu.
Na Roosvelta przyjechała rozbita przed tygodniem Wisła Kraków. Biała Gwiazda jednak w niczym nie przypominała drużyny, która kilka dni wcześniej dostała łomot przed własną publicznością od Wisły Płock. Wręcz przeciwnie. Ekipa Artura Skowronka była zorganizowana, potrafiła stworzyć sytuacje pod bramką Martina Chudego, ale kiedy już nawet bramkarz Górnika nie dawał rady, to z pomocą mu przychodziło obramowanie bramki, czyli poprzeczka oraz słupek.
Tradycyjny Raków
Wydawało się, że nadszedł idealny moment, aby zespół Marka Papszuna w końcu ograł Cracovię. W poprzednim sezonie Pasy trzykrotnie pokonywały Raków, ale w bieżących rozgrywkach częstochowianie wydają się znacznie lepsi niż kilka tygodni temu.
I wszystko wskazywało na to, że zespół spod Jasnej Góry w końcu dopnie swego i ogra krakowian na ich terenie. Raków prowadził już 2:0, ale dał się ukąsić jeszcze przed przerwą. Cracovia doprowadziła do wyrównania w doliczonym czasie gry do drugiej połowy. Częstochowianie, licząc poprzedni sezon i obecny, stracili w ostatnim kwadransie aż 18 bramek…
Gościnna Jaga
Miało być przełamanie przy Słonecznej, a wyszło jeszcze gorzej niż w dwóch poprzednich domowych meczach. Jagiellonia do dwóch remisów dorzuciła porażkę przed własną publicznością. Porażkę, która musi boleć Bogdana Zająca i jego piłkarzy.
Dlaczego? Pszczółki niby dłużej utrzymywały się przy piłce, niby oddawały strzały, ale nie wynikało z tego nic wielkiego. Kiedy udało się dość do dobrej pozycji strzeleckiej, wówczas kopały obok lub nad bramką.
Jaga pierwszy celny strzał oddała w… 89. minucie za sprawą Jesusa Imaza. Trochę późno, skoro straciła gola w 10. minucie i przez 80 minut goniła wynik…
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.