Nie
było bardziej interesującego obrazka z pierwszych meczów po
powrocie Ligi
Europy, jak Adama Traore, którego jeden ze sztabowców Wolverhampton nacierał
olejkiem dziecięcym, by rywalom trudniej było go złapać.
Adama Traore należy do grona zawodników chętnie wchodzących w pojedynki z rywalami
MICHAŁ
ZACHODNY
Łączy
Nas Piłka
Hiszpan
był tego dnia nieskuteczny – lub skutecznie blokowany – ale
niech ten sposób poświadczy o desperacji piłkarza, który żyje z
przebojowości, dryblingów, uciekania rywalom.
Na
ten temat rozważano w ostatnich latach wielokrotnie. Czy obrońcy
stają się coraz słabsi, a może to skupienie szkoleniowców na
ofensywie i sposobach rozgrywania piłki sprawia, że defensywie
poświęca się mniej uwagi? Z pewnością pewnym argumentem jest
niedawny finał Pucharu Anglii: ani Arsenal, ani tym bardziej Chelsea
nie wyglądały na pewne w defensywie. Rozstrzygającą o zwycięstwie
akcję rozpoczął Hector Bellerin, który urwał się z piłką z
własnej połowy i przez kilkadziesiąt metrów biegł nieatakowany.
Gdy już rzucił się na niego Antonio Ruediger, piłkarz Arsenalu
puścił mu futbolówkę między nogami. Dalej były już: chaos,
nieporozumienia i błędy defensywy Chelsea.
Teoretycznie
powinno być więc łatwiej. Skoro szukając silnych defensyw, w
zasadzie można wskazać wyłącznie Liverpool, skoro problemy z
doborem obrońców wciąż miewa Pep Guardiola, skoro tylko trzy
drużyny tracą średnio mniej niż jednego gola na mecz, z pewnością
jest coś na rzeczy. Faktycznie, spoglądając w statystyki drużyn
można dostrzec, że w porównaniu do poprzedniego sezonu
indywidualnych akcji i pojedynków w ataku jest więcej. Przedostatni
w klasyfikacji dryblingów Watford – 8,4 prób na mecz – byłby
rok wcześniej na poziomie jedenastego Manchesteru United. Trzecie w
rozgrywkach 2018-19 Leicester City i czwarty West Ham w tym minionym
zajmowaliby pozycje w drugiej dziesiątce.
Trudno
jest jednak wskazać jednostki na tyle wybitne w tym konkretnym
elemencie, zwłaszcza po odejściu Edena Hazarda. Nieco zaskakujący
może wydać się fakt, że zaglądając w klasyfikacje najczęściej
dryblujących piłkarzy z pięciu czołowych lig w Europie, w topowej
dwudziestce jest tylko trzech przedstawicieli Premier League. Jeszcze
bardziej zadziwiające jest to, że dopiero w trzeciej dziesiątce
znajdzie się zawodnik zespołów, które awansowały w tym roku do
Ligi Mistrzów. Liderami reprezentującymi angielskie kluby są
bowiem piłkarze raczej z drugiego szeregu. Adama Traore miał kilka
przebojowych okresów w tym sezonie, lecz jeszcze nie zrobił tego
kroku w stronę równej dyspozycji przez cały ten okres. Wilfried
Zaha jest gwiazdą swojej drużyny i kolejny raz to na jego barkach
spoczywało utrzymanie zespołu w Premier League, ale to tylko
Crystal Palace. Jedynie Norwich strzeliło od nich mniej goli. W
czwartym najmniej skutecznym zespole ligi występuje… piąty
najczęściej podejmujący prób dryblingów zawodnik w europejskiej
czołówce, czyli Allan Saint-Maximin.
Można
na kwestię tych zawodników spojrzeć dwojako. Przez pryzmat
zespołów, w których występują i w których – może z wyjątkiem
Wolverhampton – nie ma takiego potencjału i talentu, by odciążyć
ich z odpowiedzialności za stworzenie czegoś wyjątkowego. Do tego
drużyny z czołówki mają na tyle jakości, że akcenty są
rozłożone nie tylko w całym ataku, ale i po wszystkich formacjach.
Liverpool jest tego doskonałym przykładem, Manchester City
podobnie, w United również stężenie talentu na metr kwadratowy
murawy Old Trafford jest spore. W Chelsea najlepszym dryblerem jest
Christian Pulisic, ale błędem byłoby ograniczanie Amerykanina do
tej umiejętności.
– Pewnym
zaskoczeniem może być fakt, że nie jest on wyżej na liście
najskuteczniej kiwających zawodników Premier League. Nawet
dostosowując statystyki wedle średniej na 90 minut, jest on dopiero
trzynasty, za między innymi Pedro Neto i Nicolasem Pepe. Ale jednym
z kluczowych aspektów w grze Pulisicia jest to, że on wcale nie
musi za każdym razem mijać rywali. Często jego najefektywniejsze
akcje to nie drybling przez przeciwników, lecz ściągnięcie na
siebie ich uwagi i podanie piłki między nimi – pisał w „The
Athletic” Michael Cox, znany analityk oraz autor książek o
taktyce w europejskim futbolu.
