Rok temu zadebiutował w PKO Bank Polski Ekstraklasie jako 16-latek.Numerem jeden w Jagiellonii stał się jednak dopiero pół roku później. Od stycznia Xavier Dziekoński nie oddał miejsca w składzie.
Wciąż niepełnoletni Dziekoński wyrasta na czołowego bramkarza w Ekstraklasie. (fot. 400mm.pl)
Paweł Gołaszewski: Dwa lata w futbolu to dużo?
Dosyć sporo – odpowiada Dziekoński. – Dwa lata temu oglądałem mecze Jagiellonii w PKO Bank Polski Ekstraklasie z trybun lub w telewizji, a dzisiaj biorę w nich czynny udział. Jako dzieciak chodziłem na „Ultrę”, wspierałem Jagę od najmłodszych lat. Dzisiaj to kibice mnie dopingują i jest to bardzo przyjemne uczucie.
Ile miałeś lat jak pierwszy raz poszedłeś na stadion?
Chyba dwanaście, może trzynaście. Zawsze, kiedy mogłem, szedłem na stadion. Rodzice chodzili ze mną, mieliśmy bilety na trybunę rodzinną, ale ja zostawiałem mamę i tatę na tym sektorze i ruszałem na „Ultrę” z kolegami.
Jakie najbardziej odległe czasy pamiętasz?
Pucharu Polski sprzed jedenastu lat nie pamiętam, ale już czasy, kiedy Dani Quintana czarował przy Słonecznej – jak najbardziej. Pamiętam jego gola ze Śląskiem Wrocław, który był przedniej urody. Byłem wtedy z rodzicami w jakimś barze i wcinałem frytki. Dzisiaj dzielę z nim jedną szatnię. Zresztą w obecnej drużynie jest kilku zawodników, których podziwiałem jako dzieciak z trybun i którzy odeszli z Jagi do innych klubów. Teraz wrócili Dani oraz Michał Pazdan, wcześniej do Białegostoku wrócił Fiodor Cernych – jego gola z Legią podziwiałem z trybun, pamiętam jak wielka euforia zapanowała wtedy na stadionie. Kilka lat temu byli dla mnie inspiracją i wzorami do naśladowania, a teraz pomagają mi się odnaleźć w profesjonalnej piłce.
Od początku mówiłeś do nich po imieniu czy zdarzały się wpadki z „proszę pana”?
Nie jestem głośną osobą w szatni, ale chłopaki błyskawicznie skrócili dystans i złapaliśmy bardzo dobry kontakt. Od Michała Pazdana od pierwszych minut biła pozytywna energia i życzliwość do wszystkich w zespole. Widać w treningach czy meczach, że z niejednego pieca chleb jadł i ma wielkie umiejętności oraz doświadczenie. Odbyliśmy już kilka rozmów, sporo mi podpowiada i przekazuje różne uwagi. Ja po prostu to chłonę jak gąbka.
Wróćmy do ciebie. Ponoć mogłeś zostać szczypiornistą?
Bez przesady. Mój tata grał w piłkę ręczną razem ze swoim bratem bliźniakiem. Chodziłem na ich mecze, ale nie zarazili mnie tym sportem. Inna sprawa, że tata też nigdy mnie nie zmuszał do gry w szczypiorniaka. Od razu postawiłem na piłkę nożną i rodzice mnie wspierali w tej decyzji.
Jak wyglądały twoje dni przed ligowym debiutem?
Trener Paweł Primel powiedział mi dzień przed meczem, że Iwajło Petew chce na mnie postawić w spotkaniu ze Śląskiem. Jako dzieciak marzyłem, aby zadebiutować w pierwszej drużynie Jagiellonii, ale nie spodziewałem się, że dojdzie do tego w wieku szesnastu lat. Pamiętam, że mama mnie odebrała wtedy z treningu i po powrocie do domu próbowałem sobie to poukładać w głowie. Poszedłem do swojego pokoju i w ciszy się szykowałem do meczu. Nie chciałem nikomu o tym mówić oprócz najbliższych.
Co się działo w pokoju?
Układałem sobie w głowie plan na ten mecz. Wyobrażałem sobie różne sytuacje i myślałem jak się w nich zachowywać.
