W poprzednich dziesięciu sezonach Barcelona czterokrotnie wygrała Ligę Mistrzów. Co znaczy, że sześć razy jej nie wygrała. Teraz stanie się tak po raz siódmy od 2006 roku. Skoro po każdej dotychczasowej porażce wracała na szczyt, nie ma powodu by twierdzić, że teraz nie wróci. Niemniej trzeba zastanowić się, czy porażkę z Atletico wywołały tylko okoliczności zewnętrzne, niezależne, czy też szefowie klubu oraz Luis Enrique popełnili jednak jakieś błędy.
Choć po 2007 roku tylko w jednym (do obecnego) przypadku Barca wypadała z Ligi Mistrzów wcześniej niż w półfinale, bywało gorzej. Chodzi bowiem nie o szczebel, ale o styl. Tegorocznego odpadnięcia nie da się nawet porównać z odpadnięciem z roku 2013, kiedy zespół blaugrana dwa razy został upokorzony przez Bayern i przez cały świat przetoczyła się dyskusja o końcu tiki-taki. Gorzej też było w 2012, ostatnim Pepa Guardioli, gdy przeciwko Chelsea drużynie już nie chciało się grać. Gorzej było dwa lata temu, kiedy Tata Martino odpadał także w ćwierćfinale i także przeciwko Atletico. To, co stało się w minioną środę, można chyba porównać z fiaskiem z roku 2010, w półfinale z Interem. Wtedy w ostatniej minucie rewanżu sędzia uznał, że po strzale Bojana Krkicia piłka trafiła w polu karnym w rękę Yayi Toure i prawidłowego gola nie zaliczył. Teraz rękę Gabiego po uderzeniu Iniesty arbiter wyciągnął poza szesnastkę. Owszem, wtedy domniemamy gol dawał awans, teraz wykorzystanie rzutu karnego zaledwie dogrywkę, ale w każdym razie pewną analogię da się wyprowadzić – na pewno i wtedy, i teraz były to pożegnania honorowe.
Naszym zdaniem zarówno ta, jak i poprzednie dotkliwe porażki Barcy w Champions League wynikają w dużej mierze z pojawiającej się od czasu do czasu nieumiejętności wyplątania się szefów klubu, trenerów i piłkarzy z kilku istotnych sprzeczności. Może zresztą nie jest to niczyja nieumiejętność, tylko – fizyczna niemożliwość?
(…)
Sprzeczność numer 4: Piłkarze muszą udawać po porażkach, że nic się nie stało, ale jednocześnie być gotowi do autorefleksji.
Ciekawe, acz bynajmniej nie zaskakujące są ich wypowiedzi po meczu rewanżowym z Los Colchoneros: – Kryzys fizyczny? Nie ma o nim mowy. W drugiej połowie mieliśmy nawet więcej siły niż Atletico. Zrobiliśmy wystarczająco dużo, by strzelić przynajmniej jednego gola, ale zostało chyba wcześniej gdzieś zapisane, że piłka dziś nie wpadnie do bramki Atletico – to Gerard Pique. – W pierwszej połowie mieliśmy wszystko pod kontrolą, a oni z pierwszej sytuacji strzelili gola. W drugiej generalnie przeważaliśmy – to z kolei Andres Iniesta. – Brakowało nam trochę polotu, to wszystko – Javier Mascherano. Zawodnicy Barcy znakomicie zapamiętali nauki Xaviego: do niczego się nigdy nie przyznawaj, idź w zaparte choćby fakty świadczyły ewidentnie na twoją niekorzyść, broń drużyny, trenera i stylu, nie pozwól sobie wmówić, że już nie jesteś wielki, nie analizuj głębszych przyczyn porażki na zewnątrz… To w sumie mądra strategia, może nie mniej niż inne czynniki przyczyniająca się do tego, że Barca zawsze wstaje. Oczywiście nie było też mowy, aby ktokolwiek i cokolwiek wypomniał pojedynczym zawodnikom, z Messim na czele. Luis Enrique wziął 99,9% winy za… fracaso na siebie. Obyło się także bez zrzucania jej na sędziego (Alba: – Gabi zagrał ręką w polu karnym, ale to nie wina arbitra, że odpadliśmy). Barca umie ładnie i godnie przegrywać, to trzeba jej przyznać. A potem zawsze wraca jeszcze silniejsza.
(…)
Leszek ORŁOWSKI
Cały tekst można znaleźć w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.