Choleryk, zgrywus i głowa rodziny. Oto Ian Holloway jakiego kocha Anglia
Piłka nożna to nie tylko zawodnicy, to także szkoleniowcy, lub jak to jest w przypadku Premier League – menedżerowie. Każdy z nas ma wśród nich swojego ulubieńca. Ktoś uwielbia bezpośredniość i arogancję Jose Mourinho, inny woli spokój i opanowanie Arsene’a Wengera. Jest jednak w lidze angielskiej ktoś, o kim w tym sezonie na pewno będzie głośno, a jego konferencje prasowe będą ozdobą każdej kolejki. O kim mowa?
Ian Holloway, bo to właśnie jemu będzie poświęcony niniejszy tekst, to bez dwóch zdań jedna z najbarwniejszych postaci w Premier League. Były niezły piłkarz, który podczas swojej kariery zawodniczej miał okazję występować w takich klubach jak Bristol, Queens Park Rangers, Wimbledon czy Brentford. Nigdy wielkiej kariery nie zrobił, jednak z piłką zżył się na tyle, że postanowił się nią zajmować także po zawieszeniu butów na kołku. Od 1996 prowadził już Leicester City, Bristol, QPR, Plymouth, Blackpool i obecnie Crystal Palace. Z dwoma ostatnimi zespołami wywalczył awans do najwyższej klasy rozgrywek. Pierwszego nie utrzymał, z Palace dopiero co zaczął bój o zachowanie ligowego bytu.
Błyskotliwy dowcipniś
Oprócz całkiem niezłego warsztatu – tylko niezłego, ponieważ umówmy się Holloway wcale nie jest jakimś czarodziejem na ławce trenerskiej – popularny „Ollie” słynie głównie ze swojej niesamowitej błyskotliwości i wybornego, typowo brytyjskiego poczucia humoru. Do kanonu przeszło wiele jego wypowiedzi, z których można by było ułożyć grubą księgę złotych myśli i anegdotek. Żeby nie był gołosłownym, poniżej przytoczę kilka z nich, bo naprawdę warto.
Jedną z jego najsłynniejszych konferencji miała miejsce w momencie, gdy prowadzone przez niego Blackpool zaczęło balansować na krawędzi Championship i League One. „Nic, naprawdę nic nie idzie tak jakbym chciał. Jestem przekonany, że nawet gdybym wpadł do beczki pełnej kobiecych piersi, to i tak wyszedłbym z niej ssąc własnego kciuka” – powiedział po kolejnej porażce.
Z kolei po innym spotkaniu odniósł się do przepisów piłkarskich, według których ściągnięcie koszulki po strzeleniu gola jest karane żółtą kartką. Jak nietrudno się domyślić, zdaniem Hollowaya, tego typu reguły są po prostu niepoważne. „Ja nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Skoro sprawia im to radość to dlaczego mają tego nie robić? Inna sprawa, że cieszą przy okazji oczy młodych kobiet. Aha, zapomniałem dodać, że jeśli te chcą zobaczyć kawałek niezłego ciała to muszą iść na mecze innych drużyn, bo moi gracze są brzydcy jak noc. Nie dziwię się, że są karani żółtymi kartkami” – wyznał.
Zawszę mówiący co mu na sercu leży i nie owijający w bawełnę Holloway potrafił dogryźć nie tylko sędziom i swoim piłkarzom po gorszym meczu, ale także kolegom po fachu. Swego czasu dostało się ówczesnemu menedżerowi Chelsea, Avramowi Grantowi. „Skoro tak sobie porównujemy i mówimy o podobieństwach, to moim zdaniem Avram jest podobny do Mr. Toada z „Toad of Toad Hall” (wielkiej ropuchy – red.)” – stwierdził w uśmiechem na twarzy.
Mało? No to warto dorzucić jeszcze jego słynną tyradę na temat pięknych i tych nieco mniej urodziwych kobiet. „Tak to już jest w życiu. Kiedy wychodzisz w noc i szukasz młodych dziewczyn, to wiadomo jak jest – czasami trafisz na lepszą, innym razem na gorszą. Nam trafiła się taka, która faktycznie nie była zbyt urodziwa, ale przynajmniej wsiadła z nami do taksówki” – powiedział po jednym z bardzo szczęśliwie wygranych spotkań ligowych.
Los go nie oszczędzał
Ktoś by mógł pomyśleć, że Ian Holloway to straszny wesołek i lekkoduch, który zawsze sobie żartuje i nawet wtedy kiedy porusza poważny temat, to i tak skomentuje go w sposób, który wprawi słuchaczy w osłupienie lub zakłopotanie. Nic bardziej mylnego, szczególnie jeśli spojrzymy na to jak menedżerowi Crystal Palace układa się w życiu prywatnym. O nim można powiedzieć dosłownie wszystko, ale na pewno nie to, że było ono usłane różami. „Ollie” wraz ze swoją żoną Kim doczekał się czwórki dzieci – Williama oraz Chloe, Eve i Harriet, jednak tylko chłopak cieszył się pełnym zdrowiem. Córeczki z kolei od urodzenia były głuchonieme. O ironio, dzieciaki jednego z największych gaduł w angielskim futbolu musiały walczyć z taką właśnie wadą. To jednak nie koniec nieszczęść jakie dotknęły Hollowaya. Choroba zaatakowała bowiem także jego żonę, która przez długi czas zmagała się z nowotworem i dlatego ciężar utrzymywania, dbania o nią i pokrywania kosztów jej leczenia leżała właśnie po stronie naszego bohatera.
Jeśli jednak myślicie, że kiedykolwiek narzekał on na swój los, to jesteście w błędzie. Holloway pracował bardzo ciężko, potrafił dojeżdżać dziesiątki, a nawet setki kilometrów do pracy, byle tylko być blisko najbliższych. To właśnie z tego powodu, pracując jeszcze w Blackpool podał się do dymisji mimo tego, że nikt o jego zwolnieniu nie myślał. On jednak wiedział, że musi odejść, by wraz z rodziną przeprowadzić się do Londynu, gdzie mógłby zapewnić swoim córeczkom opiekę i pomoc na najwyższym z możliwych poziomów.
Myślicie, że to koniec złych rzeczy jakie się przytrafiły temu sympatycznemu człowiekowi? Nie, a o jednym z jego największych koszmarów dowiadujemy się dopiero podczas poruszającego wywiadu dla „Daily Mirror”, w którym opowiada on o momencie śmierci swojego ojca. „Oddech taty z minuty na minutę stawał się coraz płytszy, a ja czekałem na to, który będzie tym ostatnim. W końcu jednak się złamałem, najzwyczajniej w świecie stchórzyłem i powiedziałem moim bliskim, że muszę iść do domu. Pocałowałem tatę w czoło i wyszedłem. Widziałem go wtedy po raz ostatni żywego„.
Czy można go nie uwielbiać? W całej Anglii drugiego takiego oryginału można szukać ze świecą i trzeba doceniać to, że mimo różnych przeciwności losu, cały czas idzie do przodu, nie traci rezonu i pozytywnego nastawienia. Kibice go kochają, nawet ci, którym niekoniecznie jest po drodze z drużynami prowadzonym przez Hollowaya i być może nigdy nie będzie mu dane poprowadzić jakiegoś klubu z absolutnego topu, ale to bez znaczenia. Byle był. Byle nadal dostawał swoje szanse i raczył nas swoim intelektem i błyskotliwością. Kto uważa się za fana angielskiego futbolu i nie widział przynajmniej jednej konferencji prasowej „Olliego”, ten najzwyczajniej w świecie nie wie o czym mówi.
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.