Jego
uwaga jest trafna, ale też pokazuje, że w Anglii nie szuka się już
jednowymiarowych dryblerów – a przynajmniej nie do ligowej
czołówki. Przykładowo, rozwiązaniem problemów Manchesteru United
było nie powierzenie odpowiedzialności za grę jednemu z większych
indywidualistów, lecz sprowadzenie piłkarza, który podaniami
wykonuje najważniejszą robotę. Szybcy i zdecydowani atakujący nie
muszą wchodzić w pojedynki z piłką przy nodze, ponieważ od Bruno
Fernandesa często dostają podanie na wyprzedzenie obrońcy. Z
dwudziestu najczęściej asystujących piłkarzy w Premier League
tylko trzech wykonywało więcej niż dwa dryblingi na 90 minut gry:
oprócz Traore są to Hueng-Min Son z Tottenhamu oraz Emiliano
Buendia z Norwich. Koreańczyk pojawia się ponownie jako piłkarz
wyróżniony, gdy dryblingi zestawi się z tymi, którzy strzelili
przynajmniej 10 goli w sezonie. Obok niego ze średnią ponad dwóch
prób na mecz jest jeszcze tylko Michail Antonio z West Hamu, blisko
doskoczenia do tej grupy w obydwu klasyfikacjach był Sadio Mane z
mistrzowskiego Liverpoolu.
O
tym, że zmienia się skupienie na dryblingu świadczy też inna
statystyka – liczba zawodników przedryblowanych. W tej
klasyfikacji nie ma sobie równych Zaha (172), choć Traore wcale nie
jest daleko (161). Ich najbliższa konkurencja traci jednak sporo:
Buendia przedryblował 111 rywali, Saint-Maximin – 106. Ale ciekawy
jest fakt, że w czołowej dziesiątce tego zestawienia jest tylko
dwóch piłkarzy z czterech zespołów, które zakończyły
rywalizację w czołówce – to Mane (84) i Rashford (77). Rok temu
było troszkę inaczej: drugi był Eden Hazard, czwarty Raheem
Sterling, szósty – Mohamed Salah.
Dlaczego
to rozłożenie akcentów jest tak istotnym elementem wpływającym
na to, że najlepszych piłkarzy nie widzimy w czubie klasyfikacji
dryblerów? Odpowiedź jest banalna: piłka na boisku jest jedna, a
Liverpool czy City, także United i Chelsea mają wielu zawodników,
pomiędzy których warto podzielić jej posiadanie, by było ono
bardziej efektywne. Zresztą skuteczność takich dryblingów wcale
nie jest tak wysoka. Przykładowo, dopiero co siódmy udany drybling
Zahy przynosi jego drużynie strzał, ani razu jego indywidualna
akcja nie dała Crystal Palace gola. W przypadku Saint-Maximina i
Traore jest niewiele lepiej, mają oni po jednej asyście z
dryblingu. – Czasem to podanie przed asystą jest najważniejsze.
Zawsze o tym myślę. Będę dryblował i skupię na sobie uwagę
czterech zawodników, wtedy wykonam podanie, którym ich wyminę i
moi koledzy będą mieli łatwiejszą drogę do bramki – tłumaczy
Francuz z Newcastle United.
Pewnie,
że chodzi też o mądrość. Saint-Maximin wielokrotnie powtarza o
tym przyciąganiu kilku rywali, podobnie jest z Traore, który nawet
wygląda na piłkarza, którego powstrzymywać musi przynajmniej
dwóch obrońców. Zaha jest często podwajany, należy do
najczęściej faulowanych w Premier League: średnio wykonuje cztery
dryblingi, a w każdym meczu jest przynajmniej trzykrotnie ścinany z
nóg. Mądrość wynika więc z tego, że najlepsi czekają na
momenty, gdy uda im się odseparować na skrzydle lub w strefie ataku
ich zawodnika z jednym rywalem. Gdy piłkę mają Salah, Firmino,
Mane, Sterling, Mahrez czy inni może się zdarzyć wszystko. I
dzieje się: pięć dryblingów Algierczyka doprowadziło do goli, po
cztery takie w przypadku Egipcjanina i Brazylijczyka.
Jednak
żadnemu z nich nie zdarzyło się to, co zrobił Traore w grudniu w
meczu z Watfordem, piętnastokrotnie pokonując w dryblingu
przeciwników. To rekord Premier League odkąd są zbierane tak
szczegółowe statystyki. Ciekawsza jest jednak dalsza część
klasyfikacji: drugi jest Zaha, jeszcze trzykrotnie najlepsze wyniki
ma atakujący Wolverhampton, są oczywiście Saint-Maximin i Boufal.
