Asystent Urbana, trener gwiazdy Bayernu w wywiadzie dla PN: W Legii nie widzę chmur
W Polsce pojawił się latem 2007 roku jako asystent Jana Urbana, obejmującego wtedy po raz pierwszy zespół Legii Warszawa. Od tamtej pory są prawie nierozłączni, a od wakacji po raz drugi pracują wspólnie przy Łazienkowskiej. W naszym kraju jest dla wielu kibiców postacią anonimową, a jako Hiszpan z krwi i kości, czyli przedstawiciel narodu aktualnych mistrzów świata i Europy w piłce nożnej, na ten temat ma sporo ciekawego do powiedzenia.
Będziemy rozmawiać po polsku? Możemy spróbować – mówi Vicuna. – Po angielsku pójdzie nam chyba mimo wszystko sprawniej.
Ostatnio w redakcji „PN” Jan Urban chwalił pana, że radzi pan sobie już bardzo dobrze z naszym językiem. Potrafię porozumieć się w podstawowych sytuacjach: w sklepie, przez telefon. Pewnie nie jestem pierwszym obcokrajowcem, od którego słyszy pan, że polski jest trudny. Kiedy przyjechałem do Warszawy pierwszy raz w 2007 roku, zaczęliśmy naukę z Inakim (Astizem – przyp. red.) i początki były straszne. Nie miałem pojęcia, ile zostanę w Polsce, ale wiedziałem, że to podstawa życia tu, łatwiejszego poznawania ludzi, kultury, a to kocham. Z drugiej strony, kiedy zacząłem łapać polski i się dogadywać, byłem z siebie piekielnie dumny.
Piłkarze śmieją się z pana błędów? Nie starczyłoby nam czasu, żeby opowiedzieć wszystkie sytuacje. Czasem, kiedy mi coś mówią, odpowiadam: tak, widzę ten błędny wzrok Żewłaka (Michała Żewłakowa – przyp. red.) i dziwną minę, więc najczęściej mówię: nie, zaraz potem: nie wiem i proszę o powtórzenie pytania.
Przeszkadza panu to w pracy? Żebyśmy się zrozumieli – znam wszystkie zwroty potrzebne do przeprowadzenia treningu, technicznie wytłumaczę chłopakom wszystko. Chodzi o to, by zrozumieli, po co wykonujemy dane ćwiczenie, muszę wiedzieć, co piłkarze czują, czego chcą. Do tego potrzeba bardzo dobrej znajomości języka, bo chcę się z nimi komunikować, nie tylko wymieniać informacje. Na szczęście w razie potrzeby przechodzimy na angielski.
Jak ważna w futbolu jest komunikacja? To abecadło. Jeśli nie widzisz w czymś sensu, nie wkładasz w to całego serca, nawet jeśli jesteś profesjonalistą. Tak ludzie są skonstruowani. Nie jest filozofią ustawić zawodników w kwadracie pięć na pięć, kopnąć im piłkę, krzyknąć: biali atakują, zieloni bronią, i tak przez pół godziny. To ćwiczenie ma sens, jeśli powiemy: panowie, ostatnio nie wychodziła wam wymiana podań na małej przestrzeni, zauważyliśmy to w meczu z Widzewem Łódź, kiedy Jędza (Artur Jędrzejczyk – przyp. red.) zachował się tak, a Rado (Miroslav Radović – przyp. red.) tak, przećwiczcie to. Trzeba zapytać, co myślą na ten temat piłkarze, przecież widzą grę na swój sposób, z innej perspektywy i to jest bezcenne dla szkoleniowców. Dodatkowo to pobudza chłopaków do częstszej analizy gry, patrzenia bardziej trenerskim okiem na mecze oglądane na przykład w telewizji.
To hiszpański styl myślenia? Tak uważam. To bardzo ważne w procesie integracji w szatni. Jeśli pokazujemy, że liczymy się z ich zdaniem, rozmawiamy, pytamy, jako szkoleniowcy szybciej docieramy do piłkarzy. Dodatkowo oni między sobą lepiej się dogadują. Nie oszukujmy się, że chłopakowi z Młodej Ekstraklasy będzie łatwo szybko porozumieć się z Danijelem Ljuboją – pomimo całej jego otwartości – jak z rówieśnikiem. Musimy im stworzyć do tego płaszczyznę, pomóc przełamać lody, to także rola trenera. O piłce nożnej można mówić jako o stole z czterema nogami, odpowiadającymi za stronę: fizyczną, taktyczną, techniczną i psychologiczną. Uważam, że trenerzy pracują najczęściej tylko nad pierwszymi trzema. To, jak funkcjonuje zespół i się komunikuje, jest najtrudniejsze. Dlaczego? Bo potrzeba czasu i tego, żeby ludzie byli fajni i otwarci. Chodzi mi o to, żeby zawodnicy Legii z uśmiechem na ustach jechali do pracy, czyli do klubu.
