Jego odejście z Legii Warszawa półtora roku temu nie odbiło się w zasadzie żadnym echem. Łukasz Łakomy zamienił stolicę na Zagłębie Lubin, gdzie przebijał się do pierwszego składu. W 2022 roku stał się kluczowym zawodnikiem Miedziowych i gra nie tylko ze względu na status młodzieżowca.
Jesteście zadowoleni ze startu sezonu?
– Punktowo mogłoby być lepiej, ale cieszymy się, że wygraliśmy pierwszy mecz w tym sezonie – mówi Łakomy. – Triumf nad Piastem pozwolił nam jeszcze mocniej uwierzyć, że praca, którą wykonujemy, przynosi dobre efekty. Rozkręcamy się z tygodnia na tydzień. W spotkaniu ze Śląskiem graliśmy nieźle przez fragment, w Warszawie dobrze się prezentowaliśmy w drugiej połowie i za trzecim razem pokazaliśmy w Gliwicach, że jesteśmy w stanie stwarzać sytuacje i wygrywać. Gdyby nie ta czerwona kartka, strzelilibyśmy chyba jeszcze jednego gola, przynajmniej mam takie przekonanie. Choć w zeszłym sezonie mieliśmy podobną sytuację w Białymstoku – prowadziliśmy 1:0, też kończyliśmy w osłabieniu, a w doliczonym czasie straciliśmy dwie bramki. Teraz byliśmy czujni do ostatniego gwizdka.
Od stycznia prowadzi was Piotr Stokowiec – jakie są twoje wrażenia ze współpracy ze szkoleniowcem?
– Trener Stokowiec dał mi poważną szansę gry w Ekstraklasie, jestem bardzo zadowolony, czuję, że się rozwijam. Odbyliśmy rozmowę i pojechałem na obóz w zimowym okresie przygotowawczym. Dostałem minuty w sparingach, wiedziałem, że jest to wielka szansa, aby przekonać do siebie nowy sztab szkoleniowy. Cierpliwie czekałem na większą liczbę minut, w końcu to nadeszło i od rundy wiosennej praktycznie gram we wszystkich spotkaniach. Trzeba utrzymać tę tendencję.
Pamiętasz swój debiut w Ekstraklasie? – Doskonale, każdą sekundę. Kompletnie nie spodziewałem się, że wejdę na boisko. Trener wysłał mnie na rozgrzewkę, a kiedy mnie zawołał i powiedział, żebym się przebierał, poczułem, że spełnia się jedno z największych moich marzeń. Co prawda przegraliśmy z Wisłą Płock 0:2, przez większość meczu graliśmy w dziesiątkę, ale miałem w głowie taką myśl, że jest to dla mnie wielka szansa, aby przy niekorzystnym wyniku się dobrze zaprezentować. Mam nawet zdjęcie, kiedy wchodziłem na boisko, zmieniając Filipa Starzyńskiego. Wywołałem je, oprawiłem i ma specjalne miejsce w domu.
Czujesz się ważnym zawodnikiem Zagłębia? – Cieszę się, że dostaję sporo szans i prezentuję na tyle dobrą dyspozycję, że trener na mnie stawia. Mogę dawać dużo zespołowi. Gra w środku pola wiąże się ze sporą odpowiedzialnością, mi to odpowiada, nakręca do jeszcze mocniejszej pracy, a co za tym idzie – do rozwoju.
Jak to jest możliwe, że u trenera Dariusza Żurawia grałeś sporadycznie albo wcale, a u trenera Stokowca wszystko praktycznie od deski do deski? – U trenera Żurawia akurat wyszedłem w pierwszym składzie na inaugurację poprzedniego sezonu z Wisłą Kraków. Później grałem głównie w drużynie rezerw. Może potrzebowałem trochę czasu, aby dojrzeć piłkarsko, złapać większą pewność siebie, ośmielić się? Przy Reymonta zjadła mnie chyba presja. Był to mój pierwszy mecz w podstawowym składzie, trybuny były wypełnione, mocno się stresowałem.
