W Niemczech Mateuszowi Klichowi szło jak po grudzie, a w Holandii spisuje się bardzo dobrze. Od przyjścia do Twente Enschede zagrał we wszystkich 15 meczach Eredivisie, nie schodząc z boiska ani na minutę. Jak to wytłumaczyć?
ROZMAWIAŁ JERZY CHWAŁEK
Gdy mam zaufanie i wsparcie trenera,
to pokazuję co potrafię – mówi Klich (na zdjęciu). – W niemieckim
Kaiserslautern było tak, że po jednym mniej udanym meczu lądowałem na ławce
albo na trybunach.
W takim razie skąd takie zaufanie u
szkoleniowca Twente, Rene Hake?
Znam tego trenera jeszcze z czasów
występów w PEC Zwolle przed trzema laty. Był wówczas jednym z asystentów
pierwszego szkoleniowca. Pamiętał mnie z tamtego okresu, a ja jego. Wybrałem
zatem Twente w dużym stopniu ze względu właśnie na osobę trenera. Przyszedłem
tu, żeby grać jak najwięcej i na razie się udaje. Taki był plan i pomysł na
powrót do Holandii.
Zaufanie trenera musi być duże, skoro
od razu po przyjściu stał się pan etatowym wykonawcą rzutów karnych.
Przed pierwszym moim meczem trener
spytał czy chcę strzelać karne, więc odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Myślę,
że moją umiejętność egzekwowania jedenastek pamiętał dobrze z Zwolle.
Przed sezonem Twente miało wielkie problemy.
Mogło nawet być zdegradowane z Eredivisie za nieprawidłowości finansowe. Jak
odbierane jest miejsce w środku tabeli, które zajmujecie w lidze?
Robimy psikusa wielu kibicom, biorąc
pod uwagę wcześniejsze kłopoty. Wielu przecież uważało, że będziemy się bronić
przed spadkiem, a pierwszą rundę skończyliśmy na siódmym miejscu. Myślę, że
stać nas, żeby zakończyć rundę zasadniczą na tym miejscu, co daje szansę na grę
w play-offach. Chociaż nawet wywalczenie wysokiej pozycji nie pozwoli nam
zagrać w europejskich pucharach, ponieważ mamy zakaz wskutek wspomnianych
nieprawidłowości finansowych z przeszłości.
Wasze mecze w Enschede ogląda po 25
tysięcy ludzi, co jak na 165-tysięczne miasto robi duże wrażenie.
Trafne spostrzeżenie. Na naszym
stadionie prawie zawsze gramy przy pełnych trybunach, co dla mnie akurat ma
znaczenie. Lubię atmosferę wypełnionego stadionu, bo to mobilizuje i pomaga.
Poza tym kibice w naprawdę dużej liczbie jeżdżą również na nasze mecze
wyjazdowe.
Wróćmy na moment do Niemiec. Spędził pan
dwa lata w Wolfsburgu i półtora roku w drugoligowym Kaiserslautern. W 1.
Bundeslidze nie zagrał ani razu, a dorobek w 2. Bundeslidze to 21 meczów i 4
gole. Czy w tej sytuacji można powiedzieć, że pobyt w Niemczech to był stracony
czas?
Biorąc pod uwagę liczbę rozegranych
meczów był faktycznie stracony, bo liczyłem na więcej w obu klubach. Jednak
dużo skorzystałem pod względem piłkarskim, szczególnie w Wolfsburgu. Nauczyłem
się gry w defensywie, co w niemieckiej piłce ligowej jest bardzo ważne. Nie był
to więc tak zupełnie stracony czas, co dostrzegam teraz grając w lidze
holenderskiej.
Dlaczego nie udało się, szczególnie w
Kaiserslautern, grać więcej i być wiodącą postacią? Klub z 2. Bundesligi nie
jest chyba mocniejszy od Twente Enschede, w którym akurat występuje pan
regularnie?
Gdy przyszedłem do 1. FC
Kaiserslautern większość ludzi w klubie uważała, że awansujemy. Myślę, że dużo
transferów było robionych pod kątem przyszłej gry w najwyższej klasie
rozgrywkowej i chyba mnie również sprowadzono z taką perspektywą. Tymczasem w
drugiej lidze gra się inaczej – jest dużo walki i bardzo dużo biegania.
