Największe święto klubowego futbolu odbędzie się w miejscu, gdzie nikomu do śmiechu być nie powinno.
Zdobycie Pucharu Włoch przez Milan i zajęcie czwartego miejsca przez Inter – i to w najlepszym wypadku – wystarczy ledwie na otarcie łez po sezonie krótkich wzlotów, bolesnych upadków i mnożenia niewiadomych. A przecież to już teraz za małą stabilizacją w obu klubach miał pójść skuteczny atak na Ligę Mistrzów. W tym i w następnym sezonie piłkarze oraz kibice Interu i Milanu będą mogli zobaczyć ją na żywo tylko raz: 28 maja, w dniu wielkiego finału.
Bez alibi
Studium mediolańskiego kryzysu należy zacząć od Interu. Jak sezon długi, Milanowi przecież nie udało się choćby na kolejkę wskoczyć na podium. A kuzynom i owszem, byli tam i nawet długo patrzyli na wszystkich z góry. Stary rok żegnali w roli lidera i dlatego w nowy weszli z dużym optymizmem. Zupełnie ich nie wzruszało zgrzytanie zębów innych na styl, liczyły się kolejne zwycięstwa, mecze na zero z tyłu, pewna i nieważne, że przeraźliwie nudna regularność i pierwsze miejsce. Pod okiem Roberto Manciniego kształtowały się charaktery, które na umiejętności pozwalały spojrzeć w drugiej kolejności. Jak w Atletico Madryt na początku drogi, którą wyznaczył Diego Simeone (obiecał, że kiedyś wróci do Interu; oby!). Ten model z pewnością Manciniemu bardzo odpowiadał. I nagle wszystko co dobre przysypała lawina niezrozumiałych wpadek. Porażka z Sassuolo na San Siro po rzucie karnym w 5. minucie doliczonego czasu gry zabrała tytuł mistrza półmetka. Remis z Carpi u siebie i wyjazdowa przegrana z Fiorentiną też były efektem zbiorowej amnezji – zapomnieli biedacy, że mecze trwają dłużej niż 90 minut. W Weronie z ostatnim Hellas stracili trzy gole, z których drugi wyglądał, jak powtórka pierwszego, a trzeci jak powtórka drugiego. Jeszcze derby oddane za darmo i wypuszczenie Torino z kompletem punktów, mimo prowadzenia do przerwy. Po siedemnastu kolejkach w 2016 roku, w których wygrał tylko siedem razy, lider zjechał na czwarte miejsce, a w pewnym momencie był nawet niżej. Trudno znaleźć i nazwać jedną przyczynę. Nie było plagi ani kontuzji, ani pomyłek sędziowskich. Żadnego alibi. Po prostu okazało się, że szklanka jest jednak do połowy pusta. W tłustych miesiącach roku poprzedniego jedni mówili, że za punktami i seryjnymi zwycięstwami (pięć od startu, co nie zdarzyło się od sezonu 2002-03) efektowny styl wkrótce musi przyjść, tylko drużyna okrzepnie, nabierze wiary w siebie i zdobędzie się na luz. Inni – i to oni mieli rację – upierali się, że pociąg towarowy wypełniony przeciętnym towarem i udający pendolino prędzej niż później się wykolei.
Interić
Wyszło, że Mancini przeszacował możliwości piłkarzy, którzy w jego planie mieli odgrywać kluczowe role. Taki Stevan Jovetić z przytupem wszedł do nowego klubu i po dwóch kolejkach miał trzy trafienia. Czwarte zaliczył 12 grudnia i na piąte czeka do dziś. W przypadku Czarnogórca potwierdziło się, że talent to jedno, a miękki charakter, jedwabne mięśnie i porcelanowe kości to drugie, co uniemożliwia stać się zawodnikiem wielkiego formatu. Nie na taką dziesiątkę kibice Interu czekali. Podobnie sprawy się mają z Ademem Ljajiciem, zdolnym do błyśnięcia w jednym meczu i zniknięcia na następnych dziesięć. A co powiedzieć o Ederze, który przechodząc w styczniu z Sampdorii, znajdował się w pierwszym szeregu grupy pościgowej za Gonzalo Higuainem w klasyfikacji strzelców? Trzy miesiące pobytu w Interze zupełnie go wyzerowały. Czwarty do kiepskiej partii brydża nadaje się Felipe Melo, którego nieobliczalność i zwykłe wariactwo w dłuższej perspektywie zawsze bardziej szkodzą drużynie niż pomagają. Nawet ci, którzy wieszali psy na Freddym Guarinie, po jego odejściu docenili piłkarskie umiejętności w konfrontacji ze sztukami walki uprawianymi przez Brazylijczyka. Tytuł: Melo dramat, wpisany mu do życiorysu po popisach w Juventusie nic a nic się nie zdezaktualizował. Są też tacy, których odpowiedzialność za drużynę i wyniki, zwłaszcza w trudnym okresie, jeszcze przerosła, ale do których w niedalekiej przyszłości będzie należał świat. Pierwszy w kolejności to Marcelo Brozović. Nieprzypadkowo Chorwat maczał palce w dwóch najlepszych meczach Interu w tym sezonie. 2 marca poprowadził go do spektakularnej remontady z Juventusem w rewanżowym półfinale Pucharu Włoch. Od 0:3 w Turynie do 3:0 na San Siro po dwóch golach Brozovicia. I jak przyszło do jedenastek również nie zawiódł, z pięknego snu kibiców niebiesko-czarnych wyrwało pudło Yuto Nagatomo. Z kolei niedawno asystą i golem odebrał Napoli resztki nadziei na skuteczną pogoń za Starą Damą. Elegancki i błyskotliwy, waleczny i pracowity – taki jest Brozović. Na pewno brakuje mu charyzmy Yayi Toure, o którego tak bardzo latem zabiegał Mancini, ale zadatki na lidera ma. Aż na takie komplementy z pewnością nie zasłużył Geoffrey Kondogbia, jednak i w nim przy odrobinie dobrej woli można dostrzec potencjał, który wkrótce eksploduje. Bez goli Mauro Icardiego nie będzie lepszego Interu, tylko czy bez kolejnego sezonu poza Ligą Mistrzów Argentyńczyk będzie w Interze? Po stronie wyrazistych plusów z czystym sumieniem można jeszcze umieścić Ivana Perisicia i Samira Handanovicia.
