Zakreślcie tę datę w kalendarzu – 25 kwietnia na Wembley jest finał Pucharu Ligi, który może zdefiniować kolejny rozdział kariery szkoleniowej Jose Mourinho. Nie będzie to pewnie ostatni, ale jeden ze smutniejszych. Na razie Portugalczyka chroni wyłącznie to, jak mocno omotał prezesa Tottenhamu.
Dziś czytając powitalne słowa Daniela Levy’ego można przecierać oczy ze zdumienia. – Jose to jeden z największych trenerów na świecie. Ma bogactwo doświadczeń, potrafi inspirować drużyny i jest świetnym taktykiem. Zdobywał trofea w każdym klubie, który prowadził. Wierzymy, że wprowadzi energię i wiarę do szatni naszej drużyny – mówił w listopadzie 2019 roku prezes Tottenhamu.
Tymczasem niecałych 500 dni później zamiast nadziei i bojowego nastroju w szatni londyńskiego zespołu jest spalona ziemia. Drugi mecz z rzędu Mourinho przegrywa przede wszystkim przez to, że nie potrafi zmotywować zawodników i nie trafia do nich jego przekaz o założeniach taktycznych. Właśnie Tottenham poległ w derbach północnego Londynu z Arsenalem (1:2), właśnie odpadł z Ligi Europy w Zagrzebiu po fantastycznym show Mislava Orsicia. Tego samego Orsicia, którego klipy z nawykami i akcjami Portugalczyk pokazywał zawodnikom.
Jak niewiele z tych pięknych słów Levy’ego o Mourinho pozostało aktualnych. Inspiracji w drużynie w zasadzie brakuje, a kolejne rozpalane ogniska są albo coraz trudniejsze do ugaszenia, albo nie przyczyniły się do żadnej poprawy. Dele Alli tylko na chwilę odzyskał iskrę, Gareth Bale błysnął na moment, Serge Aurier wrócił do popełniania błędów po tym, jak Mourinho powiedział mu, że najbardziej obawia się właśnie jego gry.
Hugo Lloris był po meczu z Dinamem załamany, ale w wywiadzie opisał z zimną krwią szatnię Tottenhamu. Nie trzeba wyjmować każdego zdania by pojąć to, co najbardziej wkurza kapitana zespołu. – Jakakolwiek jest decyzja trenera, to zawodnik musi się poświęcić dla drużyny. Jeśli robisz to tylko będąc w wyjściowej jedenastce, wtedy całość ma problem. Dzisiejszy obraz zespołu oddaje to, co dzieje się w klubie. Brakuje nam fundamentów i nasza postawa to pokazała. Mentalnie musimy być mocniejsi, walczący, a tego nam zabrakło – bił Francuz w siebie, kolegów i trenera.
Tak, w trenera, choć kilka razy wymsknęło mu się, że pewne kwestie są niezależne od decyzji szkoleniowca, że on starał się zachęcić Tottenham do odpowiedniego podejścia do spotkania w Zagrzebiu, przekonując już dzień wcześniej, że awans nie jest rozstrzygnięty. Intencje Portugalczyka było widać po wyjściowym składzie: oprócz Harry’ego Kane’a byli w nim Alli, Erik Lamela i Eric Dier również… Gdzie więc został popełniony błąd?
Porażki się zdarzają, nawet Arsenal opromieniony triumfem z Tottenhamem, w następnym spotkaniu i pomimo sporej zaliczki z Pireusu przegrał u siebie z Olympiakosem. Przegrał, ale stwarzał sytuacje, może jedynie letargiczną postawą w pierwszej połowie i w postawie Pierre-Emericka Aubameyanga dał powody do niepokoju, choć awans nie był zagrożony. Słowem, porażka nie była efektem błędów taktycznych Artety, prędzej nieskuteczności zawodników. Ot, kolejny gorszy dzień w trudnym sezonie.
Z Tottenhamem historia jest inna. Zespół Mourinho jest bardziej rozchwiany emocjonalnie i pod względem formy piłkarskiej. Derby północnego Londynu są doskonałym punktem odniesienia. W grudniu po zwycięstwie 2:0 nad Arsenalem wydawało się, że to jest moment, w którym można myśleć o wyższych celach niż wyłącznie zagwarantowanie sobie miejsca w czołowej czwórce Premier League. Rzeczywistość ligowa brutalnie te myśli zweryfikowała – City w tym okresie zdobyło 32 punkty więcej, a Tottenham zdobył ich tyle, ile Crystal Palace (21), mniej niż Burnley czy nawet przeżywający niespotykany kryzys Liverpool.