To chyba dobrze sobie ten plan założyłeś, bo po tym meczu wylądowałeś w kilku jedenastkach kolejki…
Po powrocie do domu usiadłem w fotelu jeszcze w klubowych ubraniach i tylko patrzyłem na telefon, który wariował od wiadomości. Siedziało we mnie tyle emocji, że nie mogłem spać, a mecz był przecież o 20.30. Zasnąłem późno i dopiero po przebudzeniu uświadomiłem sobie, co się stało. Ja, szesnastoletni Xavier Dziekoński, zadebiutowałem w klubie, w którym się wychowałem, w najwyższej lidze. Rodzice na pewno mają porobione różne screeny czy wycinki z gazet. Ja o sobie nie chcę czytać. Dla mnie liczy się tylko to, co ktoś mi powie w cztery oczy. Podchodzę do tego w taki sposób, że nie będę smutny, kiedy ktoś mnie krytykuje na jakimś portalu, ale też na pewno nie popadam w euforię, kiedy ktoś mnie chwali.
Ile razy oglądasz swoje mecze?
Cały mecz zazwyczaj raz, to mi wystarczy. Ponadto dostaję wycięte fragmenty moich interwencji czy wprowadzania piłki do gry, więc swój występ widzę kilkukrotnie.
Pierwszy babol w Ekstraklasie to…
…ten z Wisłą Płock. Najdłużej siedział mi w głowie. Przez trzy dni nie mogłem wyrzucić tego z myśli. Było mi bardzo ciężko, pierwszej nocy nie mogłem spać. Bardzo pomogła mi rozmowa z Pavelsem Steinborsem, który świetnie zachował się jako kolega, udzielił mi wielkiego wsparcia i w końcu zapomniałem o tym.
Jak się czujesz, kiedy rywalizujesz na treningach z dwa razy starszym bramkarzem od siebie?
Nie jest to codzienna sytuacja, to fakt, ale jak się uczyć to od najlepszych. Pavels przez wiele lat w naszej lidze udowadniał swoją wartość i pokazywał, że jest fachowcem. Mimo że od stycznia regularnie bronię w pierwszym składzie, to cały czas nie czuję się pewniakiem w bramce i nie wygryzłem go na dobre. Pracujemy z całych sił i zdrowo rywalizujemy o miejsce w jedenastce. Mamy bardzo dobre relacje, przed każdym spotkaniem rozmawiamy, udziela mi wskazówek i rad. Mogę się przy nim bardzo dobrze rozwijać.
Co czułeś, kiedy po dwóch pierwszych meczach w Ekstraklasie usiadłeś na pół roku na ławce?
Wiedziałem, że nie dostanę miejsca w składzie za darmo. Początek też był dziwny – najpierw dobry występ ze Śląskiem, a kilka dni później cztery razy wyciągałem piłkę z siatki w Poznaniu. Sezon 2020-21 zacząłem w podstawowym składzie w Pucharze Polski z Górnikiem Zabrze, w lidze jednak trener Bogdan Zając na mnie nie stawiał. Wiedziałem, że dostanę szansę jak będę uczciwie pracował. Na każdy trening szedłem z uśmiechem i wyszedłem z założenia, że jeśli będę prezentował najwyższą formę to w końcu dostanę poważniejszą szansę od trenera. W końcu taka przyszła na koniec jesieni, zagrałem z Górnikiem i już zostałem w bramce.
Dlaczego trener dokonał zmiany w ostatnim meczu rundy?
Dostałem informację, że szkoleniowiec chce bramkarza, który gra dobrze nogami i dlatego na mnie postawi. Nie wiem, czy to był pretekst, czy chciał mi dać szansę. Później przyszły zimowe przygotowania i na wiosnę to ja byłem numerem jeden.
Czujesz się dzisiaj pewniakiem?
Absolutnie nie! Kiedy zaczynamy przygotowania do kolejnego spotkania ligowego, na pewno nie powiem, że już wygrałem rywalizację i będę bronił w najbliższym meczu.
Jesteś młodzieżowcem, jest ci trochę łatwiej…
Na pewno, ale gdybym sobie nie radził, to trenerzy szukaliby młodzieżowców na innych pozycjach. Z Rakowem trener postawił na dwóch zawodników U-21 w pierwszym składzie, więc mógł mnie posadzić na ławce, a jednak tego nie zrobił.
Ten przepis pomaga?
Zdecydowanie. Uważam, że wielu młodych zawodników pokazało się w polskiej lidze właśnie dzięki temu przepisowi. W Jagiellonii pierwszy przykład z brzegu to Patryk Klimala, który nagle eksplodował i zapracował na zagraniczny transfer. Polskiej młodzieży ten przepis na pewno pomaga.
Na obozie w Kępie było wielu juniorów. Czułeś się jak starszy brat?
