Przejdź do treści
90 minut z Sebastianem Milą: Podejrzani są Dziadek, Dyzio i Chrapo

Polska Ekstraklasa

90 minut z Sebastianem Milą: Podejrzani są Dziadek, Dyzio i Chrapo

Doskonale wie, jak smakuje tytuł mistrza Polski. Jako kapitan doświadczył takiej przyjemności w Śląsku Wrocław, a teraz twierdzi, że w gdańskiej szatni dostrzega podobny, a nawet taki sam, głód sukcesu. W ekstraklasie rozegrał ponad 300 meczów, zdobył ponad 50 goli, ale – jak deklaruje – to wciąż mało. Przed świętami porozmawialiśmy nie tylko o choince.


ROZMAWIAŁ ADAM GODLEWSKI

Jaki to był rok dla ciebie?

Na pewno dosyć smutny. Mimo że końcówkę poprzedniego sezonu mieliśmy w Lechii bardzo udaną, to znaleźliśmy się poza europejskimi pucharami. Wiadomość, że nie pojadę na Euro do Francji z reprezentacją Polski też mnie nie podbudowała. Do tego doszło sporo kontuzji, więc nieustannie musiałem się leczyć i gonić formę – mówi Mila, i szybko dodaje: – Gdyby jednak tego wszystkiego… nie brać pod uwagę, to dla moich drużyn, czyli dla reprezentacji Polski, jak i dla Lechii to był wręcz świetny rok! 

Co zatem chciałbyś dostać pod choinkę na rozweselenie?

Szczerze, to nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze skupiałem się na tym, co ja sprezentuję najbliższym. Choć pewnie prawda jest taka, że ze dwie fury zdrowia by mi się przydały, bo w tym roku wyjątkowo go brakowało. Jak nie kontuzje, to musiało przyplątać się chociaż przeziębienie. Może po prostu mój przebieg jest już na tyle znaczący, że muszę zacząć bardziej o siebie dbać. To znaczy jeszcze bardziej. Łatwo na pewno jednak się nie dam. Inna sprawa, że przebywając z rodziną najlepiej ładuję akumulatory i wypoczywam, więc czas świąteczno-noworoczny, który uwielbiam celebrować, mogę poświęcić żonie i córce. To dla mnie najlepszy prezent, obojętne co znajdę pod choinką. 

Co masz na myśli mówiąc, że łatwo się nie dasz?

Że to jeszcze nie jest mój koniec. Nie mówię, że dogram tylko ten sezon i jeszcze kolejny, na który mam ważną umowę z Lechią, a potem już na pewno emerytura. Nie, to wcale nie musi być mój ostatni kontrakt.

Czyli chcesz dotrwać na boisku do czterdziestki?

Nie, aż tak długo to chyba nie. Chciałbym, żeby finał mojej kariery miał ręce i nogi. To znaczy chciałbym skończyć grać w fajnym dla mnie i dla drużyny momencie. Najważniejsze jest jednak zdrowie, bo cała ta zabawa ma sens, dopóki ono dopisuje. 

Sebastian, ale nie oszukujmy się, do czwórki z przodu na liczniku już niewiele ci brakuje.

Zachowuj się! Jeśli mamy kontynuować tę rozmowę, to chociaż postaraj się być miły.

Nie obruszaj się. Niby dostałeś dychę od Piotra Nowaka, ale trener ewidentnie odsuwa cię od bramki przeciwnika. Swoją drogą, w jakich okolicznościach pozbyłeś się szóstki, w której kierunku zmierzasz na boisku, na plecach?

Trener przyszedł przed sezonem i powiedział: ty musisz grać z numerem dziesięć. Mogłem oczywiście odmówić, ale… szef jest tylko jeden, i lepiej wykonywać jego polecenia. A poza tym zrobiło mi się miło, bo dycha zawsze jest prestiżowa i wyjątkowa. Dla mnie to była dodatkowa motywacja, i wydaje mi się, że trener traktował tę decyzję właśnie jako nowy bodziec, którym na mnie podziała. 

To niezły kawalarz z tego Nowaka, skoro najpierw daje ci dychę, a potem cofa na boisku coraz bliżej przed własną bramkę. 

Trochę tak, bo dziś rzeczywiście bliżej mi do zadań szóstki niż dziesiątki, a najbliżej – do ósemki. Schodkami schodzę w dół, ale myślę, że dzieje się to z korzyścią dla mnie. A przede wszystkim skorzysta na tym drużyna, kiedy już przywyknę do gry na tej pozycji. 

Nie obawiasz się, że te schody zaprowadzą cię do obrony i skończysz na stoperze?

