Wsiadamy do kapsuły czasu i ruszamy do miejsca, w którym całkiem dobrze wiedzie się dwóm Polakom. Mowa będzie o wydarzeniach z lat, kiedy jeszcze ani Arkadiusza Milika, ani Piotra Zielińskiego nie było na świecie.
Numero uno Diego Maradona plus sześciu muszkieterów – tylu piłkarzy cieszyło się z podwójnego mistrzostwa Włoch dla Napoli w 1987 i 1990 roku
TOMASZ LIPIŃSKI
Obecne perełki Napoli rodziły się w 1994 roku, a wtedy w Neapolu zostały już tylko piękne wspomnienia, pokaźne murale i nadzieje, że kiedyś ożyje tamta atmosfera, a Południe jeszcze wygra z Północą. I przybędzie nowy król.
To było coś niesamowitego – Napoli z okresu 1986-1990: niepowtarzalne zjawisko, fenomen, cud. Wystarczy wspomnieć, że poza wielką trójką: Juventusem, Milanem i Interem oraz Grande Torino, poczynając od drugiej wojny światowej, a kończąc na teraźniejszości, właśnie tylko Napoli było w stanie i w mocy tak długo rozdawać karty na górze. Najłatwiej powiedzieć, że działo się tak dlatego, że miało w swoich szeregach największego szulera, nie tylko wśród współczesnych sobie. Wielki Szu równa się Diego Armando Maradona. I to oczywiście prawda, ale nie cała.
Bardziej boski
22 kwietnia stuknęło 30 lat jego bramce w Bolonii. Tamtego dnia trafił w Serie A po raz ostatni z akcji. Przyczynił się do zwycięstwa 4:2 i tydzień później w kończącej zmagania kolejce wystarczyło na własnym stadionie postawić kropkę nad drugim w odstępie trzech lat i przedzielonym dwoma wicemistrzostwami scudetto. W następnym sezonie Maradona już dogorywał w Napoli, aż do formalnej piłkarskiej śmierci z datą 17 marca 1991 roku, kiedy po meczu z Bari zechciano mu wreszcie udowodnić przyjmowanie kokainy i z satysfakcją skazano na dyskwalifikację. Zanim został ukrzyżowany zdążył strzelić 6 goli, wszystkie z rzutów karnych.
Napoli to Maradona. Proste. Bez niego nie byłoby tamtych wszystkich sukcesów, także na arenie międzynarodowej. Ale istniało też coś więcej, coś obok. Byli inni ludzie i ich ciekawe historie, całe otoczenie z rywalami na czele. I ze względu na cały zaniedbywany lub zapomniany przez lata kontekst i także oczywiście samego zmieniającego się Maradonę, warto pokusić się o porównanie Napoli z sezonu 1986-87 i 1989-90.
W 1986 roku siedział na szczycie i radośnie machał nóżkami. Po mistrzostwach świata w Meksyku musiał czuć się panem świata i w takim nastroju wylądował pod Wezuwiuszem, by zacząć swój trzeci sezon w lidze włoskiej. Od razu popsuł mu się nastrój. Z Ottavio Bianchim już w poprzednim sezonie miewał różne zgrzyty. Mimo wszystko niechęć dalszej pracy z tym trenerem była niczym wobec medialnej nagonki. Natury skandalicznej, a jakżeby inaczej.
20 września w jednym z neapolitańskich szpitali pojawił się na świecie chłopiec. Jego matka Cristiana Sinagra już od paru miesięcy rozpowiadała prasie, kto był sprawcą ciąży. Do szpitala ustawiały się pielgrzymki, by obfotografować Diego juniora, bo tak matka postanowiła ochrzcić syna. Tylko ojciec ani myślał o odwiedzinach. Dopiero w 2003 roku pierwszy raz się z nim spotkał, a w 2007 uznał za swojego. Ale wtedy był oburzony i pełen troski o prawowitą żonę, która parę miesięcy później urodziła mu córkę.
Na boisku oczywiście nadal robił różnicę, ale nawet w małej części nie taką, jak na mundialu. Do półmetka strzelił 6 goli, w drugiej części sezonu dołożył 4. I choć został najlepszym strzelcem drużyny, to z dorobkiem mniejszym niż rok i nawet dwa lata wcześniej, kiedy nie wprowadził Napoli na wyższe niż ósme miejsce.
Zespół Bianchiego był odarty z magii, za to pragmatyczny i konkretny aż do bólu. Z 15 meczów na własnym stadionie wygrał 8, ale tez żadnego nie przegrał, stracił tylko 10 goli. Z drugiej strony – nie porywał w ofensywie, zwłaszcza im bliżej końca, tym częściej kwitował koniec zawodów wynikami 1:0 lub 0:0.
