Kiedy wchodził na boisko w finale mistrzostw Europy, Wembley oszalało ze szczęścia. Jack Grealish jest piłkarzem, którego kocha cała Anglia i są ku temu konkretne powody.
Jack Grealish (fot. Reuters / Forum)
GRZEGORZ GARBACIK
Po starciu z Włochami Grealish nie krył smutku, jednak mimo to pospieszył na trybuny, gdzie nie tylko zrobił sobie zdjęcie z młodym fanem, ale też podarował mu buty. Film z tego zdarzenia rozniósł się po Anglii lotem błyskawicy i tylko utwierdził w przekonaniu, że miłość, jaką kapitana Aston Villi obdarzyli rodacy, nie jest przypadkowa.
MOMENT ZWROTNY
Zresztą, ze wspomnianymi korkami wiąże się w przypadku Grealisha ciekawa historia. Jak większość piłkarzy, także i on ma przesądy. Kiedy Aston Villa walczyła o awans do Premier League, młody pomocnik na te najważniejsze mecze zakładał szczęśliwe, choć już mocno wysłużone buty. Kiedy więc zespół miał zagrać z Derby County w finale fazy play-off, wyszedł na murawę w obuwiu, które w niczym nie przypominało wypastowanych na wysoki połysk korków innych zawodników. Talizman nie zawiódł, ekipa z Birmingham zameldowała się w elicie.
Dzisiaj o Grealishu dużo częściej pisze się w kontekście stylu gry, wielkiej przyszłości i wielomilionowego transferu, który już niedługo powinien stać się jego udziałem. To kolosalna zmiana, jeśli chodzi o spojrzenie na pomocnika Aston Villi, ponieważ jeszcze kilka lat temu było o nim głośno głównie z powodu kolejnych wybryków. O ile bowiem sposób, w jaki operuje piłką i porusza się po boisku, trudno nazwać typowo angielskim, o tyle już prowadzenie się poza murami stadionu było niczym kalka z klasycznych brytyjskich bad boyów. Lokalni paparazzi nie musieli się zbyt wysilać, by zdobyć fotografię Grealisha, który lubił się bawić, nie wylewając przy okazji za kołnierz. Skala jego talentu była porównywana do Paula Gascoigne’a i tak samo jak w jego przypadku, obawiano się, że młody piłkarz Aston Villi utopi karierę w kieliszku.
Wydawać by się mogło, że momentem zwrotnym dla piłkarza będzie wylądowanie – i to dosłownie – na bruku jednej z ulic na Teneryfie, gdzie przyłapano go kompletnie pijanego. Można było też sądzić, że cokolwiek w nastawieniu Grealisha zmieni przesunięcie do rezerw czy dłuższe zawieszenie po brutalnym faulu na przeciwniku. Nic takiego się nie stało. Do przewartościowania życia doszło u ówczesnego 21-latka dopiero w momencie, gdy znalazł się na krawędzi. I to dosłownie. Po starciu z Tomem Cleverleyem doszło u niego do pęknięcia nerki, a także sporego krwotoku wewnętrznego i kiedy śmierć – nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady – zajrzała mu w oczy, zrozumiał, że musi wszystko zmienić. – Mogłem wtedy wszystko stracić. Kiedy lekarz powiedział mi przed operacją, że sprawa jest poważna i zagraża mojemu życiu, zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to wszystko jest ulotne. Wiedziałem, że muszę wszystko zmienić. Wiedziałem, że nadszedł czas by dorosnąć i podejść poważnie do kariery – powiedział podczas obszernej rozmowy z The Athletic.