Myślę, że nie. Aby grać z powodzeniem w linii obrony, trzeba mieć przecież solidną podbudowę. A przede wszystkim mieć pojęcie o defensywie.

Akurat z tego względu wydajesz się idealnym kandydatem. Przecież jako młodzieżowiec występowałeś na lewej obronie. W kadrze, która walczyła o udział w igrzyskach. 

(ze śmiechem) Ależ się dziś uparłeś, daj już spokój, nie wypominaj mi tego! A tak zupełnie poważnie, to dzięki temu, że miałem taki epizod w obronie, dziś w środku pola łatwiej mi popracować w destrukcji. 

OK, skoro ty na poważnie, to i ja kończę żarty. Naprawdę nie zastanawiasz się, co będzie za półtora roku, kiedy wygaśnie obecny kontrakt z Lechią?

Zawsze koncentrowałem się na dwóch, trzech najbliższych wydarzeniach. Podejmowanie decyzji, co będzie dalej, zostawiałem zawsze na później. OK, zdaję sobie sprawę, że czas leci nieubłaganie, mam to z tyłu głowy. Wiem, że to już ostatnie lata gry, ale będę się upierał, że jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. Zobaczymy, co czas przyniesie. 

Odnoszę jednak wrażenie, że szukasz już innej roli w życiu, które zacznie się po karierze. W czerwcu byłeś reporterem „Przeglądu Sportowego”, a obserwując twoje konto na Twitterze można odnieść wrażenie, że w umowie masz wpisane wspieranie działu marketingu Lechii. 

Podejmując się wyjazdu na Euro 2016 w roli – w cudzysłowie – dziennikarza, chciałem po prostu spróbować czegoś nowego i czegoś się nauczyć. Oceniając z perspektywy czasu, to była fajna lekcja życia i świetny ruch. A przede wszystkim dobre lekarstwo na chandrę, która dopadła mnie, kiedy dowiedziałem się, że nie załapię się do kadry Adama Nawałki na mistrzostwa Europy. 

Serducho nie bolało we Francji, że inni grają, a ty przyglądasz się z boku?

Pewnie, że wolałbym być w drużynie. Bo to świetny zespół, w którym panuje znakomita atmosfera. Każdy z kadrowiczów szybko się pakuje po meczu ligowym i jak najszybciej przyjeżdża na zgrupowanie, nie tylko dlatego, że jest to związane z prestiżem jaki daje reprezentowanie kraju. Także z uwagi na świadomość, że fajnie spędza czas w dobrym towarzystwie. Nie będę ukrywał, na to, jak świetnie koledzy radzą sobie we Francji i jaką mają piękną przygodę, patrzyłem z zazdrością. Oddałbym wszystko, żeby być w środku zespołu, ale życie pokazało mi inny kierunek. Cóż, bywa i tak. 

W jakich okolicznościach Nawałka poinformował, że nie będzie ci dane przeżycie przygody w Euro 2016?

Trener zadzwonił przed nominacjami, pogadaliśmy na wiele tematów związanych ze mną i funkcjonowaniem drużyny. I w pewnym momencie po prostu powiedział, że nie znajdzie dla mnie miejsca w kadrze. Oczywiście, zrobiło się przykro, ale powiedziałem, że i tak dziękuję za wszystko, co selekcjoner dla mnie zrobił. I że ta reprezentacja będzie mi bliska niezależnie od tego, czy ze mną w składzie, czy bez. Emocjonalnie związałem się z ekipą, dlatego moje wypowiedzi na temat obecnej kadry były – i pewnie nadal będą – mało obiektywne. Kibicuję trenerowi Nawałce i tej drużynie.

Pojawiła się wtedy łezka?

Pojawiła się… To zresztą trudne do uniknięcia, kiedy miałeś wielkie marzenie, a dowiadujesz się, że nie uda ci się go spełnić. 

Jak oceniasz z perspektywy wczasowicza w La Baule – ćwierćfinał to był sukces biało-czerwonych, czy zmarnowana została szansa nawet na finał?

Uważam, że awans do ćwierćfinału to ogromny sukces. Tyle że mistrzostwa we Francji pokazały, że przy większej dozie szczęścia mogliśmy zajść nawet dalej. Wiadomo, jak to w życiu – gdyby los się szerzej do ciebie uśmiechnął, mógłbyś wylądować w lepszym klubie, wygrać więcej trofeów, pojechać z kadrą na duży turniej. Bez odrobiny fartu nie byłoby nas jednak nawet w ćwierćfinale. Zamiast więc grzebać w przeszłości, skoncentrowałbym się na tym, że perspektywy tej drużyny są piękne. We Francji zaczęło się coś fajnego, a w następnej dużej imprezie może być równie dobrze. A nawet jeszcze lepiej. 

