Skoro Warta to swojska banda, kapitan jest jej hersztem. Z poznańskim klubem przeszedł szlak od III ligi do Ekstraklasy. Jego historia pokazuje, że jeśli się bardzo chce, to można.
(fot. 400mm.pl)
KONRAD WITKOWSKI
Czuje się pan symbolem Warty?
Często utożsamia się mnie z klubem, w końcu jestem tu już ładnych parę lat, w trakcie których udało się zrobić bardzo wiele. Dużo zawdzięczam Warcie, a ona trochę zawdzięcza mnie. To sprawia, że tworzymy jedność. Mówi się, że jak Warta, to Kieliba. Bardzo dobrze mi z tym skojarzeniem.
Długa droga do celu, konsekwentne pokonywanie przeciwności – to cechy wspólne pana i klubu.
Nie było nam łatwo podczas tej wędrówki. Dzięki temu jeszcze bardziej pasujemy do siebie. Zarówno Warta, jak i ja, nie wybrzydzamy. W mojej przygodzie z piłką były dotychczas tylko dwa kluby. Nie należę do osób szukających na siłę czegoś nowego. Wolę stabilność i poczucie odpowiedzialności za swoją pracę. Jako wychowankowi było mi łatwo przywiązać się do Jaroty. Z Wartą jest podobnie, chociaż z innych powodów: wszystkie sukcesy, ale i perturbacje, sprawiały, że z roku na rok klub stawał się dla mnie coraz bliższy. Zmian na różnych płaszczyznach było w ostatnich latach mnóstwo, w moim związku z Wartą nie ma mowy o nudzie.
Grając przez wiele sezonów w Jarocinie, jeszcze marzył pan o Ekstraklasie czy raczej pogodził się z perspektywą
kopania piłki na niższych szczeblach?
Jako młody chłopak wchodzący do drugoligowej drużyny byłem pełen optymizmu. Liczyłem na to, że przebiję się na wyższy poziom. Jak patrzę z perspektywy czasu, myślę, że może trzeba było zaryzykować wcześniej, bo interesowały się mną mocniejsze kluby. Nie spieszyłem się jednak do zmiany otoczenia, nawet mimo problemów. Po spadku Jaroty delikatnie zakopałem się w III lidze. Nadzieja na Ekstraklasę była wtedy bardzo mała, właściwie to zniknęła. Koncentrowałem się na tym, żeby pogodzić grę w piłkę z pracą, co było bardzo trudnym zadaniem. Dzisiaj aż podziwiam samego siebie, że wytrzymałem tak długo.
Czym się pan zajmował?
Rozwoziłem towar do sklepów. Mam prawo jazdy kategorii C, które zrobiłem w czasie, gdy byłem bardzo bliski rzucenia futbolu. Po operacjach kolana długo nie mogłem dojść do pełni sił. Musiałem brać pod uwagę, że zdrowie nie pozwoli mi kontynuować przygody z piłką. Wtedy podjąłem pracę, którą przez ponad trzy lata łączyłem z występami w Jarocie. Mocno ograniczyłem sen. Bywało, że wstawałem jeszcze w nocy, gdyż towar trzeba było dostarczyć na rano do sklepów oddalonych czasami nawet o 400 kilometrów. Doba była za krótka, zaniedbywałem regenerację, jednak na treningach i meczach sił jakoś nie brakowało. Po bardzo udanej rundzie w III lidze starało się o mnie sporo klubów. Pomyślałem: jak przejdę do lepszej drużyny, przestanę pracować i wreszcie się wyśpię, to może faktycznie jeszcze coś ze mnie będzie?
Wtedy zgłosiła się Warta.
