Wobec problemów finansowych ŁKS z drużyny odeszło już kilku piłkarzy i trener. Do zespołu dołączył natomiast Grzegorz Bonin – do niedawna jeden z najlepiej opłacanych graczy T-Mobile Ekstraklasy.
– Kontrakt z Polonią Warszawa rozwiązałem, gdy większość klubów miała już pozamykane kadry, dlatego trudno było znaleźć dobrego pracodawcę. Na szczęście w ostatniej chwili zgłosił się po mnie ŁKS. Znam sytuację panującą w tym klubie, rozmawiałem o niej z innymi piłkarzami. Mimo wszystko zdecydowałem się na podpisanie kontraktu, bo zależało mi na występach w ekstraklasie – w rozmowie z PilkaNozna.pl decyzję o transferze do Łódzkiego Klubu Sportowego tłumaczy Bonin.
– ŁKS był jedyną braną przez pana opcją transferową?
– Tuż przed złożeniem podpisu pod umową z ŁKS zgłosił się po mnie jeszcze inny klub, ale decyzję o transferze do Łodzi podjąłem wcześniej i nie zamierzałem zmieniać zdania.
– Przeprowadzka z Polonii do ŁKS to trochę jakby podróż do innego świata. W Warszawie walczył pan o mistrzostwo i był jednym z najlepiej zarabiających piłkarzy w lidze. W Łodzi natomiast celem jest utrzymanie, a i pensja znacznie mniejsza…
– Faktem jest, że z wiadomych powodów nie można porównywać pieniędzy, które zarabiałem w Warszawie z gotówką, która będzie wpływała na moje konto podczas pobytu w Łodzi. Pragnę jednak zaznaczyć, że moje zarobki w Polonii w rzeczywistości wcale nie były tak duże jak pisano w gazetach.
– Czy wobec kiepskiej sytuacji finansowej Łódzkiego Klubu Sportowego nie obawia się pan, że mogą pojawić się problemy z regularnym wypłacaniem i tak znacznie mniejszego niż dotychczas wynagrodzenia?
– Podpisując kontrakt wiedziałem o problemach z jakimi boryka się klub, liczę się więc z tym, że z otrzymywałem wypłat może być różnie. Zapewniam, że jestem gotowy na różne scenariusze, tym bardziej, że moja umowa obowiązuje tylko do końca sezonu.
– Złośliwi twierdzą, że Bonin w Polonii zarobił tyle, że może sobie pozwolić na to, by w ŁKS grać nawet za darmo…
– Ludzie, którzy tak mówią, są po prostu zazdrośni. Zresztą każdy przecież może grać w piłkę. Do portfela nikomu nie zaglądam i życzyłbym sobie, by mnie traktowano podobnie. Ustalając wynagrodzenie w Polonii czy też w ŁKS nikt ślepy ani pijany nie był, dlatego nie powinno się mieć się pretensji o to, ile kiedyś zarabiałem. Ja także nie zamierzam w przyszłości obrażać się za to, że na moje konto wpływa zbyt mała kwota. Do Łodzi przybyłem bowiem nie po to, aby zgarniać kokosy, ale żeby grać na najwyższym poziomie.
– Czego panu zabrakło, by ten cel realizować w Polonii?
– Bardzo długo wchodziłem do drużyny, a aklimatyzacji na pewno nie ułatwiało mi to, że winą za każdą porażkę obarczano przede wszystkim mnie. Gdy zespołowi nie szło, pierwszy opuszczałem boisko, a gdy zaczynałem na ławce rezerwowych, w przypadku niepowodzeń pierwszy wchodziłem na plac gry. Była to dziwna sytuacja, bo miałem wrażenie, że oczekuje się ode mnie cudów, w sytuacji gdy brakowało mi rytmu meczowego. Przede wszystkim zabrakło mi jednak przełomowego spotkania, w którym zdobyłbym bramkę lub dwie i został bohaterem. Bez takiego wyczynu w Polonii zaistnieć nie można. W dodatku ciągle wypominano mi moje zarobki. Przychodząc na Konwiktorską wiedziałem jednak jaki jest prezes (Józef Wojciechowski – przy. red.), jego komentarzami się nie przejmowałem, bo liczyłem się z tym, że w każdej chwili może zmienić zdanie.
– Ma pan żal do byłego szefa o słowa, które wypowiadał pod pana adresem?
– Trener rządzi drużyną, prezes włada klubem, a wszyscy piłkarze chcą grać, dlatego do nikogo pretensji nie mam. Myślę jednak, że mógłbym dać Polonii znacznie więcej, co wiosną zamierzałem udowodnić. Niestety, okoliczności towarzyszące negocjowaniu nowego kontraktu sprawiły, że nie było możliwości bym został w klubie chociaż do końca sezonu. O szczegóły proszę mnie nie pytać, ponieważ nic więcej na ten temat powiedzieć nie mogę.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.