Nie jest czasami tak, że gdyby twój kolega – ten z Bayernu Monachium – przyjechał bardziej wypoczęty i w wyższej formie, to nie trzeba byłoby liczyć na troszkę więcej szczęścia?

Powiem tak – rzeczywiście widać było po topowych, najlepszych piłkarzach na świecie, że na Euro do Francji przyjechali bardzo zmęczeni długim, wyczerpującym sezonem. Słyszałem wiele krytycznych uwag pod adresem Roberta Lewandowskiego, ale ja z bliska widziałem, że on wykonywał swoją robotę. Absorbował uwagę przeciwników, podwajanie, potrajanie było na porządku dziennym każdego rywala, z którym graliśmy. W każdym sektorze, w którym Lewy operował. 

Tyle że kapitan naszej drużyny nie poleciał do Francji absorbować rywali, ale powalczyć o tytuł króla strzelców. A wrócił stamtąd z jednym golem. I dlatego był wybierany do jedenastek rozczarowań turnieju.

Jak znam Roberta, a znam dosyć dobrze, przede wszystkim jako piłkarza…

… bo to w końcu twój kolega, jak chwaliłeś się na Twitterze…

… tak, to jest mój kolega z drużyny, wiem że jest bardzo ambitny. I absolutnie nie neguję, że właśnie po to, o czym mówisz, pojechał do Francji. W pierwszej kolejności dla Lewego liczył się jednak dobry występ i awans reprezentacji do jak najwyższej fazy turnieju. Wiem, że bolało go, że nie strzelał jak na zawołanie, tak jak w eliminacjach, czy w drużynie klubowej, ale priorytetem był dla niego zespół. I dla zespołu wykonał kawał świetnej roboty.

Mecz z Rumunią na koniec tegorocznej fazy eliminacji mistrzostw świata był świetny w wykonaniu naszej drużyny, najmądrzej rozegrany pewnie od co najmniej 10 lat. Wcześniej wybuchła jednak afera alkoholowa. Jak do niej podchodziłeś?

Jazda w mediach była ostra, więc moment był trudny dla chłopaków, trenerów i wszystkich związanych z drużyną narodową. Wydarzyło się coś, do czego wcale nie musiało dojść, ale trener rozwiązał problem po mistrzowsku. I po męsku, nie rozwodząc się publicznie nad tym, co zaistniało. A koledzy pokazali w Bukareszcie, że tak naprawdę liczy się dla nich wyłącznie dobro reprezentacji. 

Mam wrażenie, że uciekasz od tematu. A przecież nie wziąłeś się z kosmosu, i wiesz z jaką częstotliwością odbywają się w piłkarskich zespołach imprezy. Naszych i zagranicznych. Gdyby Anglicy mieli robić z tego zagadnienie, to nie starczyłoby im szpalt w gazetach na inną tematykę.

Trudno komentować mi to zdarzenie szerzej, bo nie byłem już wówczas w kadrze. 

Znasz jednak ten zespół, długo byłeś w środku. I co – nigdy nie imprezowaliście? To było pierwszy raz?

(ze śmiechem) Zawsze byliśmy dobrze przygotowani do meczu. Do każdego meczu. Tyle mogę powiedzieć na ten temat. Oczywiście, był także czas na piwo i odreagowanie, ale pewne granice – wówczas kiedy ja byłem powoływany – nie zostały nigdy przekroczone. Każdy potrafił zachować proporcje i wiedział, kiedy jest odpowiedni czas na bankiet. Trener Nawałka miał pełne zaufanie, ale też pełną kontrolę nad wszystkim, co działo się w drużynie.

A w którym ze swoich ośmiu klubów spotkałeś najmocniejszą grupę bankietową?

Kiedy byłem jeszcze juniorem, to balety były na znacznie… wyższym poziomie, a tu i ówdzie nawet na porządku dziennym. Natomiast teraz piłkarze podchodzą do odreagowywania ze znacznie większym wyczuciem. O ile kiedyś imprezy były notoryczne, to teraz są sporadyczne. Ale też zmianę podejścia widać po wynikach osiąganych przez reprezentację Polski. I po nazwach i klasie klubów, do jakich teraz trafiają nasi najlepsi piłkarze. Wystarczy porównać z tym, co było 15-20 lat temu. Choć tak naprawdę to nie ma czego porównywać. 

