Kibice Fiorentiny śnią na jawie i boją się obudzić. Tak dobrze jak teraz, w tym wieku jeszcze nie było. Tak dobrze jak teraz, nie miało przecież prawa być.
Latem nikomu do śmiechu nie było. Właśnie zamykał się pewien cykl. Noszony na rękach trener Vincenzo Montella zdradzał oznaki wypalenia i prawie na odchodne postawił warunki trudne do przyjęcia dla właścicieli, żeby wreszcie ruszyć Violę z czwartego miejsca, na którym tkwiła z nim trzy sezony z rzędu.
(…)
Po 16 latach
Po 6 kolejkach i pogromie Interu na San Siro, Fiorentina znalazła się na pierwszym miejscu. Rzeczy niewidzianej od 14 lutego 1999 roku. Całe miasto wpadło w ekstazę. Zwycięzców z Mediolanu na dworcu kolejowym w środku nocy witały setki rozkrzyczanych fanów. Nazajutrz prawie każdy czuł się w obowiązku wpleść w swój ubiór coś fioletowego. Takiego pozytywnego klimatu dawno nie było.
Tydzień później Viola z ciężkim bagażem odprawiła Atalantę i została samodzielnym liderem (wcześniej lepszą różnicą bramek wyprzedzała Inter), na co trzeba było czekać 15 sezonów i 540 kolejek. Wtedy do mety było znacznie bliżej, ale drużyna prowadzona przez Giovanniego Trapattoniego nie utrzymała przewagi i finiszowała na trzecim miejscu. Gdyby nie kontuzja Gabriela Batistuty i absurdalny zapis w kontrakcie umożliwiający Edmundo wyjazd w środku sezonu na karnawał do Rio być może nie obeszłaby się smakiem.
Już wiadomo, że takich problemów Sousa mieć nie będzie. Dzisiejsza Fiorentina nie zależy od jednej czy drugiej gwiazdy, bo zwyczajnie ich nie ma. Są nieprzeciętne indywidualności, ale nawet w ligowym, a co dopiero europejskim, rankingu żadna z nich nie znalazłaby się w pierwszej trójce na poszczególnych pozycjach. Jest za to bardzo wyrównana kadra. Dlatego jedna drużyna mogła rzucić na kolana Inter, a cztery dni później druga (zmieniona w stosunku do pierwszej aż w 8/11) pokazać w Lizbonie miejsce w szeregu Belenenses. Podobnie głębokich zmian należy się spodziewać w meczu z Lechem, który wypada dla Fiorentiny po Napoli i przed Romą, czyli spotkaniami o zupełnie innym prestiżu.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały artykuł można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”