To był kapitalny początek sezonu w wykonaniu Tottenhamu. Zwycięstwa 5:2 i 6:1 odpowiednio na terenie Southampton i Manchesteru United przywróciły wiarę, że Portugalczyk może poświęcić część swojego pragmatyzmu kosztem ofensywy. Powrót Garetha Bale’a przyczynił się do zbudowania pozytywnego nastroju wokół klubu, nawet jeśli początkowo Walijczyk był z dala od boiska i dopiero na przełomie lutego oraz marca dwa razy z rzędu zagrał w Premier League w wyjściowym składzie. Z Chelsea i Manchesterem City Spurs nie stracili gola, co potwierdziło solidność defensywną, która ma być pewnikiem u Mourinho.
Jednak nie mogło to trwać wiecznie. Nie z Mourinho. Po Arsenalu w grudniu nie wygrał już żadnego spotkania, w styczniu po serii zwycięstw ze znacznie niżej notowanymi rywalami – Marine, Wycombe, Brentford, Sheffield United – również nie można było jednoznacznie stwierdzić, jak realnym są one odzwierciedleniem formy Tottenhamu. Klęski z Liverpoolem, Brighton i Chelsea dały odpowiedź. Klęski, bo za każdym razem Mourinho przegrywał taktycznie. Zespół Juergena Kloppa dopuścił Tottenham do trzech strzałów, ale tylko jednego z własnego pola karnego. Drużyna Grahama Pottera zawstydziła londyńczyków płynnością i szybkością wymienianych podań. Ekipa Thomasa Tuchela ograniczyła ich swoim kontrpressingiem, na boisku znajdując zbyt wiele wolnej przestrzeni.
Od tego czasu tych raczej dłuższych niż krótszych okresów zaskakująco pasywnej gry Tottenhamu było nawet więcej. Z Arsenalem na rzucenie się do ataków czekali ponad godzinę meczu, choć właśnie stracili Lamelę po czerwonej kartce i dopiero jak stracili drugiego gola. – Muszę postarać się zrozumieć, co stało się w pierwszej połowie, bo nie pamiętam tak słabej naszej gry. Może jeszcze z Sheffield United przed lockdownem graliśmy tak źle, choć teraz rezultat był remisowy, mecz jeszcze nie był stracony, a wynik mógł się zmienić – narzekał Mourinho.
Portugalczyk nie mógł tego zrozumieć, bo jego zespół był właśnie po serii pięciu zwycięstw z rzędu. Nawet jeśli to były wygrane z drużynami, które Tottenham po prostu musiał pokonać – Wolfsberger i Dinamo w Lidze Europy oraz Burnley, Fulham i Crystal Palace w Premier League. To już nie przyciąga jednak takiej uwagi, bo Mourinho miał być gwarantem ponownego nawiązania walki z najlepszymi. Sam twierdzi, że nie powinno już chodzić o rywalizację wyłącznie między czołową szóstką, że poziom ligi angielskiej wzrósł do tego stopnia, że kolejnym klubom rosną ambicje. Jednak on staje się mistrzem nie w rozbudzaniu nadziei, lecz tonowaniu nastrojów. Pracując w Manchesterze United i Tottenhamie w dwudziestu ostatnich starciach z rywalami z czołowej szóstki wygrał ledwie pięć razy, dwunastokrotnie zaś przegrał.
Obecny Tottenham trzyma się na geniuszu Kane’a i jego współpracy z Hueng-min Sonem. Odpowiadają za ponad 60% zdobytych bramek w Premier League, mają odpowiednio 13 i 9 asyst, a następni w tej klasyfikacji Pierre-Emile Hojbjerg oraz Sergio Reguilon – ledwie po trzy. Portugalczyk ostatnio szydził po przebiciu granicy stu goli w sezonie strzelonych przez Tottenham we wszystkich rozgrywkach, że nie jest to taki zły wynik jak na defensywny styl zespołu. Ale też rekordowe statystyki Kane’a doskonale pokazują grę drużyny Mourinho. Ponad połowa z dokładnych kluczowych podań Anglika była wykonana ze strefy środkowej, czyli przestrzeni oddalonej o przynajmniej 35 metrów od bramki rywali. Aż cztery takie zagrania wykonał z własnej połowy, kolejnych pięć z wysokości nie przekraczającej promienia koła środkowego.