Polscy trenerzy postępują zgodnie z taką filozofią? Styl, co wynika też z kultury, jest inny, ale nie mówię, że gorszy. Z tego, co obserwuję, Polacy ogólnie, tak w życiu, jak w piłce, w rozmowie bardziej wymieniają informacje, niż się komunikują.
A czy Legia to drużyna w hiszpańskim stylu? W europejskim. W kadrze jest kilka narodowości, duże znaczenie mają Serbowie, czyli Radović i Ljuboja. To silne osobowości, ale mające świetny wpływ na zespół. Zresztą gdy obserwuję mieszankę doświadczonych i młodych zawodników w Legii, jestem pewien, że tu wydarzy się coś dobrego, czyli sukces.
Czemu tak pan twierdzi? Bo zobaczyłem, że tworzą prawdziwą drużynę, są za sobą, wspierają się, nie grają każdy sobie. Latem pojechaliśmy na mecz towarzyski, chyba w Bartoszycach. Po wszystkim zorganizowano festyn, pokaz fajerwerków, muzykę na żywo. Patrzę, a nagle Żewłak prosi Jędzę, czy na odwrót, do tańca i w najlepsze kręcą się po parkiecie, a reszta bije brawo. Z mojego doświadczenia wynika, że po takich sytuacjach trener może poznać, czy ma drużynę, czy zlepek indywidualności.
Często uśmiecha się pan w Polsce? Trudne pytanie.
Urban twierdzi, że uśmiecha się tu znacznie rzadziej niż w Hiszpanii. O to chodzi… Zgadza się. Pewnie wynika to z kultury, widać to na ulicy, w sklepie, wszędzie. Właśnie z tego powodu jak najczęściej staram się latać do domu, żeby naładować baterie. Przyznaję, że czasem pogoda i nastawienie Polaków trochę mnie dołują. Chyba nie do końca mnie w tym rozumiecie, trudno mi to też wytłumaczyć Hiszpanom. Najczęściej mówię, że to jak płynięcie rzeką pod prąd, ale opowiadam, że kiedy świeci słońce, to i tak w Polsce znajdzie się ktoś, kto powie: ale na niebie jest chmura! (śmiech)
W futbolu pozytywne ustawienie jest równie ważne? Jasne. Wygrywamy 2:0 i ciągle słyszymy jakieś ale! Ludzie, po co? Przecież zdobyliśmy trzy punkty i to najważniejsze.
Piłkarze Legii są już optymistami? Pracujemy nad tym. Moim zdaniem to kolejna z podstaw sukcesu w piłce nożnej. Jasne, że zdarzają się gorsze dni, ale ogólnie jeśli myślisz, że coś ci się uda, łatwiej to osiągniesz. Muszę powiedzieć, że w ciągu ostatnich pięciu lat, gdy pierwszy raz trafiłem do Legii, jest pod tym względem zdecydowanie lepiej. Zmiana nastawienia to skomplikowany proces: przecież w Hiszpanii podobnie było 20, 30 lat temu. Teraz mamy świetne wyniki w piłce, koszykówce, innych dyscyplinach i to także zasługa nastawienia i wiary w siebie.
Który z piłkarzy Legii jest największym optymistą? Jędrzejczyk. To bardzo szczęśliwy facet, zawsze uśmiechnięty, żartujący. Podobnie jak Żewłak, na jego przykładzie myślę, że bardzo pomogło mu to w karierze, a osiągnął wielkie rzeczy. Ale też Kuba Rzeźniczak, który zmienił się nie do poznania od 2007 roku, stał się mężczyzną, wydoroślał. Z młodszych na pewno Furman, Kosecki. O, ten to wesoły chłopak, do tego pewny siebie. Silny charakter.
Tak jak trener Urban? Jeszcze nie (śmiech).
Jak to się stało, że zajął się pan futbolem? To największa pasja mojego życia. Studiowałem dziennikarstwo i na uniwersytecie grałem w reprezentacji uczelni jako libero, za trójką obrońców. Zwiedziliśmy pół świata, jeżdżąc po turniejach: Stany Zjednoczone, Włochy, Holandia, Francja, Kostaryka, Gwatemala. Mieliśmy świetną drużynę, dużo zwyciężaliśmy. Zaraz potem dostałem pracę trenera w szkółce Osasuny.
Jacy są pana najbardziej znani wychowankowie? Javi Martinez, Cesar Azpilicueta, Raul Garcia, Nacho Monreal.