Co myśli młody zawodnik, który wychodzi na pierwszy mecz sezonu w podstawowym składzie, a później na kilka miesięcy jest odesłany do rezerw? – Zastanawiałem się, co robiłem nie tak, dlaczego tak się działo. Szybko mi to jednak przeszło, skupiłem się na tym, aby robić swoje i uczciwie pracować. Ciężka praca zawsze się obroni. Wiedziałem, że mogę w każdej chwili wrócić do Ekstraklasy, ale muszę być kluczową postacią w drugim zespole, nabrać większej pewności siebie.
Rok 2022 to najlepszy czas w twojej karierze? – Mówiłem rodzicom, że chciałbym, aby poprzedni rok jak najszybciej się zakończył, bo nie wszystko układało się po mojej myśli. Od ośmiu miesięcy jestem bardzo szczęśliwy, zrobiłem olbrzymi krok do przodu, pokazuję się z dobrej strony, ale stać mnie na jeszcze więcej.
Na koniec sezonu 2021-22 przyszło jeszcze powołanie do reprezentacji Polski U-21. – 2022 rok jest zdecydowanie najlepszym czasem w mojej karierze. W marcu było jeszcze powołanie do reprezentacji Polski U-20, więc to też była dla mnie wielka nobilitacja.
Co było nie tak w poprzednim roku? – Ambicja mnie zżerała. Chciałem grać w Ekstraklasie, a więcej minut zbierałem w rezerwach. Kiedy już raz liźniesz tego najwyższego poziomu, chcesz na nim pozostać. Pierwsze minuty zbierałem już przecież u trenera Martina Seveli, czyli ponad rok temu. W grudniu poprzedniego roku po meczu z Legią wiedzieliśmy, że będzie zmiana szkoleniowca, dla mnie to było nowe rozdanie.
Dla ciebie powrót do Warszawy chyba zawsze będzie się wiązał z wielkim sentymentem? – Spędziłem kilka lat w Legii, ale akurat ten pierwszy powrót do stolicy był bardzo gorzki, bo wysoko przegraliśmy. Teraz było trochę lepiej, ale znowu przegraliśmy…
Ile czasu potrzebowałeś, aby przestawić się z Warszawy na Lubin? – Sam pochodzę z mniejszej miejscowości, w której tempo życia jest bardziej podobne do tego w Lubinie niż w Warszawie, więc trudności nie było. Dzisiaj znowu wszędzie mam blisko i nawet gdy zaśpię kilka minut, i tak wszędzie zdążę na czas. Jestem jednak osobą, która potrzebuje chwili, aby zaadaptować się w nowym środowisku. W każdej relacji jestem na początku dość nieśmiały, mało się odzywam, ale im dalej w las, tym coraz bardziej się otwieram. W Legii miałem strefę komfortu – to samo środowisko, znajomi, miejsce do mieszkania. Po siedmiu latach nie jest łatwo wszystko zostawić i iść do miejsca, gdzie znałem tylko dwie osoby: Kamila Bielikowa oraz Adama Ratajczyka. Trzeba było się jednak odnaleźć wśród zawodników, których wcześniej oglądałem tylko w telewizji.
Przeskok z trzeciej ligi do Ekstraklasy jest duży czy bardzo duży? – Duży, ale już w Legii czasami trenowałem z pierwszym zespołem za kadencji trenera Aleksandara Vukovicia. Rywalizacja w środku pola była wtedy olbrzymia, byli Cafu, Domagoj Antolić, Walerian Gwilia, Andre Martins. Mogłem podglądać ich z bliska, wzorować się na nich, starałem się pracować tak, aby w przyszłości ich zastąpić. W Zagłębiu musiałem się ze wszystkimi zgrywać od początku, co było największą zmianą.
Podjąłbyś drugi raz taką samą decyzję o odejściu z Legii? – Patrząc na miejsce, w którym jestem dzisiaj, oczywiście, że tak.