Statystyki Kane’a pokazują też jego uniwersalność. W tym sezonie Premier League wykonuje średnio sześć podań więcej, średnia kluczowych podań wzrosła o 60 punktów procentowych. Patrząc na raport skautingowy FBRef widzimy, że Kane jest w czołowych dziesięciu procentach napastników pod względem podań progresywnych, długich, w strefę ataku i tych zagrań, które tworzą okazję do strzelenia gola. Do wykonywania podań progresywnych, czyli zdobywających metry do bramki rywali, a także posyłanych w strefę ataku potrzebna jest właśnie przestrzeń. Dlatego raz jeszcze warto spojrzeć w mapę celnych kluczowych podań Kane’a, by dostrzec, że paradoksalnie, to reaktywny styl gry Tottenhamu Mourinho rozwinął go jako napastnika. Ponad jedna trzecia wszystkich asyst Kane’a w londyńskim klubie pochodzi z obecnego sezonu. Jeśli Tottenhamowi nie uda się zdobyć żadnego trofeum, ani nie zakwalifikuje się do Ligi Mistrzów będzie to jednak marnym pocieszeniem. Wyżyłowanie do granic możliwości – i kontuzji – dwójki najważniejszych piłkarzy kosztem planu na całą resztę drużyny (w dobie systemowo kreatywnych zespołów w czołówce ligi) nie pomogło w zrealizowaniu celów Spurs.
To też paradoks Tottenhamu Mourinho. Im więcej jest kombinacji Kane’a z Sonem, im częściej swój błysk geniuszu dodaje Bale, tym większy wymiar mają kolejne klęski po nad wyraz pragmatycznej grze, gdzie strach przed ryzykiem i niechęć wyjścia poza to, co nakreślił Portugalczyk przytłacza Tottenham. Wspomniane na wstępie słowa Llorisa można traktować jako krytykę jego kolegów, ale też brak długoterminowego efektu oddziaływania Mourinho na swoich zawodników. – W Zagrzebiu pokonano nas wielkim sercem i determinacją, a jeśli uważamy, że to nie jest część futbolu, to mylimy się. I oni tak zrobili – mówił Portugalczyk po odpadnięciu z Ligi Europy. To już ten etap: nie my, ale: ja kontra oni.
Znamy to z poprzednich okresów pracy Mourinho, gdy początkiem lub przyspieszeniem końca było zrzucanie całej winy na zawodników. Odkąd ostatni raz zdobył mistrzostwo Anglii – w tym roku minie sześć lat – trwa zastanawianie się, czy pod taktycznym względem współczesny futbol nie odjechał za bardzo jego pragmatycznej myśli, jego reaktywnym zamiarom i naciskom na organizację oraz dyscyplinę. Jednak z punktu widzenia Portugalczyka znacznie bardziej powinien on martwić się, że nie daje już takich efektów jego sposób zarządzania materiałem ludzkim. Chodzi o motywowanie, rozwijanie, docieranie do głów piłkarzy. Skoro w ciągu pięciu dni Mourinho publicznie przyznał, że nie wie, co jest przyczyną rozkojarzenia, braku motywacji i odwagi jego zespołu, to w pierwszej kolejności wrzucił kamyczek do własnego ogródka.
Czy Levy też to widzi? Czy widział symptomy tego w Chelsea oraz w Manchesterze United, czy te problemy Mourinho zostały przesłonięte przez trofea, które zdobył? Jeśli pod koniec kwietnia Tottenham nie zdoła pokonać Manchesteru City na Wembley w finale Pucharu Ligi, to będzie można szykować się do czwartej rocznicy ostatniego pucharu wygranego przez Portugalczyka. Do tego czasu musi on zgasić konflikt w drużynie, dotrzeć do rozleniwionych piłkarzy i wdrożyć na nowo jakiekolwiek podstawy zachowań, dyscypliny i standardów w treningu. Słowem, musiałby zmienić swoje metody, którym jest jednak wierny. Nie dalej jak miesiąc temu twierdził, że pod tym względem nie ma sobie równych na całym świecie. Zaprzeczał też jakoby w grupie był kryzys, brak wiary w pracę jego sztabu oraz wdrażaną przez niego taktykę. – Czasem wynik jest konsekwencją wielu zdarzeń w futbolu – kwitował banałem kolejną odpowiedź. Gdy jednak złych zdarzeń przybywa, to warto zastanowić się nad ich przyczyną, choć ten kierunek coraz rzadziej stawia Mourinho na piedestale.
Pytania do Levy’ego są również zasadne, bo on w listopadzie podpisał z Mourinho kontrakt na trzy i pół roku. Na tyle, ile Portugalczyk nie wytrwał w żadnym klubie. Bez klauzuli, która pozwoliłaby zwolnić trzeciego najlepiej opłacanego szkoleniowca na świecie bez ogromnych strat finansowych. A Levy o budżet musi dbać szczególnie, zwłaszcza w obliczu kolejnego sezonu poza Ligą Mistrzów. Wyczekiwane trofeum może te wyliczenia i poświęcenia osłodzić, a porażka – przyspieszyć decyzję, która już dziś zdaje się być nieuchronna.
MICHAŁ ZACHODNY
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (12/2021)
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.