Ma pan z nimi dalej kontakt? Tak, przed świętami Bożego Narodzenia zawsze spotykam się na kolacji z drużyną, w której byli Raul Garcia i Nacho Monreal. W moim pierwszym roku w Osasunie prowadziłem drużynę U-17, z którą zdobyłem mistrzostwo, i spotkanie raz do roku stało się naszą tradycją. Najbardziej cieszy mnie fakt, że to inicjatywa chłopaków. Wyrośli na wspaniałych mężczyzn, są normalnymi ludźmi, choć odnieśli w życiu spory sukces. Wie pan, co mi powiedział prezes Osasuny, przekazując ten zespół?
Co? Że jest najtrudniejszy w historii akademii. Dlatego teraz jestem tak zadowolony, że dbają o te nasze spotkania i sami do nich dążą. Stawia się cała dwudziestka plus mój sztab. Przez to jestem z nich dumny, tak po ojcowsku.
Jaki był młody Javi Martinez, najdroższy piłkarz w historii Bundesligi? Jako 14-latek grał w trzy lata starszej drużynie. Wszyscy mówili na niego koń, bo miał tyle siły (śmiech). O, przypomniała mi się z nim śmieszna historia, związana po części z Polską.
Słucham. Javi rozegrał mecz w reprezentacji z Litwą na wyjeździe, na jakimś bardzo słabym boisku, ale Hiszpania wygrała i to chyba wysoko. Trzy dni wcześniej na tym samym stadionie przegrała Polska, to było tak ze dwa lata temu (25.03.2011 – przyp. red.). W gazetach czytałem o tej fatalnej murawie, błocie, kałużach, a kilka dni później dzwoni do mnie Javi i mówi: świetnie mi się grało, wspaniałe boisko, nie jestem najlepszy technicznie, więc byłem bardzo szczęśliwy.
Raul Garcia, Cesar, Javi Martinez, Nacho Monreal wiedzą, że Legia jest liderem jesieni w T-Mobile Ekstraklasie? Oczywiście. Raul często przysyła mi SMS-y z gratulacjami, kiedy wygramy, podobnie Cesar. Javi odzywał się może bardziej, kiedy byliśmy z Janem za pierwszym razem w Warszawie, bo ostatnio w jego życiu sporo się działo i nie mieliśmy kontaktu od wakacji.
A jaki był młody Azpilicueta? Niesamowity! Kiedy wspominam tego chłopaka, nie mogę powstrzymać się od śmiechu, jest tak pozytywnie nastawionym do życia człowiekiem, bije z niego pozytywna energia. Był najmłodszy w zespole, a grał na każdej pozycji: boczny obrońca, pomocnik, napastnik. Mówiłem mu: zagrasz dziś jako ofensywny pomocnik. Nie ma problemu – odpowiadał – mogę nawet stanąć na bramce (śmiech). Pamiętam mecz, w którym przegraliśmy 0:3. Cesar po każdej straconej bramce biegł po piłkę do siatki, chciał jak najszybciej wznowić grę i wszystkich zarażał swoją pozytywną energią i chęcią walki. O takim piłkarzu w zespole marzy każdy trener.
Jakie to uczucie być wychowawcą mistrzów Europy i mistrza świata? Dziękuję losowi za taką szansę, że mogłem pracować z tak utalentowanymi ludźmi. Kiedy szkolisz młodzież, masz pojęcie, który chłopak może ile osiągnąć. To często się sprawdza.
A który z nich był najlepszy? Raul Garcia. Ma charakter lidera, jest doskonale wyszkolony technicznie. Javi to bardziej fizyczny zawodnik. Nacho ma trochę szczęścia, bo lewa obrona to pozycja, gdzie trudno znaleźć dobrego zawodnika, a on jest bardzo, bardzo solidny. To taki styl szkółki Osasuny, jak Inaki, czyli nie gra może na dziewiątkę, dziesiątkę w każdym meczu, ale nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Cesar jest szybki, utalentowany i na pewno zrobi jeszcze większą karierę.
Dlaczego system szkolenia młodzieży w Polsce kuleje? Jednym z głównych powodów jest liczba trenerów z licencją UEFA Pro. W Polsce ma je jakieś 700 osób. Wie pan, ile w Hiszpanii?
Pewnie kilkanaście razy więcej. Prawie osiem tysięcy! Nie wszyscy trenerzy w ekstraklasie je mają, więc co dopiero pracujący na Orlikach? Niedawno zaczął się o nią starać Jacek Magiera i kiedy usłyszałem, jakie procedury trzeba przejść, złapałem się za głowę. W moim kraju możesz to zrobić w swoim regionie, w Polsce tylko na kursie organizowanym przez PZPN w Warszawie. Dla wielu ludzi z dalszych zakątków kraju to ogromne koszty, a trenerzy młodzieży nie zarabiają kokosów, robią to z pasji, społecznie. Nie jestem w stu procentach pewien, czy to potrzebne, ale jak mają spełnić wymogi bycia asystentem czy stażu w pierwszej lub drugiej lidze? Po co? Moim zdaniem takie osoby trzeba wspierać i pomagać, a nie piętrzyć trudności.