Zaryzykowałem, ponieważ praca i gra w Jarocie łącznie gwarantowały większe zarobki niż sama umowa w poznańskim klubie. Postawiłem wszystko na jedną kartę, także z tego względu, że organizm zaczął się buntować: siadałem za kierownicą niewyspany, jeździłem nad ranem, więc momentami bywało groźnie. Uznaliśmy z żoną, że jeżeli nadejdzie odpowiednia okazja, powinienem zdecydować się tylko na sport. Wierzyłem, że jeszcze w tym samym sezonie uda się awansować z Wartą do II ligi i tak się stało. Później wszystko bardzo przyspieszyło.
Który etap na drodze do Ekstraklasy uważa pan za najtrudniejszy?
Niełatwych momentów było sporo, choćby awans do I ligi bez pieniędzy na najpilniejsze wydatki, nie wspominając o kilkumiesięcznych zaległościach w wypłatach, ale ten najtrudniejszy to bez wątpienia rok 2018. Okres zmian właścicielskich w Warcie, ponadto dużych problemów w domu. Mój świat wywrócił się do góry nogami. Wówczas ważyły się losy klubu, jednak dla mnie były to sprawy mniej istotne.
Odczuwał pan tremę przed debiutem w Ekstraklasie, będąc już po 30. urodzinach?
Gdybym debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej kilka lat wcześniej, byłbym bardzo przejęty i zdenerwowany. Doświadczenia w życiu prywatnym sprawiły jednak, że obciążenia związane z piłką zniknęły gdzieś po drodze. Prawdziwy stres przeżyłem poza sportem. Akurat przed sezonem sporo działo się w kwestiach rodzinnych: mieliśmy jechać do Włoch na kontynuację badania, lecz córka trochę się rozchorowała, napędziła nam sporo strachu w trasie do Mediolanu. Kiedy sytuacja się uspokoiła, wyczekiwałem Ekstraklasy, chciałem jej spróbować oraz przekonać się, na co możemy liczyć. Przed pierwszą kolejką czułem, że to więcej niż zwykły mecz, coś nowego i lepszego, jednak nie towarzyszyła temu presja.
Jak obecnie czuje się córeczka?
Pomimo szybkiej diagnozy i natychmiastowej decyzji o wzięciu udziału w badaniu klinicznym, choroba przyspieszyła. Córka osłabła, przestała samodzielnie przełykać, zaczęły się nawet problemy z oddechem. Dzisiaj poprawa jest zauważalna. W pewnym stopniu wróciły niektóre umiejętności związane z poruszaniem i co najważniejsze, ustabilizował się oddech. Majeczka jednak nadal jest słabym dzieckiem, karmionym przez gastrostomię i we wszystkich czynnościach, nawet najprostszych, potrzebuje pomocy. Mając na uwadze to, w jakim była stanie i jak blisko byliśmy jej utraty, szanujemy to, co otrzymaliśmy. Majka jest bystra, bardzo pogodna, co trochę rekompensuje nam ten trudny czas. Jestem przekonany, że najgorsze już za nami.
Bardzo zła końcówka rundy jesiennej w wykonaniu Warty to efekt wyjątkowo krótkiego okresu przygotowawczego?
W trakcie rundy było kilka przerw na mecze reprezentacji, co dawało czas na regenerację. Przyczyn słabych wyników szukałbym gdzie indziej, nie była to kwestia zmęczenia fizycznego. Dopadły nas urazy, spora grupa zawodników zmagała się z koronawirusem. Kłopoty się nawarstwiały, co dało się zauważyć w ostatnich meczach. Inna sprawa, że w niektórych przypadkach sami pozbawiliśmy się szansy na punkty.
Aleks Ławniczak, od kilkunastu miesięcy zbierający doświadczenie u pana boku, to materiał na klasowego
stopera?
Może już nie materiał, a bardzo solidny obrońca. Mimo młodego wieku, gra dojrzale i równo. Aleks rzadko miewa wahania formy, utrzymuje co najmniej przyzwoity poziom. Jest inteligentnym chłopakiem, z dobrym podejściem do piłki. Nie wiem tylko, czy nie przesadziłem, wystawiając mu taką laurkę, ale może akurat tego nie przeczyta.
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (04/2021)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.