Skoro dwie madryckie drużyny zmierzyły się w ostatnim finale Champions League, ich starcie w Primera Division godzi się określić jako najciekawszy mecz ligowy świata. Dojdzie do niego już w najbliższą sobotę o 20.45, na Vicente Calderon. To właśnie rola gospodarza oraz braki w kadrze rywala każą upatrywać faworyta w zespole Atletico, choć zespół ten traci do Realu aż sześć punktów.
O Los Blancos pisaliśmy ostatnio w „PN” dużo, w związku z meczami tej drużyny z Legią. Mimo tego trzeba uznać, że drużyna Zinedine’a Zidane’a, liderująca Primera Division, jest na prostej. Tymczasem Atletico znalazło się na zakręcie. Warto przyjrzeć się, co się mianowicie stało.
Najlepsi w historii?
Prezydent Enrique Cerezo na gali „Marki” w zeszłym tygodniu, podczas której Simeone odebrał nagrodę imienia Miguela Munoza dla najlepszego trenera Primera Division w sezonie 2015-16, powtórzył raz jeszcze to, co mówi od początku sezonu: że Atletico ma dziś najlepszą kadrę w swojej historii. Ta teza, przyjęta za prawdę, implikuje pewne oczekiwania wobec zespołu. Jeśli dotychczas Atletico mogło, ale nie musiało dotrzymywać kroku Barcelonie i Realowi, tak teraz musi być cały czas blisko nich. Jeśli dotychczas trzecie miejsce uznawano za sukces, tak teraz zostanie, jeśli zespół je zdobędzie, przyjęte z nutą rozczarowania.
Problem tkwi w tym, że choć być może istotnie na Vicente Calderon została zgromadzona kadra wszech czasów, to rywalizuje ona w lidze, która nigdy nie była tak silna jak dzisiaj. Dotyczy to nie tylko Realu i Barcelony, które przecież mają wciąż znacznie więcej gwiazd pierwszej wielkości. Cała grupa zespołów, z Sevillą, Villarrealem i Sociedad na czele, także przygotowała bardzo silne składy i wysoką formę.
Ale to już mało kogo w Atletico obchodzi: skoro nigdy nie było się tak dobrym, trzeba tę ligę po prostu wygrać. Drużyna gra pod nieznaną jej dotychczas presją; każde zwycięstwo witane jest jak rzecz całkowicie zrozumiała, a każda wpadka traktowana jako dowód kryzysu. W klubie znad Manzanares zrobiło się tak, jak od dawna jest w Realu i Barcelonie. Skończył się czas skromności, zaczęła się era manii wielkości. Oto efekt wielokrotnie używanego sformułowania, że mamy najlepszą kadrę w historii.
Mało tego. Drużyna musi już nie tylko wygrywać, ale oczekuje się od niej, jak od każdego wielkiego, że będzie to robiła w odpowiednim stylu. Simeone wyczuwa tę presję i stara się tak grę przemodelować, by bardziej podobała się widzom, była efektowniejsza. Argentyńczyk dobrze wie, że kto nie stoi w miejscu, ten się cofa, więc postanowił zrobić krok do przodu. Tyle że być może źle zdiagnozował, gdzie ten przód się znajduje. A może diagnozę postawił pod presją.
Atletico prezentuje dziś o wiele bardziej ofensywny system niż przed rokiem. Po pierwsze Koke został przesunięty z boku pomocy do jej środka. Zastąpił w tym miejscu zawodnika stricte defensywnego, walczaka. I Gabi, który ostał się jedynym wojownikiem w tym newralgicznym sektorze boiska, narzeka. – Z Koke w środku pola mamy znacznie dłużej piłkę, wymieniamy znacznie więcej podań. Ale za to jesteśmy słabsi w obronie. Rywale stwarzają sytuacje pod naszą bramką z większą łatwością niż dotychczas. Myślę, że powinniśmy wrócić do naszego dawnego sposobu gry, do czasów, kiedy wszyscy równo pracowali na sukces zespołu… Pamiętajmy, że futbol to gra zespołowa, zwłaszcza pamiętajmy o tym w dzisiejszych czasach tak powszechnego egoizmu.
Generałowie i Żołnierze
Mocne to słowa, tym bardziej że padły z ust kapitana. Traktować je należy jako protest przeciwko owej gigantomanii, na którą po kupieniu za duże pieniądze Kevina Gameiro i Nicolasa Gaitana zapadł prezydent klubu i która następnie zaczęła udzielać się innym. Ale czy powrót do przeszłości jest w ogóle możliwe? Przecież wywołany do tablicy Koke po kilku latach straszliwej harówki chciał wreszcie zacząć brylować. Być może tylko obietnica powierzenia mu bardziej eksponowanych zadań niż dotychczas sprawiła, że latem nie zdecydował się skorzystać z żadnej transferowej propozycji. Skoro od dawna porównuje się go do Xaviego, to nic dziwnego, że widział się w roli playmakera, a nie zasuwającego w defensywie bocznego pomocnika.
Taka rola była w Atletico przewidziana do gracza z tej pozycji. Jednak to także przeszłość. Przecież miejsce Koke na skrzydle zajął Yannick Carrasco, który bije rekordy strzeleckie, gwiazdorzy, ale do obrony nie zawsze wraca z ochotą i na czas. A przecież na boisku są jeszcze zwykle dwaj napastnicy zorientowani na strzelanie goli. Jeden z nich, Gameiro, powiedział ostatnio, że w futbolu trzeba czasami być egoistą.
Krótko mówiąc: w jedenastce Atletico jest coraz więcej generałów, a coraz mniej żołnierzy. Efekty są takie, że gdy zespół trafi na słabego rywala, strzela mu dużo goli, jak Real i Barca. Ale kiedy przychodzi mu mierzyć się z przeciwnikiem dobrze zorganizowanym – wtedy są kłopoty. Upraszczając nieco: wtedy Atletico odnosiło w dwóch takich meczach dwa zwycięstwa po 1:0, teraz raz wygrywa 5:0, a raz przegrywa bądź remisuje.
Ktoś: Cerezo albo Simeone się musi w końcu obudzić i przemyśleć słowa Gabiegio. Atletico z ostatnich sezonów było silne siłą swoich żołnierzy, a nie generałów. Tych pierwszych miało najlepszych na świecie, tych drugich nie ma i nigdy nie będzie miało równie znakomitych, jak Real czy Barca.
Powtórzenie wyniku z 2014 roku, gdy Atletico zostało mistrzem, w bardzo dużej mierze zależy od tego, czy uda się zwyciężyć z Realem. W owej kampanii po 11 seriach ekipa Cholo Simeone miała 30 punktów, teraz ma 21. Więcej ich tracić na razie nie można. Tylko jak to zrobić?
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.