W zasadzie nie odpowiedziałeś na moje pytanie…

…e, tam – po co drążyć (ze śmiechem). Trafiałem do klubów, w których byli sami ministranci. A mimo to było przyjemnie. Na przykład w ŁKS nie było pieniędzy, więc atmosfera była… super. Skoro borykaliśmy się z problemami finansowymi, to szukaliśmy rezerw i wyższego poziomu mobilizacji gdzie indziej. To znaczy więcej czasu musieliśmy poświęcać na integrację, i wytwarzanie dobrej atmosfery. Były podgrupy, w których ustalaliśmy jak poradzić sobie z kolejnym przeciwnikiem. Tyle że przed meczem to się nie zdarzało. Po meczu tak, nawet często. Zresztą tak naprawdę, to nie spotkałem na swojej drodze zawodnika, który balowałby przed spotkaniem. 

A Patrik Mraz w Śląsku? Solidaryzowałeś się bardziej z gościem, który przyszedł nieświeży na zajęcia, a nie z tymi, którzy to ujawnili.

W mediach zostało to zupełnie inaczej przedstawione niż było w rzeczywistości. Zawsze uważałem po prostu, że pewne rzeczy powinniśmy rozwiązywać we własnym gronie, w drużynie, a nie na zewnątrz. Jako kapitana najbardziej zabolało mnie to, że sprawa została wywleczona na forum publiczne. 

Jakie dziś masz kontakty z braćmi Gikiewiczami?

Bardzo dobre! Zawsze zresztą miałem z nimi dobre stosunki. Często dzwonimy do siebie, to znaczy porównywalnie jak do innych członków mistrzowskiej ekipy ze Śląska Wrocław. Zrobiliśmy przecież wspólnie coś fajnego. Oczywiście braciaki znają moje zdanie na temat tamtego incydentu. Wiedzą, co media wyolbrzymiły, ale orientują się też doskonale, o co miałem pretensje. 

Temat reprezentacji jest już w twoim wydaniu definitywnie zamknięty?

Wychodzę z założenia, że piłkarz taki jak ja nie będzie się wygłupiał ogłaszaniem zakończenia występów w reprezentacji. To kiedyś zrobi Lewy. A ja po prostu muszę zaakceptować to, że powołania przestały do mnie przychodzić. I tyle. Bardzo bym chciał być zadowolony, z tego co osiągnąłem – zarówno jeśli chodzi o futbol klubowy, jak i reprezentacyjny – ale mam świadomość, że można było ugrać więcej. I nadal chcę więcej! Już zresztą wspominałem, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. 

Do zagranicznego etapu kariery klubowej też już jednak nie wrócisz. Nie odmienisz go, nie poprawisz. 

To prawda. Wielu kwestii już nie odwrócę, dlatego koncentruję się na tym, co przede mną. Poważnie. Ale prawda jest taka, że nie ze wszystkiego muszę być niezadowolony. Bo fajne momenty też przeżywałem przez lata kariery.

Którego gola, z dwóch swoich najbardziej spektakularnych trafień wspominasz milej – tego z Manchesterem City w barwach Groclinu, czy strzelonego Niemcom w reprezentacji Polski?

Wyżej cenię tego na Stadionie Narodowym. Opowiadali mi później ludzie, że po tym, jak zdobyłem tę bramkę, zupełnie obce osoby wpadały sobie w objęcia, obściskiwały się. To niesamowite, ile wtedy ludzie mieli radości. Nie to, żebym puszczał sobie tego gola, jak mam gorszy nastrój, ale zawsze kiedy sobie przypomnę ten moment i spontaniczną radość kibiców po nim, po prostu pozytywnie się napędzam. 

Na co stać kadrę Nawałki w najbliższym mundialu w Rosji? Na medal?

Myślę, że tak. Ale pod warunkiem, że nasi wiodący reprezentanci nadal będą wiodącymi zawodnikami w znaczących zagranicznych klubach. Drugi warunek – może nawet jeszcze ważniejszy – jest taki, że musi zaistnieć element szczęścia: fartowne losowanie, dobra grupa, potem dobra drabinka turniejowa. Bo bez tego ani rusz! A fajnie byłoby jeszcze, gdyby nasi najważniejsi piłkarze, z moim kolegą z Bayernu na czele, akurat w 2018 roku nie grali w finałach europejskich pucharów. Bo wtedy nie ma siły, żeby w trakcie mistrzostw świata nie odczuwali w nogach sezonu rozegranego w klubach. Taka jest prawda. To zresztą bolączka wszystkich znakomitych zawodników, którzy występują w rozgrywkach klubowych do końca i potem brakuje im czasu na regenerację. 

We Francji odkryłeś w sobie żyłkę reportera?