Trener z licencją UEFA Pro gdzieś na prowincji w Polsce brzmi jak science fiction. Jeśli masz firmę, chcesz, by twoi pracownicy byli wykwalifikowani, ciągle doskonalili umiejętności, aby lepiej wykonywali swoją robotę. Dlatego trzeba stwarzać możliwości rozwoju. Kiedy dodasz do tego chęć w dążeniu do celu, a w tym temacie Polacy są mistrzami, masz dobrze wykonaną pracę. Proste.
Miał pan z Urbanem wpływ na organizację akademii Legii? Daliśmy kilka rad, załatwiliśmy szkolenie dla trenerów i możliwość poznania całego know-how Osasuny. Akademia przez ostatnie pięć lat zmieniła się nie do poznania. Często biegam po treningach i patrzę, jak ćwiczą wszystkie grupy. Niedawno zobaczyłem zespół U-11 i byłem zaskoczony. Jak dobrzy technicznie są tak młodzi piłkarze! Byli cudowni! Osobiście pogratulowałem trenerowi efektów pracy, jaką wykonał.
A nie chwali ich pan tak tylko dlatego, że sam pracuje w Legii? Ale po co? Zanim wejdą do pierwszego zespołu, mało prawdopodobne, że będę tu dalej pracował. Akademia po zorganizowaniu na bardzo dobrym, europejskim poziomie przeszła pierwszy pełny cykl i proszę bardzo – macie Furmana, Łukasika, Wolskiego. To pierwsze z brzegu nazwiska. Przecież gołym okiem widać, że to świetni piłkarze.
Czy sukcesy w Polsce zbudowały pańską pozycję jako trenera w Hiszpanii? Może trochę… Tak szczerze to nie wiem, w każdym razie nie da się tego odczuć. Jestem dosyć znany w swoim regionie, ale praca w Legii nie sprawiła, że w „Marce” piszą, jak idzie nam z Janem w Warszawie. O, w Pampelunie mogłem stać się bardziej znany dzięki temu, że jestem jego asystentem.
W jednym z wywiadów powiedział pan, że Urban to być może najlepszy zawodnik w historii Osasuny. Zagraniczny na pewno, do spółki z Savo Miloseviciem.
Był pana idolem? Nie, bo pochodzę z Sociedad i mój zespół to Real (śmiech). Był świetnym zawodnikiem, na ulicach Pampeluny zatrzymuje go co druga osoba, prosząc, by wrócił do Osasuny jako piłkarz (śmiech). W restauracji czasem trudno z nim zjeść, co chwila pojawia się nowy kibic. Jan jest tam kochany, to niesamowite, trudne do opisania słowami. W Polsce nie jest tak wielbiony.
Czy pańska wizja futbolu jest podobna do tej Urbana? Kiedy rozmawiamy o piłce, mamy bardzo, bardzo podobne zdanie. Jeśli spieramy się, to o szczegóły, więc myślę, że tak. Przede wszystkim mamy identyczną wizję tego, jak powinno się zarządzać zespołem, razem jeździliśmy na kursy licencyjne, konferencje.
Czego dotyczyły ostatnie? Poza kwestiami czysto piłkarskimi, przede wszystkim funkcjonowania grupy, relacji z drugim człowiekiem, motywacji. W Hiszpanii takie kursy mają ogromną popularność wśród ludzi zajmujących się piłką nożną.
Urban to pana przyjaciel? Tak, mogę to powiedzieć. Znamy się od lat, pracujemy z małymi przerwami od sześciu sezonów i nawet kiedy z powodów rodzinnych nie mogłem podjąć z nim pracy w Polonii Bytom, pomagałem z analizami i metodologią przez internet. Oprócz tego oczywiście bardzo lubimy się prywatnie.
To pomaga? Czasem tak, czasem nie (śmiech).
Jest silną osobowością? Ma charakter, jest zdecydowany i pewny siebie. Dla mnie przede wszystkim to bardzo dobry człowiek.
Łatwo przychodzi mu przyznać się do błędu? Nawet jeśli się zdenerwuje, nie zgodzi, podejmie inną decyzję, ale będzie go ta sprawa gryzła, prześpi się z tym i następnego dnia przyzna rację. Za to go lubię.
A kiedy zacznie pan pracować na własny rachunek? Jestem szczęśliwy jako asystent, ale czuję, że za jakiś czas zatęsknię za byciem pierwszym. Całą moją karierę nim byłem, dopiero w Polsce się to zmieniło.
ROZMAWIAŁ MICHAŁ CZECHOWICZ fot. Łukasz Skwiot
Wywiad został przeprowadzony 6.12.2012 r. Opublikowany w świątecznym numerze tygodnika Piłka Nożna
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.