WAGA DECYZJI
Od tej pory o Angliku zrobiło się jakby ciszej. Wysłannicy bulwarówek przestali śledzić jego każdy krok, zdając sobie sprawę z tego, że Jack przestał być wdzięcznym tematem, na którym można zarobić. Coraz głośniej było za to o jego piłkarskim talencie i popisach na boisku. Trzeba czasem trafić na odpowiednich ludzi i w przypadku pomocnika Aston Villi kimś takim był Steve Bruce. Znalazł klucz, który idealnie pasował do Anglika, czego nie potrafili wcześniej dokonać Tim Sherwood, Remi Garde czy Roberto Di Matteo. – Kiedy leżałem w szpitalu po operacji, Steve kilka razy mnie odwiedził i codziennie dzwonił do mnie na wideorozmowę, by dowiedzieć się, jak się mam. Takie rzeczy się pamięta. Kiedy wróciłem na boisko i strzeliłem gola, nie mogłem go zadedykować innej osobie – przyznał.
Grealish zaczął rozkładać skrzydła, jednak do lotu wzniósł się dopiero w momencie, gdy stery Aston Villi przejął Dean Smith. To pod jego wodzą w Birmingham ponownie mogli cieszyć się z gry w Premier League, to właśnie on wpadł na pomysł, by z młokosa o trudnej przeszłości zrobić kapitana zespołu. – Decyzja o powierzeniu mu opaski była przejawem geniuszu Smitha. Dzięki temu na jego barkach spoczywa większa odpowiedzialność, w niemal każdym meczu jest najlepszym piłkarzem Aston Villi – stwierdził Stephen Kelly, były zawodnik Fulham i Tottenhamu w audycji „Off The Football”. To niezwykle trafna ocena sytuacji, ponieważ Grealish nie tylko dawał jakość na boisku, ale przy okazji zaczął być odpowiedzialny za zespół. Proces jego dojrzewania mogliśmy obserwować w Championship, ale jego rozkwit nastąpił już po awansie do elity, w której z marszu stał się jednym z wiodących graczy. Zawsze z opuszczonymi getrami, które od razu mają sygnalizować rywalom, że oto będą mieć do czynienia z kimś bezczelnym i pewnym swoich umiejętności. Grealish z reguły nie zawodził, znakomicie czując się w każdym z dwóch zamiennie stosowanych przez Smitha systemów. W 1-4-2-3-1 grał na ulubionej centralnej pozycji, gdzie miał sporo miejsca i wolności, natomiast w 1-3-4-3 operował nieco bliżej lewej strony i z lubością przesuwał się ku centralnym sektorom, gdzie mógł zaoferować drużynie najwięcej.
FAUL I PROWOKACJA
Gama możliwości kapitana The Villans jest dość szeroka. Grealish uwielbia mieć piłkę przy nodze, potrafi znakomicie balansować między przeciwnikami, nie boi się wchodzić w drybling, a wszystko to przekłada się na bardzo konkretne liczby. Ale nie tylko, bowiem rywale mają z reguły problem z tym, by w przepisowy sposób zatrzymać szarżującego Grealisha, dlatego bardzo często uciekają się do fauli. W sezonie, w którym Aston Villa wywalczyła awans do Premier League, pomocnika faulowano na boiskach Championship aż 161 razy, podczas gdy drugi w tej klasyfikacji był nieprzepisowo zatrzymywany 45 razy mniej. W trakcie minionych rozgrywek, w których wystąpił w zaledwie 26 z 38 meczów, faulowano go aż 110 razy i był to oczywiście najlepszy wynik w całej lidze. Na drugiej lokacie w zestawieniu znalazł się Wilfried Zaha z Crystal Palace – 88 fauli. Jedno z takich ostrych zagrań o mały włos nie przerwało na dłużej kariery piłkarza. W kwietniu 2019 roku brutalnie w nogi Grealisha wszedł Liam Cooper z Leeds United i jak mówił Jack w „Punch, goal and interview”, mogło zakończyć się to dużo gorzej, gdyby nie… jego miękkie kostki. – To był najgorszy faul, jaki na mnie popełniono. Miałem szczęście, że mam tak elastyczne kostki… Doktor powiedział mi po wszystkimi że gdyby było inaczej, skończyłbym z groźnym złamaniem – opowiadał.