Przede wszystkim przekonałem się, jaki stres towarzyszy takiemu zajęciu, bo bardzo się denerwowałem, kiedy musiałem robić dziennikarskie materiały. Chciałem dobrze wywiązywać się z obowiązków – na tyle, że lekko… zmarnowałem swoim dziewczynom urlop. Bo to był czas wakacji w klubie, więc do Francji pojechałem z całą rodziną. Tak jednak zaangażowałem się w działalność reporterską, tak mi się spodobało, że przygotowywaniu wywiadów też towarzyszy nutka adrenaliny, aż w pewnym momencie Ula powiedziała mi: – Sebastian, widzę, że ciężko będzie z tym naszym urlopem w La Baule. Biorę więc córkę i jedziemy do Disneylandu, póki mamy szansę. A ty spełniaj się jako dziennikarz. Bo widzę, że sprawia ci to frajdę, więc nie będziemy przeszkadzać. Urlop poszedł więc tak naprawdę na boczny tor, skoncentrowałem się na pracy. 

Przygotowywałeś się do każdego wywiadu, który przeprowadzałeś?

Oczywiście! W pewnym momencie zastanawiałem się także nad nowymi projektami, które można by zrealizować. I nad tym jak inaczej pokazywać reprezentację Polski, żeby oddać klimat jaki rzeczywiście panował w drużynie we Francji. Chciałem robić coś fajnego, co mogłoby się spodobać internautom i czytelnikom.

Z czego jesteś najbardziej zadowolony?

Z początku nie byłem przekonany do robienia wywiadów, ale z perspektywy czasu najbardziej podobały mi się właśnie rozmowy, które zrobiłem z reprezentantami Polski. Przekonałem się jednak również, jak trudne jest to zajęcie. I jak czasochłonne jest robienie gazety, a nawet o ile wcześniej trzeba przyjść na wywiad, żeby się udał. Zawsze miałem szacunek dla pracy dziennikarzy, zawsze mieliście ze mną dobre relacje, ale po Euro we Francji wiem doskonale, jaki wysiłek związany jest z waszą robotą. Zobaczyłem jak to wygląda z drugiej strony. Byłem przyzwyczajony, że jak idę na wywiad, to zawsze ktoś na mnie czeka. Bo wcześniej zawsze tak było. A w La Baule to ja musiałem czekać. Byliśmy konkretnie umówieni, ale chłopakom często coś wypadało. Śmieszyło mnie to długo, ale i wkurzało, bo za chwilę miałem pójść gdzieś z Ulą. Mimo składanych wcześniej obietnic musiałem dzwonić z prośbą, żeby na przykład sama szła na obiad, bo ja zamiast być po robocie, jeszcze nawet… nie zacząłem! Przekonałem się, że dziennikarz nie może sobie tak poukładać czasu w pracy i po pracy jak piłkarz. Najważniejsze jednak, że wróciłem do kraju w przeświadczeniu, że czegoś się nauczyłem, a moje materiały podobały się odbiorcom. 

Pogadaliśmy już o tobie i o reprezentacji, to warto jeszcze o Lechii. Kiedy Piotr Nowak przychodził do Gdańska powiedziałeś – pół żartem – że profilaktycznie chowacie wiaderko z wodą przed treningiem. Tak jest do tej pory?

Okazało się, że spekulacje związane z osobą trenera, a zwłaszcza opisy ostrych podobno zwyczajów na treningach, które dotarły z Ameryki, zupełnie nie zbiegały się z tym, jak zachowuje się u nas. Dlatego zacząłem wątpić w prawdziwość tych doniesień. Piotr Nowak okazał się człowiekiem bardzo spokojnym, który na chłodno przyjmuje rozwiązania, które nie są po jego myśli, czy jego drużyny. Bez rzucania przedmiotami, nawet bez krzyku. 

I naprawdę nikogo nie pobił w Lechii podczas zajęć?

(ze śmiechem) No właśnie nie! Też wszyscy byliśmy takim obrotem sprawy zaskoczeni. Zgodnie z opisami ze Stanów, które trafiły do Polski przed trenerem, byliśmy przygotowani na liczne ekscesy na treningach, tymczasem nie doszło do żadnego. Nie ma nerwów i krzyku, jest spokój i profesjonalna motywacja.

Kiedy patrzysz, jak Nowak zagrywa, możesz ocenić, że był lepszym lub gorszym piłkarzem od Ryszarda Tarasiewicza, którego pupilem byłeś w Śląsku Wrocław?

To niezwykle trudne pytanie. Tarasiewicz był osobowością na boisku, widać było, że jako piłkarz musiał być mega dobry. Nowak miał, i ma, inny styl, jest niższy, więc zupełnie inaczej się porusza. Ale jako zawodnik też był super. Miałem niesamowity fart, że trafiłem na dwóch takich trenerów, z których na dodatek każdy grał na mojej pozycji. Tyle że ja mam zupełnie inny styl niż każdy z nich. Nie ma jednak sensu ukrywać, że trener Tarasiewicz bardzo wierzył we mnie i moje umiejętności, więc bardzo blisko jest mi do niego.