Było nas łącznie czternastu, więc połowa wszystkich powołanych zawodników na zgrupowanie. Przez moment poczułem się jakbym był na zgrupowaniu drużyny CLJ, bo wokół siebie miałem wielu znajomych z akademii. Cieszę się, że tak liczna grupa dołączyła do pierwszego zespołu i dostała szansę od trenera Mamrota. Na pewno z rówieśnikami jest relacja inna niż ze starszymi zawodnikami. Na zgrupowaniu pierwszego zespołu było znacznie spokojniej niż na obozach juniorów, był większy profesjonalizm – czas wolny wykorzystuje się na odpoczynek, a jako młodzieńcy dużo się śmieliśmy, było bieganie po pokojach i różne inne głupoty.
Miałeś kiedyś jakąś grubszą akcję?
Nie, jestem spokojną osobą. Jako dzieciaki byliśmy kiedyś na obozie z MOSP Białystok razem z trenerem Robertem Kądziorem – tatą Damiana. Była sytuacja, że chłopaki robili różne rzeczy niedozwolone, ale jako kapitan uznałem, że jesteśmy to w stanie wyjaśnić we własnym gronie. Nie trzeba było nikomu skakać do gardła, przeprowadziliśmy po prostu rozmowę i wszystko zostało ogarnięte. Zdawałem sobie sprawę, jakie byłyby konsekwencje, gdyby trener się o tym dowiedział.
Co do Kądziora – czekasz na koniec października i mecz z Piastem?
Jestem ciekawy jak Damian się pokaże w polskiej lidze i chętnie z nim pogadam przed meczem. Kontaktu bliskiego nie mamy. Kilka razy trenowaliśmy wspólnie i widać było po nim wielką jakość. Nie bez powodu grał w Dinamie Zagrzeb, gdzie robił świetne liczby i zapracował na transfer do ligi hiszpańskiej.
Trenowaliście wspólnie?
Kiedy Damian jest w Białymstoku i potrzebuje bramkarza do treningów, to trener Robert do mnie dzwoni i wspólnie pracujemy. Pamiętam, kiedy pierwszy raz mnie zaprosił, nie trenowałem nawet z pierwszym zespołem. Kiedy jechałem na pierwszy trening to zastanawiałem się, czy będę w stanie w ogóle obronić jakikolwiek strzał, na szczęście wstydu nie było. Dla mnie Damian był wtedy panem piłkarzem, który był regularnie powoływany do reprezentacji Polski, a ja byłem chłopaczkiem grającym w CLJ. Jestem bardzo wdzięczny, że miałem możliwość trenować z tak dobrym zawodnikiem.
Półtora roku temu byłeś anonimowym chłopaczkiem w Białymstoku. A jak jest dzisiaj?
Nie mam problemu z wielką liczbą fanów na mieście. Normalnie wychodzę na rynek, jadam w restauracjach. Oczywiście, czasami ktoś mnie zaczepi, ale nie przeszkadza mi to. Są to jednak pojedyncze przypadki. Nie wydaje mi się, abym był jakoś mocno rozpoznawalny. Kiedy grałem, trybuny były puste, więc to na pewno też ma wpływ na to, że ludzie mnie tak dobrze nie znają. Po debiucie oczywiście portale społecznościowe mi zwariowały, przybyło mi trochę followersów, dostałem mnóstwo zaproszeń do grona znajomych od anonimowych osób. Mój telefon był tykającą bombą. Na początku nawet mi się to podobało, ale po kilku dniach było to już męczące, bo nie było chyba kwadransa, w którym nie dostałbym jakiegoś powiadomienia.
Ile dzisiaj jesteś wart? Widziałeś kwotę na portalu Transfermarkt.de?
Tak, wiem, że stoi przy mnie 1,5 miliona euro – to jest swego rodzaju presja, aby potwierdzać, że ta wartość to nie jest przypadek. Taka kwota pojawiła się w tamtym sezonie i dzisiaj jestem obok Karola Niemczyckiego oraz Dantego Stipicy najdroższym bramkarzem w Ekstraklasie. Nigdy bym nie pomyślał, że ktokolwiek wyceni mnie na takie pieniądze.
Zapłaciłbyś za siebie takie pieniądze na przykład w grze komputerowej?
Chyba aż tak dużych pieniędzy bym nie zainwestował.
Zostajesz w Jagiellonii na ten sezon?
Na dzisiaj nigdzie się nie wybieram, jednak nigdy nie planuję tak daleko swojej przyszłości, żyję teraźniejszością. Jestem szczęśliwy w Jagiellonii, a co przyniesie przyszłość – zobaczymy. Nie wiem, co będzie w kolejnych oknach.
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ PIERWOTNIE W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (32/2021)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.