Powalenie przeciwnika na ziemię to zresztą nie jedyny sposób, by wytrącić bohatera Anglików z równowagi. Dzisiaj coraz częściej stosuje się tak zwane mind games. Jest to praktyka szczególnie popularna, gdy zna się słabość rywala i wie, że może on być szczególnie podatny na prowokacje. Pierwszym tak głośnym przypadkiem odnośnie Grealisha było to, czego dopuścił się wobec niego Will Vaulks z Rotherham, który w trakcie meczu bezustannie podążał za młodym pomocnikiem i chwalił jego… wygląd. – To było dziwne. Kilka razy powtórzył, że jestem sexy – komentował później 24-latek. Podobna historia przydarzyła się w trakcie zakończonego niedawno Euro, gdzie na słowne ataki pozwalał sobie Stephen O’Donnell. Podczas meczu Anglia – Szkocja i za namową Johna McGinna, klubowego kolegi Grealisha, O’Donnell biegał za rywalem, chwaląc muskulaturę jego łydek, a także pytając o to, jak dba o włosy. – Nie powiedziałem pod jego adresem niczego złego. Cały czas prawiłem mu komplementy – skomentował reprezentant Szkocji.
ULUBIENIEC
Grealish znalazł się w kadrze na mistrzostwa Europy, na których pełnił jednak głównie rolę dżokera w talii Garetha Southgate’a. Wielu zarzucało zresztą selekcjonerowi, że mając do dyspozycji graczy pokroju kapitana Aston Villi, stawiał na zawodników, którzy nie mają ani takich ofensywnych umiejętności, ani podobnej wizji gry. Wynik obronił trenera, ale także Grealish miał spory udział w tym, że drużyna dotarła aż do finału.
A skoro o wspomnianej wizji mowa, już od jakiegoś czasu ten właśnie potencjał widzą inni, głównie z większych i dużo bogatszych niż Aston Villa klubów. Gdyby bowiem wziąć pod uwagę kluczowe podania za ubiegły sezon Premier League, mający stosunkowo niewiele rozegranych spotkań Grealish uzbierał ich mniej (81) jedynie od Masona Mounta (87) i eksploatowanego ponad miarę Bruno Fernandesa (95). Nie może więc dziwić, że grający na Villa Park zawodnik stał się łakomym kąskiem, a jego nazwisko stało się jednym z najgorętszych, jeśli chodzi o letnie okienko transferowe. W zespole chce go sam Pep Guardiola, a lokalna prasa spekuluje, że Manchester City może lada moment złożyć stosowną ofertę, opiewającą na około 80 milionów funtów. Rzecz w tym, że Aston Villa ani myśli, by pozbywać się najlepszego piłkarza i dlatego próbuje go przekonać do podpisania nowego, rekordowego w historii klubu kontraktu. Co na to sam zainteresowany? Czy Birmingham nie jest już dla niego za ciasne?
Opowieść związana z przyszłością Grealisha będzie jednym z najciekawiej zapowiadających się seriali, jakie będzie dane zobaczyć kibicom piłkarskim podczas wakacji. Podobnie zresztą było kilka lat temu, kiedy na szali znajdowało się to, w której finalnie zagra reprezentacji. Jego przodkowie pochodzili z Dublina oraz Gort i przez długi czas wydawało się, że przeznaczeniem pomocnika jest przywdzianie zielonego trykotu Irlandczyków.
Ostatecznie, mimo powołania do kadry przez Martina O’Neilla, pomocnik grzecznie podziękował i ogłosił, że będzie grać dla Anglii. Podczas Euro nie stanowił on jeszcze o jej sile w pełnym tego słowa znaczeniu, ale podczas przyszłorocznych mistrzostw świata w Katarze może już być jednym z najważniejszych zawodników w układance Southgate’a. Dzisiaj Grealish jest już bowiem zupełnie innym człowiekiem i piłkarzem niż kilka lat temu. Dojrzał, wydoroślał, spoważniał, co w parze z jego ogromnym talentem tworzy mieszankę iście wybuchową. Zły chłopak już dawno został zastąpiony złotym chłopcem. – Dziś chciałbym być przykładem dla dzieciaków. Złe rzeczy zostawiłem już za sobą – stwierdził.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” 29/2020
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.