Z estetycznego punktu widzenia dużo większą przyjemność sprawiało Napoli Alberto Bigona, który przed startem sezonu 1989-90 przejął stery od Bianchiego. Był trenerskim nowicjuszem, z doświadczeniem trzecioligowym oraz sukcesami w walce o utrzymanie w Serie A. Praca w Napoli była dla niego jak wjazd super szybką windą na dach wieżowca. Nie przestraszył się wysokości. Rozwinął drużynie skrzydła. Postawił na ofensywę, na ustawienie 1-3-5-2, na strzelanie kosztem częstszego tracenia. Jeśli w pierwszym mistrzowskim sezonie w meczach z udziałem Napoli padały średnio 2,06 gole na mecz, to w drugim już 2,58. Pierwszy mistrz uzbierał 41 goli w 30 spotkaniach, drugi poprawił ich liczbę do 57 w 34 występach.
Dla Boskiego Diego początki należały raczej do piekielnych. Tym razem miał zatarg z prezydentem Corrado Ferlaino. Miał dość jego, miasta, pewnie też samego siebie w tym mieście, uwikłanego w różne nieczyste układy. Chciał odejść. Tym bardziej, że do Olympique Marsylia wzywał Bernard Tapie. Ferlaino postawił na swoim i odejść nie pozwolił. Sezon był już w toku, a o Maradonie ciągle było głucho.
W czterech kolejkach zespół zdobył 7 punktów (wtedy zwycięstwo honorowano 2 punktami) bez jego udziału. Z dychą na plecach grał Massimo Mauro. Wreszcie stawił się, poleciał do Lizbony na Puchar UEFA. Zaliczył epizod. 17 września 1989 roku został włączony do kadry na mecz ligowy z Fiorentiną. Bigon posadził go na ławce i dał numer 16. Wszedł od początku drugiej połowy przy stanie 0:2. Po dwóch minutach zmarnował rzut karny. Jeden z trzech na 33 wykonywane w Serie A i 44 dla Napoli. Jednak gospodarze tamten mecz wygrali, w 87 minucie na główkę Giancarlo Corradiniego dośrodkował Maradona. Następnych pięć meczów kończył z golem, osiem kolejnych z golem lub asystą. Sezon zamknął bilansem 16 goli i 9 asyst. Nie miał lepszego.
Nie prowadził się lepiej niż wcześniej, był w szponach kamorry i narkotyków, ale im mocniej pętla oskarżeń zaciskała się na jego szyi, tym większą determinację wkładał w grę, by przynajmniej na boisku oczyścić się z całego brudu, a i perspektywa mistrzostw świata we Włoszech działała mobilizująco. Między innymi to pokazywał film Asifa Kapadii.
Pomocnicy
Sześciu plus Maradona. Tylko, a może aż tylu piłkarzy świętowało podwójne mistrzostwo w barwach Napoli. Trzech z nich w pierwszoplanowej roli. Tyły zabezpieczał neapolitańczyk z krwi i kości Ciro Ferrara. Po drodze do pierwszego mistrzostwa świętował 20 urodziny, wygrywając drugie był już 23-letnim wyjadaczem. W sumie w klubie z rodzinnego miasta spędził 10 sezonów, po odejściu Maradony przejął kapitańską opaskę. Fernando De Napoli był kozakiem, z racji fizycznego podobieństwa i charakteru do walki kibice nazywali go Rambo. Stanowił przeciwwagę dla widowiskowego Roberto Donadoniego w Milanie. Nie było od nich lepszych bocznych pomocników. Andrea Carnevale zaliczał się do grupy napastników, którzy żadnej pracy się nie boją. Nie stał, nie czekał, ale walczył i harował: dla Maradony, dla Bruno Giordano i później Careki. Z taktycznego punktu widzenia nie do zastąpienia. Jak nie przymierzając, Mario Mandżukić w Juventusie. Alessandro Renice satysfakcję z drugiego triumfu zabrała kontuzja. Raffaele Di Fusco był rezerwowym bramkarzem, a Tebaldo Bigliardi łatał dziury w obronie.
Napoli 1990 było ciekawsze, a może nawet lepsze przede wszystkim o Brazylijczyków (w 1987 roku Maradona był jedynym cudzoziemcem). Wysoki, blondwłosy Alemao, który wyglądem i stylem gry bardziej przypominał Niemca, do Napoli wkomponował się znakomicie. Jeśli on zapewniał równowagę, to Careca był jak huragan. Napastnik bez słabych punktów, który w każdym taktycznym układzie świetnie się odnajdywał. Na duży plus też podziałał transfer Massimo Crippy – żywiołowego bocznego pomocnika. Warto wspomnieć jeszcze o młodziutkim Gianfranco Zoli: sprowadzony z Sardynii fantasista zarówno na początku sezonu jak i w każdym późniejszym momencie godnie zastępował lub wspierał Maradonę.
