Weźmy Jose Mourinho i cofnijmy się do lat 90. Albo z życia nieodżałowanego Johana Cruyffa wytnijmy piłkarskie lata. Wtedy otrzymamy Arrigo Sacchiego. Pięknego i bestię w jednej osobie.
Arogancki i butny, pewny siebie i swoich idei, nieprzyjemny i szorstki w pracy i oficjalnych kontaktach. Nigdy banalny. Te cechy oraz parę też innych Portugalczyk ma z Sacchiego. Czy się na nim wzorował? Na pewno, w końcu mowa o człowieku, który miał największy wpływ na futbol z przełomu lat 80. i 90. poprzedniego wieku. Eureka na San Siro
Smykałki do gry w piłkę za to nie miał za grosz. Owszem nogi niosły, serce chciało, ale dla własnego dobra i wyników juniorskiej drużyny Fusignano grał tam, gdzie drewniane umiejętności dało się ukryć najłatwiej. Zatem prawa lub lewa obrona. Przeciąć i oddać do najbliższego kolegi, nie przekraczać własnej połowy – takie otrzymywał dyspozycje od trenera. Oczywiście nie spełniało to ambicji dorastającego chłopaka, którego oczy i głowa coraz szerzej otwierały się na Holandię. To tam tworzył się wielki Ajax, a w ślad za nim reprezentacja Oranje i przymiotnik totalny nabierał zupełnie innego znaczenia. Myślący dniami i nocami o futbolu Arrigo obserwował to zjawisko z daleka i bliska. Z bliska też, dlatego że pierwsza praca pozwalała mu na wyjazdy do Amsterdamu. Pomagając ojcu w prowadzeniu fabryczki obuwia i w poszukiwaniu materiałów, nowego rynku zbytu i Bóg wie czego jeszcze zapuszczał się w nieco odleglejsze strony. W Holandii zobaczył i między jedną a drugą wizytą pojął, że bohaterem jest drużyna, a nie jednostka i że koncert jest udany wtedy, kiedy wszyscy grają harmonijnie. Tak, koncert, bo futbol jest jak muzyka. Musi dawać przyjemność. Musi być estetyczną ucztą dla zmysłów. Miał więc gotowe trenerskie credo.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały tekst można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”