Czyżby Nowak nie wierzył?

Myślę, że skoro jestem u niego kapitanem to też wierzy. Muszę jednak walczyć bardzo mocno o minuty w tym sezonie, więc zakładam, że kredyt zaufania mam dużo mniejszy niż u trenera Tarasiewicza. 

A jak to w ogóle jest być niegrającym kapitanem?

To bardzo trudne, czujesz się o niebo lepiej, kiedy jesteś na boisku i masz na wszystko bezpośredni wpływ. Na szczęście w Lechii jest grupa naprawdę inteligentnych zawodników, którzy doskonale rozumieją po pierwsze: co to jest drużyna. A po drugie – moją niełatwą tej jesieni sytuację. Kuba Wawrzyniak, Milos Krasić, Sławek Peszko, Dyzio Wojtkowiak, Michał Chrapek – wszyscy mnie wspierają. A Mario Maloca – uwielbiam tego gościa! On świetnie napędza atmosferę w szatni.

Kto jest w radzie drużyny?

Krasa, ja, Wawrzyn, Dyzio i Flavio Paixao.

Dlaczego akurat taki skład? W jakim języku rozmawiacie podczas obrad?

Zazwyczaj po angielsku. Ze względu na Flavio. Bo Milos już wszystko rozumie po polsku, więc spokojnie dogadalibyśmy się z nim po naszemu. Choć oczywiście bywa wesoło, kiedy zaczyna mówić po polsku. Rada jest tak zbudowana, żeby każda grupa etniczna bądź językowa miała swojego przedstawiciela. Polski zaciąg jest najliczniejszy, stąd trójka przedstawicieli, ale zawodników z Bałkanów jest bodajże pięciu, a i szeroko pojętych Portugalczyków zebrało się sporo. Są przecież Flavio i Marco, Joao Nunes, Steven Vitoria, a także Simu Sławczew, który mieszkał w Lizbonie i dogaduje się w tym języku. 

Jak traktujesz Krasicia – jako kumpla, czy konkurenta do gry na swojej pozycji i kapitańskiej opaski?

Jako bardzo dobrego kolegę, z którym świetnie się dogaduje i spędza czas. To człowiek, który pokazuje wielką klasę, tak po ludzku, a nie tylko jako piłkarz na boisku. Nawet w moim wieku można się od niego wiele nauczyć. 

Czego na przykład?

Choćby tego, że kiedy wychodzisz na boisko nie masz prawa myśleć, co dotąd osiągnąłeś, tylko co jeszcze możesz osiągnąć, co nadal przed tobą. Kiedy wchodzę na mecz jako rezerwowy, oddaje mi opaskę i jeszcze sam wkłada na ramię, z pełnym szacunkiem. Co więcej mogę więc powiedzieć na jego temat? Ogromne szczęście spotkało mnie i chłopaków z Lechii, że Milos przebiera się z nami w jednej szatni. OK, denerwuje się, kiedy przegrywa, bardzo się wtedy irytuje. I to jest chyba… najfajniejsze! Nie żyje wspomnieniami z Juventusu, Fenerbahce, czy CSKA, tylko chciałby zapisać się w historii Lechii Gdańsk. Też tak miałem, a Krasa tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że tak właśnie trzeba.

Mocno mu cukrujesz. On tobie też?

Milos jest niesamowitym człowiekiem. Najpierw powiedział mi, że jestem w piątce najlepszych piłkarzy, z jakimi kiedykolwiek grał. Śmieję się z tego oczywiście do dziś, i traktuję to z przymrużeniem oka. A potem, kiedy zapytałem go o Del Piero, czy to fajny koleżka i piłkarz z innego wymiaru, odpowiedział, że z piłką przy nodze był super, ale ja jestem… lepszy! I przy nim, znaczy przy Del Piero, prezentuję się niczym wirtuoz. Grześkowi Kuświkowi starał się natomiast wmówić, że jest jak… David Trezeguet. Tylko taki trochę lepszy Trezeguet, bo skuteczniejszy. Zgadaliśmy więc z Kuśwą, że Milos musi mieć ubaw po pachy po tym, jak nas pompuje takimi opowieściami. I pewnie myśli, że wszystko łykamy jak młode pelikany. Ale kiedy znaleźliśmy zdjęcie, na którym wspólnie cieszą się Del Piero i Trezeguet, obaj z Grześkiem powiesiliśmy sobie taką fotę na szafkach w szatni.

Każdego lechistę Krasić tak pozytywnie, jak to określasz, pompuje?

Nie wiem, ale nie słyszałem, żeby kogoś spoza naszej dwójki częstował komplementami z podobnej półki.