Niechciany trener
Inter od Milanu najbardziej różni pozycja trenera. Mancini jest wyrocznią, punktem odniesienia dla wszystkich w klubie, z jego zdaniem każdy się liczy. Sinisa Mihajlović był najemnikiem i na dodatek zatrudnionym nie przez najważniejszego człowieka w Milanie. Wygląda to tak, jakby Silvio Berlusconi z Adriano Gallianim się umówili i na zmianę wybierali trenerów. Jak Galliani namaścił Clarence’a Seedorfa, to Berlusconi odpowiedział Filippo Inzaghim, jak łysy dyrektor wytypował Mihajlovicia, to szef dał szansę Cristianowi Brocchiemu. Osoba Serba na krótko wstrzymała operację, którą na żywym organizmie od jakiegoś czasu przeprowadza Berlusconi. Otóż marzy mu się wyhodowanie Sacchielottiego, czyli trenera łączącego cechy Arrigo Sacchiego i Carlo Ancelottiego. Z jednej więc strony nieznany i bez pierwszoligowego doświadczenia, ale wizjoner, z drugiej – z piłkarską i milanową przeszłością. Po Leonardo, Seedorfie i Inzaghim Brocchi to już czwarty worek mąki na być może idealny chleb. Na razie wychodziły zakalce. Każdy mu dobrze życzy, bo to wychowanek, który na boisku zostawiał całe serce, ale nikt mu nie wróży przyszłości dalszej niż do 15 maja, kiedy odbędzie się ostatnia kolejka. Nawet położenie obu rąk na Pucharze Włoch jego sytuacji raczej nie poprawi. Jeszcze nie teraz, może kiedyś. Krytykowany jawnie lub zza węgła, ale za to bez wytchnienia przez Berlusconiego, Mihajlović zostawił drużynę bez tożsamości, którą najwyraźniej przytłaczał silną osobowością. Układ: nieufny prezydent-twardoręki trener-niewiedząca komu wierzyć drużyna, od początku był chory, więc skazany na porażkę. Oczywiście Berlusconi nie powinien prawie od początku sezonu (po porażce z Napoli 0:4 w 7. kolejce z 4 października) piłować gałęzi, na której siedział trener jego klubu, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że opinie o Mihajloviciu, tak jak o wspomnianych wyżej kilku piłkarzach Interu, są lepsze niż na to zasłużył. Na pewno jest wyrazisty, trudno go nie lubić za otwartość i szczerość, ale w jego duszy wojownika poza walką niewiele więcej gra. Wrogowie nie odbiorą mu jednego. Po wsze czasy zostanie mu zapamiętane, jak Nilsowi Liedholmowi wprowadzenie do Serie A Paolo Maldiniego, postawienie na Gianluigiego Donnarummę. Nastolatek nawet nie zapłacił frycowego, bronił dobrze lub bardzo dobrze. Z imienia i talentu danego od Boga murowany następca Gianluigiego Buffona. Reszta drużyny jest albo milczeniem, albo równaniem z wieloma niewiadomymi. Po co tylu stoperów, z których trudno wybrać dwóch dobrych? Na ile udanych meczów Keisuke Hondy przypada tych kompletnie bezbarwnych? Gdzie się zagubił Jeremy Menez? Dlaczego Carlos Bacca jest ciałem obcym? Po co wracali Kevin-Prince Boateng i Mario Balotelli? Jak wielkie jest zapotrzebowanie w całej Italii na Super Mario pokazał mecz z Juventusem, ten, który przesądził o losie Mihajlovicia. Zagrał w nim przyzwoicie, przynajmniej wreszcie chciało mu się chcieć, co dało pretekst do dyskusji, czy taki Balotelli przydałby się reprezentacji na Euro. Większość kibiców już się nie łudzi i pokazała kciuk w dół. Jego szanse na przedłużenie przez Milan wypożyczenia z Liverpoolu są – podobne jak na udział w mistrzostwach Europy – znikome.
Na Chiny patrz
Sąsiadów z Mediolanu bardzo łączy wynikowa bieda i pucharowa posucha. Jeszcze bardziej oczekiwanie na mannę z Chin. Pertraktują jedni i drudzy. W mistera Bee od kilku miesięcy kręcącego się w milanowych kręgach i w ogóle coś kręcącego, nikt już nie wierzy. Ponoć znaleźli się inni zainteresowani. Berlusconi zdaje sobie sprawę, że finansowe ograniczenia i wiek nie pozwolą mu pociągnąć Milanu tam, gdzie ciągle sięgają jego ambicje. Chętnie odsprzeda sporą część tortu. Z kolei kalkulujący na chłodno Erick Thohir już wie, że przeliczył się z siłami i kolejnych transferów rekomendowanych przez Manciniego zamierza dokonać za pieniądze chińskiego współudziałowca. A nad wszystkimi czuwa wyrozumiały San Siro. Nie o arenę (w pośpiechu i nie bez problemów i opóźnień liftingowaną) najbliższego finału Ligi Mistrzów chodzi. Tylko o patrona dzielnicy, gdzie stadion jest położony – Świętego Syrusa. Może on dopomoże?
Tomasz Lipiński
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”