Nigdy poza ligowy poziom nie wychylili się bramkarze, choć obaj to ciekawe indywidua. Claudio Garella miał swój specyficzny styl bronienia, daleki od uznanych standardów. Gianni Agnelli powiedział on nim: – Byłby najlepszy na świecie, gdyby bramkarze nie musieli używać rąk. Miał też skłonności do tycia. Wady nie przeszkodziły mu zostać dwukrotnym mistrzem z prowincji: najpierw w barwach Hellas Werony, później Napoli. Jego miejsce w Weronie zajął Giuliano Giuliani i tam zasłynął tym, że dwukrotnie obronił rzuty karne wykonywane przez Maradonę. Za Garelle trafił również do Napoli i tak samo stało się jeszcze w Udinese. Różni ich to, że Garella żyje, Giuliani zmarł w 1996 roku. Jedna z wersji głosi, że chorował na AIDS.
Konkurencja
Bez porównania bardziej wymagająca była w sezonie 1989-90. Milan dominował na świecie. W tamtym sezonie z trzema Holendrami w składzie: Ruudem Gullitem, Marco van Bastenem i Franckiem Rijkaardem zdobył Puchar Mistrzów, Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny. Natomiast trzy lata wcześniej neapolitańczycy ścigali się głównie z Juventusem, ale bardziej z jego cieniem. To był Juventus w trakcie – używając korporacyjnej terminologii – głębokiej restrukturyzacji. Po dekadzie ze stanowiska odszedł Giovanni Trapattoni, którego zastąpił Rino Marchesi, czyli pierwszy trener Maradony we Włoszech. Powoli tez żegnał się ze Starą Damą i z piłkarską karierą 32-letni Michel Platini.
Słabość głównego rywala pozwoliła już na kolejkę przed końcem sezonu świętować scudetto, a niedługo później dołożyć do niego krajowy puchar. Do tego momentu tylko Juventus i Torino mogły poszczycić się dubletem.
W sezonie 1989-90 akcja jak w dobrym thrillerze obfitowała w zaskakujące i dramatyczne zwroty. Kulminacja nastąpiła w 31. kolejce, choć na pierwszy rzut oka nic takiego się nie stało. Tymczasem pod powierzchnią dwóch bezbramkowych remisów Milanu w Bolonii i Napoli w Bergamo kryły się niezłe hece. Sędzia nie uznał rossonerim prawidłowego gola (dyrektorem Napoli był Luciano Moggi, czyżby już wtedy umiał pilotować sędziów?), natomiast mecz z Atalantą został przerwany w 77. minucie. Trafiony w głowę rzuconą z trybun monetą Alemao nie mógł kontynuować gry. W to, czy rzeczywiście nie mógł, mało kto uwierzył i wierzy do dziś. Faktem jest, że do podnoszącego się z murawy Brazylijczyka, masażysta Salvatore Carmando powiedział: – Zostań na ziemi. Więc ten posłuchał i dał się znieść na noszach, mecz przerwano i przy zielonym stoliku przyznano gościom walkower.
Do przedostatniej kolejki oba zespoły przystąpiły z taką samą liczbą punktów. Milan przegrał w Weronie, co przypłacił czterema czerwonymi kartkami. Napoli pokonało Bolonię, Maradona strzelił ostatniego gola z akcji.
Spadkobiercy
O wpływie Maradony oraz sukcesów Napoli na całe miasto i cały region pisał parę lat temu dziennik „La Repubblica”. Dziewięć miesięcy po meczu przesadzającym o pierwszym tytule w historii urodziło się 1090 dzieci w Neapolu i 46 tysięcy w całej Kampanii. Kilkanaście procent powyżej średniej.
Podczas siedmiu lat pobytu Argentyńczyka pod Wezuwiuszem zostało zarejestrowanych 515 chłopców o imieniu Diego. Dwunastu ojców poszło dalej i kazało wpisać do akt Diego Armando. Jeden przekroczył wszelkie granice i dał na imię synowi Diego Armando Maradona, pisane ciurkiem. Nazwisko Mollica. Diego Armando Maradona Mollica ma dziś 32 lata i jest właścicielem pizzerii w miejscowości Boscoreale.
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” NR 19/2020