Ostatecznie nie udało się awansować. W Kaiserslautern był też taki problem, że
gdy szło mi dobrze, to wszystko było okej. Ale po jednym słabszym meczu od razu
siadałem na ławie, a nawet na trybunach. Może i sposób mojej gry to powodował.
Jestem zawodnikiem lubiącym grać do przodu, a nie tylko podawać piłkę do tyłu i
do boku. Lubię ryzykować, a przy takiej grze zdarza się więcej błędów i
niecelnych podań. Tak czy inaczej nie czułem zaufania trenera, żeby stawiał na
mnie przez dłuższy czas tak jak dzieje się to obecnie w Enschede. Chciałem
odejść z Kaiserslautern już po pierwszym sezonie, ale udało się dopiero po
następnym. Myślę, że nie był dla mnie aż tak zły, skoro zagrałem w 16 meczach
ligowych.
A myśli pan, że tylko sprawy czysto
piłkarskie zadecydowały o niepowodzeniach w Niemczech? Arkadiusz Milik podobnie
nie mógł się odnaleźć w dwóch klubach niemieckich – Leverkusen i Augsburgu – a
po przyjściu do Ajaksu stał się szybko piłkarzem europejskiego formatu.
Mentalność Niemców i Holendrów jest
trochę inna, ale wszystko rozgrywa się raczej na boisku. W Bundeslidze trzeba
podporządkować się trenerowi i taktyce jaką on ustali. W Holandii mam więcej
swobody na boisku, żeby pokazać to co potrafię. Dla mnie to istotne. Poza tym
jest jeszcze jedna różnica. W Niemczech trzeba być od razu gotowym do gry,
jeśli przychodzi się do Bundesligi. Nie ma czasu na rozwój piłkarza, nikt też
nie czeka, aż się zaaklimatyzujesz. Po przyjeździe z Cracovii do Wolfsburga nie
byłem gotowy na grę w Bundeslidze. Stopniowo się aklimatyzowałem, na treningach
było raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy nie mogłem zweryfikować swoich
umiejętności w ligowym meczu. Nie dostałem na to nawet pięciu minut i miałem
trochę żalu z tego powodu.
W Holandii jest inaczej?
W Eredivisie przeciętna wieku piłkarzy
jest niższa niż w Bundeslidze. Trenerzy stawiają na rozwój zawodnika, bo mają
na to czas. Później wielu piłkarzy trafia z ligi holenderskiej do Niemiec i są gotowi
do gry.
Trudno nie zauważyć, że najwięcej
występów w reprezentacji zanotował pan będąc piłkarzem Zwolle. Powtórzy się
sytuacja, że grając w Holandii trafi pan znowu do kadry?
Mam taką nadzieję, ale wszystko zależy
od selekcjonera. Chyba każdy piłkarz, który zagrał w reprezentacji nawet raz,
chce do niej wrócić. Koncentruję się na grze w klubie, chcę się pokazać z jak
najlepszej strony, bo to jedyna droga, żeby wrócić do kadry. Chyba jestem
gdzieś w szerokim kręgu piłkarzy, skoro asystent selekcjonera Bogdan Zając,
dzwonił do mnie jeszcze kiedy byłem zawodnikiem Kaiserslautern. Wierzę, że do
Enschede też ktoś zadzwoni.
Liga holenderska gra prawie non stop,
polska Lotto Ekstraklasa ruszy za trzy tygodnie. To może być pana atutem przy
powołaniach na marcowy mecz z Czarnogórą…
Zimowe przygotowania w klubie były
bardzo krótkie i już gramy. Zanim ruszy polska liga, to zdążę rozegrać cztery
mecze ligowe, więc można powiedzieć, że będę w pełni sezonu. Ale czy
selekcjoner będzie się tym kierował przy powołaniach, tego nie wiem.
Jeden z czterech rzutów karnych w
sezonie strzelił pan Ajaksowi. Było to w doliczonym czasie gry i dało wam
zwycięstwo 1:0. Czy to był najważniejszy moment w tym sezonie dla pana?
Najważniejszy i najbardziej
ekscytujący. Jeśli strzela się karnego w takich okolicznościach i drużyna
wygrywa z Ajaksem, to jest coś fajnego. Zapamiętam ten moment do końca życia.
Ajax niedługo zagra z Legią w 1/16
finału Ligi Europy. Jakie szanse ma Legia?