A jaka naprawdę jest obecna Lechia? Podzielona na podgrupy, czy taka, jakiej dotąd nie było?

Uważam, że jest świetna, świetnie skomponowana. W Gdańsku zbudowano drużynę, która ma ze sobą znakomity kontakt, w której bardzo fajnie zawodnicy ze sobą funkcjonują. Mamy grupy, ale takie które się przenikają. Spędzamy ze sobą czas, dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. I nikomu nie przeszkadza, że po treningach ludzie spotykają się najczęściej wedle klucza językowego. Pewnie, spajamy podgrupy na zgrupowaniach wspólnym typowaniem wyników, kiedy oglądamy mecze, czy grą w różne gry, podczas której doskonale się bawimy. Kiedy przychodziłem do Lechii, na pewno nie było tak dobrej atmosfery. 

Trudno się dziwić, skoro jeden autokar dowoził wtedy nowy zaciąg piłkarzy, a drugi odwoził tych, którzy nie sprawdzili się w Gdańsku. 

Pamiętam, że były żarty, że na mecz musimy jeździć dwoma autobusami, bo do jednego nie zmieścimy się; tylu nas jest. Ba wręcz śmiano się z nas z tego powodu, ale paradoksalnie, właśnie to wzmocniło zespół. Uzmysłowiło bowiem wszystkim chłopakom, że do klubu nie można przychodzić pięć minut przed treningiem, a wychodzić pięć minut po. Dziś integracja jest na zupełnie innym poziomie, więc i wyniki poszły w dobrym kierunku. 

Kto jest kulturalno-oświatowym w drużynie? Maloca?

Mario ma duże poczucie humoru, zawsze mówi śmiesznie. A Dyzio Wojtkowiak sam jest śmieszny, nawet bardzo. I przynosi fajne dowcipy. 

A kto robi najlepsze kawały kolegom?

Właśnie tego nie wiem! Ale kiedy to zbadam, a właśnie jestem w trakcie, od razu dam ci znać. W ostatnich tygodniach za każdym razem, kiedy przychodzę do samochodu po treningu, mam nasypaną na maskę trawę z korków. Pytałem po dobroci, ale nikt się nie przyznał, więc robię dochodzenie. Znajdę tego, kto brudzi mi samochód, obiecuję! Mam nadzieję, że przeczyta ten wywiad, to przekaz dla niego: Zjadę cię!

Kogo podejrzewasz?

Myślę, że działają w sposób zorganizowany, bo ciągle mylą tropy. Już, już wydawało mi się, że za chwilę złapię gagatka za rękę, ale ustalenia przestały mi się zgadzać. Mocno śmierdzi mi w tym temacie Dziadek Wawrzyniak, wydaje mi się, że musiał maczać w tym palce. A na celowniku mam też Dyzia i Chrapo. Lekko wyciszyli się w pewnym momencie, ale przyjdzie taki moment, że będą musieli rozwiązać języki. 

A ty – komu ostatnio wyciąłeś numer. Też przecież jesteś niezłym kawalarzem?

Lubię się pośmiać, nawet z siebie, dlatego lubię przebywać z ludźmi, którzy mają pozytywne nastawienie. W klubie i poza klubem. Ostatnio, na oczach naszej grupy na WhatsAppie toczyłem pojedynek z Martinem Kobylańskim na śmieszne foty. Ścigaliśmy się do momentu, aż wreszcie ktoś skomentował: Seba, dobra koniec wygrałeś. Już po wszystkim!

Dotąd w tej rozmowie praktycznie nie zaistniał Sławek Peszko. Dlaczego?

Nie wiem, bo bardzo go lubię. Spędzamy razem dużo czasu, nasze córki chodzą do jednej klasy. Bywa, że odwozi obie dziewczynki do szkoły, a ja obie odbieram. Albo na odwrót. Jest bardzo dobrym człowiekiem, możesz zawsze liczyć na jego pomoc. 

Jak podchodzi do memów na swój temat?

Ma duże poczucie humoru. Jeśli coś jest fajnie zrobionego, reaguje pozytywnie. Problem polega jednak na tym, że nie wszystkie memy z nim są śmieszne. Dużo jest niedopracowanych…

…masz na myśli te, na którym autorzy jadą z nim à propos Finlandii?

Nie żartuj, takimi memami to Peszkina trudno nawet rozzłościć. To naprawdę dusza drużyny na boisku, a w szatni jest po prostu nie do zastąpienia. 

Czyli do celów integracyjnych – taki koleżka jak znalazł!

Przestań, teraz to ty z nim pojechałeś! To doświadczony piłkarz i świetny kolega. Jeśli ma coś do powiedzenia, to w szatni wszyscy słuchają Sławka z wielką uwagą. I wyłącznie tej wersji się trzymajmy. 

