Dlaczego nasi arbitrzy są krytykowani w kraju i chwaleni za granicą?
Gdy słucha się wypowiedzi niektórych naszych piłkarzy i ekspertów, odnosi się wrażenie, że w polskim futbolu wszyscy znają się na wszystkim. Brakuje jeszcze tylko tego, żeby szkoleniowcami klubów ekstraklasy zostali sędziowie bez kompetencji trenerskich.
Rafał ROSTKOWSKI
Futbol totalny wcale nie polega na zamianie ról piłkarzy lub trenerów z sędziami, lecz na wymienności funkcji poszczególnych zawodników w danej drużynie: obrońców, pomocników i napastników oraz ich wzajemnej asekuracji opartej na wszechstronnym wyszkoleniu. Podobna wymienność funkcji ma zastosowanie we współczesnym sędziowaniu, które nazywam sędziowaniem totalnym, ponieważ arbitrzy asystenci często sygnalizują faule lub podpowiadają głównemu, że trzeba podyktować rzut karny czy wolny i pokazać zawodnikowi żółtą lub czerwoną kartkę, a główny z kolei czasem podpowiada coś asystentom. Są jednak pewne granice, których poważni ludzie, czyli na przykład eksperci i sędziowie, przekraczać nie powinni. Ani mnie, ani chyba żadnemu mojemu koledze sędziemu nawet nie przyszło do głowy, żeby po meczu stanąć przed kamerą, by skomentować błędy trenera, którego drużyna przegrała, albo skrytykować publicznie piłkarzy za niedokładne podania, przestrzelony rzut karny czy kłótnie w zespole. Owszem, jako sędziowie znamy się na piłce, ale – jak sama nazwa funkcji wskazuje – jesteśmy ekspertami od spraw sędziowskich. Tak więc nie powinniśmy pouczać piłkarzy czy trenerów, jaką mają stosować taktykę, którego zawodnika zmienić czy do którego podawać piłkę częściej.
Sędziowie trzymają się swojej roli, czego niestety nie można powiedzieć o ludziach z pozostałych futbolowych profesji. Niektórzy jakby mieli kłopot ze skoncentrowaniem się na pracy i analizowaniu jej skutków. Zamiast tego, przyczyn niepowodzeń doszukują się gdziekolwiek indziej, byle nie u siebie i kolegów z drużyny czy dawnego klubu. Ale przejdźmy do rzeczy.
Liga bez królików To jest najlepsza od lat jesień polskich sędziów. 11 września prowadzili trzy mecze pierwszych reprezentacji narodowych, w tym dwa w eliminacjach mundialu w Brazylii, a w październiku kolejne dwa międzypaństwowe, w tym jeden eliminacyjny. Po czterech latach przerwy polscy sędziowie wrócili też do Ligi Mistrzów. Na dodatek pierwszy raz w historii najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych już w pierwszej kolejce polscy sędziowie prowadzili aż dwa mecze. Na pierwszej kolejce się nie skończyło – tydzień temu Polacy prowadzili kolejny mecz Champions League.
Te fakty jakoś dziwnie kontrastują z lokalną opinią, że polscy sędziowie nie czują gry i nie dają pograć – bo takimi właśnie słowami coraz częściej narzekają ostatnio niektórzy nasi piłkarze, a zdarza się, że nie tylko oni. Pewnie rzeczywiście są tacy, którzy niezbyt dobrze czują grę naszych futbolistów. Problem polega jednak na tym, że krytyka spada głównie na tych arbitrów, którzy według FIFA i UEFA grę w piłkę nożną czują akurat najlepiej, czego dowodem są kolejne nominacje na mecze w eliminacjach mistrzostw świata czy też właśnie Lidze Mistrzów i – jak co roku – Lidze Europy.
W tych wszystkich rozgrywkach – co niby oczywiste, ale w obecnej sytuacji warte podkreślenia – są dużo większe wymagania niż w lidze polskiej, dużo większe pieniądze dla klubów, zwłaszcza w Lidze Mistrzów, i dużo większa odpowiedzialność, więc nikt z FIFA i UEFA nie tolerowałby tam sędziów, którzy naprawdę nie czują gry. W Lidze Mistrzów nie ma królików z kapelusza. I dla całkowitej jasności: sędziów na mecze Ligi Mistrzów wyznacza UEFA, a nie PZPN.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.