A więc to na nich spoczywa ogromna odpowiedzialność za kreowanie
gry w ich drużynach, gdy najlepsi mogą sobie pozwolić na więcej
możliwości w sytuacjach boiskowych. I słusznie: gdyby Juergen
Klopp chciał zmuszać Liverpool do grania wyłącznie przez Salaha,
który po otrzymaniu piłki musiał kiwać się z rywalami, szybko
straciłby lidera przez kontuzję lub wyczerpanie. A inni nie
dostaliby tak wielu okazji do pokazania możliwości w systemie,
którego największym atutem jest właśnie drużyna. W Hiszpanii
zdecydowanie najlepszym dryblerem i fenomenem w swojej własnej
kategorii pozostaje Lionel Messi. Dla Barcelony jest nie tylko
najbardziej kreatywnym graczem, ale i najskuteczniejszym, lecz czy
nie częścią problemów wicemistrza jest to, że zbyt wiele w
ofensywie zależy właśnie od jego samego, nawet jeśli jest
geniuszem?
Traore
przedstawia to podobnie do Saint-Maximina. – Gra jeden na jednego
to mój atut. Ale gdy jestem podwajany lub potrajany przez
przeciwników, moi koledzy mają więcej swobody. Jeśli mogę tak
grać, to korzysta zespół – mówił w Sky Sports. Dlatego przed
dryblingiem często zatrzymuje się z piłką, chcąc zmusić
obrońców, by podeszli do niego bliżej. Wówczas może nie tylko
wykorzystać przyspieszenie z miejsca, ale i wybrać kierunek lub, co
równie istotne, podanie w przestrzeń, która gdzieś na boisku się
uwolniła.
Steve
Bruce w kontekście swojego piłkarza mówił, że coraz rzadziej
spotyka się zawodników o tak naturalnej umiejętności dryblingu.
Oczywiście, że to wciąż jedna z kluczowych umiejętności, lecz
każdy piłkarz musi do tego doskonale podawać, orientować się na
boisku, a więc, koniec końców, podejmować właściwe decyzje. Tą
nie zawsze jest drybling, bo i upór w prowadzeniu piłki na
przeciwnika także ogranicza siły zawodnika. Saint-Maximin zwracał
uwagę, że w Premier League ze względu na tempo gra się zupełnie
inaczej niż we Francji. – Wszyscy biegają wszędzie, każdy chce
strzelić gola. To trochę tak, jak z grą czterech na czterech na
ulicy – mówił w jednym z wywiadów.
Argument
o zanikaniu fenomenu piłkarza ulicznego – wychowanego w grze na
małej przestrzeni, ciągle podejmującego pojedynki, często bez
zasad lub na różnej nawierzchni, wymuszającej coraz bardziej
kreatywne rozwiązania – pojawiał się już wielokrotnie. W
akademiach na całym świecie szkoleniowcy kombinują, jak przywrócić
część z tych naturalnych umiejętności, sztucznie generując
podobnie surowe warunki rywalizacji. Ale to nadal są dodatki, a nie
główne sposoby kształcenia piłkarzy. Co więcej, nawet tam, gdzie
chętniej uczy się zachowań w pojedynkach kluczowym aspektem są
opisywane wcześniej decyzyjność i inteligencja piłkarza.
Z
kolei Zaha twierdzi, że ludzie wciąż chcą przychodzić na mecze
dla takich piłkarzy jak on. – Nikt nie chce oglądać nudnego
spotkania, gdy piłka jest cały czas w powietrzu. Każdy woli
zobaczyć piłkarza, który zrobi coś tak wyjątkowego, że wracając
do domu, będziesz się zastanawiał: jak mu się to udało? –
mówił w rozmowie z „The Times”. Nieliczną grupę prawdziwych
dryblerów – ze względu na bazowanie na tej unikalnej
umiejętności, częstotliwość działań – należy doceniać. Bo
Premier League nie wybacza: intensywność rośnie, więc metodą na
zatrzymanie rywala jest przewinienie. W sezonie 2018-19 piłkarze
tylko czterech drużyn byli faulowani średnio częściej niż 11
razy w meczu, w tym niedawno skończonym – już ośmiu zespołów.
A
może to taki etap w historii futbolu? W książce „The Football
Man” Arthur Hopcraft opowiada, jak do czasów pojawienia się
George’a Besta drybling został niemal wykopany z angielskiego
futbolu przez (znacznie bardziej niż dziś) brutalnie grających
obrońców. Dopiero piłkarz Manchesteru United przywrócił na
Wyspach radość z tego elementu i jego znacznie częstsze
stosowanie. – Prowadzenie piłki, prowokowanie rywala, by wymusić
wślizg jest w futbolu sytuacją tak skrajnie groźną, że mało
który zawodnik ryzykuje niepowodzenie – pisał pod koniec lat
60-tych autor. Może więc obecnie też tylko czekamy na przebłysk
geniuszu, który rozpocznie trend, a może wraz z profilem zawodników
takich jak Traore czy Saint-Maximin – silnych, mocno stojących na
nogach, z przyspieszeniem i chęcią bezpośredniego ataku –
właśnie obserwujemy początek dominacji innego typu dryblerów.
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” NR 32/2020
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.