A zupełnie poważnie – jak wyglądała integracja w Lechii?

Dlaczego używasz czasu przeszłego – do tej pory raz na jakiś czas spotykamy się w pełnym gronie. Bo jeśli wszystko układa się dobrze, nie ma sensu przesadzać z częstotliwością. Nie trzeba notorycznie, wystarczy raz na pół roku, ale konkretnie. Ostatnio zebraliśmy się całą grupą bodaj przed rozpoczęciem obecnej rundy.

Nowak nie miał nic przeciw temu?

Trener wie, kiedy mamy wspólne wyjście. Gramy w otwarte karty, a szkoleniowiec nie robi nam pod górkę. Mamy dorosłe, odpowiedzialne relacje. 

Bobo Kaczmarek pozwalał w czasach Groclinu pić Tomkowi Wieszczyckiemu piwo w autokarze po meczach. Bo miał trzydziestkę na liczniku. W Lechii jest teraz spore grono takich weteranów. To oznacza, że macie wesołe autobusy wracając z wyjazdów?

U nas obowiązuje absolutny zakaz spożywania alkoholu na pokładzie. Taki problem zupełnie więc nie istnieje. 

O co Lechia gra w tym sezonie?

Priorytety zostały jasno określone. Najpierw mistrzostwo Polski, a potem europejskie puchary. I tego się trzymamy, ale staramy się nie opowiadać. 

To znaczy, że w Gdańsku jest już drużyna na mistrzostwo?

Dopiero się to okaże, sezon, który trwa da odpowiedź na to pytanie. Choć moim zdaniem była już wcześniej. Na pewno nasz potencjał uprawnia do walki o tytuł. 

Który rywal będzie najtrudniejszy?

Na pewno trzeba patrzeć na Lecha i Jagiellonię. I dodać do tego Legię. No i nie zapominać, że jest Termalica, która solidnie punktuje i trzeba ją szanować, podobnie Pogoń Szczecin. Poziom jest zbliżony, nie ma nikogo, kto byłby murowanym faworytem.

To dobrze, z waszej perspektywy, że Legia przeskoczyła do wiosennej części Ligi Europy? Trudno jest w polskich realiach godzić występy w różnych rozgrywkach…

… to na pewno duże utrudnienie. Podróże i wyjazdy nie pomagają w regeneracji. Zaangażowanie na kilku frontach ma znaczenie, ale w przypadku Legii jest o tyle zminimalizowane, że ma ona bardzo szeroką kadrę. A swoją drogą, to ja zawsze się cieszę, kiedy polskie zespoły jak najdalej dochodzą w pucharach z zupełnie innego powodu. Bo to jest klucz do rozwoju całej ligi. Dlatego szczerze gratuluję piłkarzom z Warszawy.

Gdybyś miał porównać Krasicia z Vadisem Odjidją-Ofoe, to który jest lepszy?

Milos!

Z jakiego powodu?

Bo jest moim kolegą!

Gratuluję. A poważnie?

Obaj przerastają naszą ligę. Milos gra niedługo na pozycji środkowego pomocnika, to przekwalifikowany skrzydłowy, który dopiero zaczął nowy etap w karierze. Na Vadisa też patrzy się z przyjemnością, zwłaszcza że na początku sezonu widać było, że ma za sobą poważne perypetie. 

WYWIAD UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 28/2026

Nr 28/2026

Polska Ekstraklasa

Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży

Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.

2024.05.19 Krakow
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
N/z Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.05.19 Krakow
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie! Górnik Zabrze z kolejnym transferem!

Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!

2026.05.23 Zabrze
Pilka nozna PKO BP Ekstraklasa Sezon 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
N/z Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2026.05.23 Zabrze
Football Polish PKO BP Ekstraklasa League Season 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Reprezentant Polski zmienia klub! Zostały już tylko formalności!

Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Kryspin Szczesniak 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Cztery sygnały po Superpucharze. Jaki Lech przystępuje do sezonu?

Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.

2026.07.16 Poznan
Pilka nozna Superpuchar polski
Lech Poznan - Gornik Zabrze
N/z Mikael Ishak gol radosc bramka
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2026.07.16 Poznan
Football Polish Supercup 
Lech Poznan - Gornik Zabrze 

Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia przedłużyła kontrakt i wypożyczyła zawodnika

Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.

2025.08.03 Krakow
Pilka nozna , PKO BP Ekstraklasa sezon 2025/26
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
N/z Bartosz Biedrzycki
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2025.08.03 Krakow
Football Polish top league , 2025/2026 season
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
Bartosz Biedrzycki
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus
Czytaj więcej