Tak szczerze mówiąc, to nie wiem kto
jest faworytem tej konfrontacji. Legia pokazała w grupie Ligi Mistrzów, że umie
grać z mocnymi drużynami. Ajax też prezentuje dobry i ciekawy futbol, dlatego
jestem bardzo ciekawy tej konfrontacji.
Na co, albo na kogo Legia powinna
szczególnie uważać?
Chyba najbardziej na duńskiego
napastnika Kaspera Dolberga, bo to wielki talent. Boczni pomocnicy to również
silna strona zespołu. Zapewne trener mistrzów Polski przeanalizuje grę Ajaksu,
ale uważam, że legioniści powinni zagrać bardzo wysokim pressingiem, żeby nie
pozwolić klepać i grać piłką Ajaksowi, bo właśnie w takiej grze Holendrzy czują
się najlepiej i Legia może mieć wówczas kłopoty.
Wymienił pan nazwisko Dolberga, a w
drużynie Twente błyszczy niespełna 20-letni turecki napastnik Enes Unal. Czy to
przyszła gwiazda europejskiej piłki?
Kto wie… Jeśli będzie nadal tak
pracował i grał, to ma szansę, żeby być w gronie czołowych napastników.
Strzelił 10 bramek w 17 meczach i jest gorszy tylko od Nicolaia Joergensena z
Feyenoordu, który ma dwa trafienia więcej.
Z Bartoszem Kapustką łączy pana nie
tylko fakt, że graliście w Cracovii. On też po wyjeździe z Polski do bardzo
mocnej ligi ma kłopoty i nie gra. Dobrze zrobił wyjeżdżając do Anglii?
Uważam, że dobrze. Ja też nie
wyjechałem za wcześnie. Jestem pewien, że podobnie jak my, zrobiłoby 90 procent
piłkarzy z polskiej ligi. Bartek zderzył się z prawdziwym światem piłkarskim,
zobaczył i nauczył się dużo. Moim błędem było to, że z Wolfsburga zbyt późno
poszedłem na wypożyczenie. Premier League jest chyba jeszcze cięższa niż
Bundesliga. Może wypożyczenie będzie najlepszą opcją dla Kapustki? Sugerowałem
szefom Twente opcję wypożyczenia Bartka z Leicester. W tym sezonie jest to
niemożliwe, bo zabraniają tego przepisy, jeśli piłkarz grał wcześniej w dwóch
klubach, jak w przypadku Bartka, który był zawodnikiem Cracovii i jest
Leicester. Wspomniany Enes Unal jest wypożyczony do nas z Manchesteru City, a
wcześniej trafiał na tych samych zasadach do Genk i NAC Breda, bo wiadomo, że w
angielskim potentacie nie ma teraz szans na pierwszy skład. Ale gra i stale się
rozwija, co potwierdza golami strzelanymi dla Twente. Wypożyczenia to ścieżka,
którą często stosują czołowe europejskie kluby. W naszym zespole są jeszcze
dwaj inni piłkarze wypożyczeni z Manchesteru – pomocnicy Bersant Celina i Yaw
Yeboah.
To na koniec – jaki jest pana ulubiony
kwiat?
Czuję podstęp w tym pytaniu więc
powiem, że tulipan. Zresztą nie tylko te kwiaty podobają mi się w Holandii.
Ludzie są bardzo otwarci, więc czujemy się tutaj, razem z moją dziewczyną
Magdaleną, bardzo dobrze. Nawet gdybym chciał narzekać na coś w Holandii, to za
bardzo nie mam na co.
Wywiad ukazał się także w najnowszym numerze tygodnika „Piłka Nożna”
Sukces Ewy Pajor! Wygrana w El Clasico i kolejne trofeum do kolekcji
Barcelona Femeni sięgnęła po szósty tytuł Superpucharu Hiszpanii, odprawiając w sobotnim spotkaniu Real Madryt z kwitkiem. W podstawowym składzie Blaugrany wyszła napastniczka reprezentacji Polski, Ewa Pajor.
Michał Nalepa znalazł nowy klub! Opowiedział o życiu w Turcji
Był bez klubu od września, kiedy to rozwiązano z nim kontrakt ze względu na limit obcokrajowców, a po kilku miesiącach czekania wiemy, gdzie będzie kontynuował swoją karierę. Opowiedział nam o tym, jak żyje się w Kraju Półksiężyca.