Widziałeś jakąkolwiek szansę, aby przebić się w Warszawie? – Szukałem drogi do rozwoju, aby szybciej dojść do Ekstraklasy, dlatego podjąłem decyzję o transferze do Zagłębia. W Lubinie jest świetna infrastruktura, młodzież ma kapitalne warunki do rozwoju, a w tamtym czasie Bartek Białek odchodził za wielkie pieniądze do Wolfsburga. Wiem, że z Zagłębia można się wybić i pójść daleko w świat. W Legii byli bardzo dobrzy zawodnicy na mojej pozycji, dlatego szanse na grę były małe.
Dzisiaj widziałbyś siebie w pierwszej jedenastce Legii? – Tak.
Na szóstce? – Przed Bartkiem Sliszem.
Masz kontrakt do końca tego sezonu, Legia szuka środkowego pomocnika.
– Spokojnie. Trwają rozmowy z Zagłębiem na temat nowego kontraktu, ale ja w tym nie biorę udziału.
Masz żal do Legii, że przez ostatnie miesiące w Warszawie mogłeś tylko trenować bez możliwości rozgrywania meczów ligowych, nawet w zespole rezerw? – Nie. Dla mnie to był czas rozwoju. Złapałem trochę masy, zmężniałem. Dwa lata temu nie wyglądałem na mężczyznę. Trzeba było się przeobrazić z chłopca w dorosłego faceta. Wiedziałem, na co się piszę, kiedy poinformowałem klub o odejściu. Miałem olbrzymią chęć gry, ale decyzja zapadła wyżej i musiałem się do tego dostosować. Usłyszałem, że idąc do Zagłębia, będę mógł tylko trenować. Zgodziłem się na to i przez sześć miesięcy nie zaliczyłem żadnego meczu ligowego. Nie robiłem jednak problemów, przyjąłem to na klatę, skupiłem się na sobie.
Jak w ogóle trafiłeś do Legii? – Byłem w szóstej klasie szkoły podstawowej i pojechaliśmy z Mazovią Tomaszów Mazowiecki na turniej do Trójmiasta. Trenerem był Marcin Pogorzała, graliśmy przeciwko Legii, której strzeliłem gola. Później był turniej w Puławach, po którym tata przekazał mi informację, że Legia się mną interesuje i chciałaby mnie sprawdzić u siebie. Pojechałem z warszawskim zespołem na kilka turniejów, w listopadzie 2013 roku zapaliło się zielone światło na transfer.
Miałeś 12 lat… – Przez pierwszą rundę jako zawodnik Legii mieszkałem w Puławach. Jeździłem do Warszawy na dwa treningi w tygodniu i trzeci raz na mecz. Tak byliśmy dogadani z trenerem. Do stolicy przeprowadziłem się po zakończeniu szkoły podstawowej. Wcześniej nie było nawet możliwości, ponieważ w bursie nie przyjmowali tak młodych zawodników. Dopiero w gimnazjum mogłem zamieszkać w Warszawie.
Bursa u salezjanów. – Dokładnie. Co było w bursie, zostaje w bursie. Sporo się działo, wiele śmiesznych sytuacji, choć ja akurat nie sprawiałem wychowawcom problemów. Mieliśmy czasami jeden pokój na cztery osoby, turnieje w siatkonogę czy tenisa stołowego, wspólne posiłki, jeżdżenie do szkoły, bieganie za autobusami. W bursie mieliśmy fajny rocznik 2001: Maciek Rosołek, Konrad Matuszewski, Czarek Miszta, Michał Karbownik, Łukasz Zjawiński, Mieszko Lorenc.
Zawsze chciałeś być piłkarzem? – Tak, nie widziałem dla siebie alternatywy. Dużo pokazywały mi kontuzje, które wyłączały mnie z treningów. Niektórzy podchodzą do tego w taki sposób, że mają po prostu kilka tygodni wolnego. Mnie każdy opuszczony trening czy szczególnie mecz boli podwójnie. Nie wyobrażam sobie, aby piłka zniknęła z mojego życia. Oczywiście, jak każdy młody chłopak słyszałem od kilku osób, że lepiej postawić na edukację niż na futbol. Ja staram się to łączyć. Studiuję i gram profesjonalnie w piłkę. Mój kierunek jest dostosowany pod zawodowych piłkarzy, zajęcia odbywają się online wieczorami, można to ogarnąć.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.