Po 25 latach wrócił do Poznania ze Szwajcarii. Po roku musiał z Poznania wyjechać. Pracy długo nie szukał – dziś 53-letni Dariusz Skrzypczak próbuje zaistnieć jako trener beniaminka z Mielca.
ZBIGNIEW MUCHA
Kto dzwonił: Stal do Skrzypczaka, czy odwrotnie? Najpierw to zostałem zaproszony na spotkanie z panią prezes Widzewa, ale po rozmowie doszedłem do wniosku, że to nie jest dobry moment na przeprowadzkę do Łodzi – mówi Skrzypczak. – I wówczas zadzwonił prezes Stali. Reszta jest znana, postanowiłem spełnić marzenie samodzielnej pracy w Polsce.
Duże wyzwanie, bo pan jednak dotąd głównie pracował z młodzieżą? Nie do końca, tak naprawdę to z szesnastolatkami pracowałem w sumie 4 lata, po dwa lata w Lucernie i Aarau. Cała reszta kilkunastoletniej pracy szkoleniowej to seniorzy. Zarówno asystentura u Ryszarda Komornickiego w Wohlen i FC Luzern, jak i Dariusza Żurawia w Lechu, a i tak większość czasu przepracowałem jako samodzielny trener w niższych ligach szwajcarskich.
Na marginesie: trener młodzieży w Szwajcarii lepiej zarabia od trenera ekstraklasowego klubu w Polsce? To zależy od klubu i trenera – każdy umawia się indywidualnie. Natomiast jest oczywiście grupa wyselekcjonowanych szkoleniowców w Szwajcarii bardzo dobrze opłacana przez kluby decydujące się wdrażać filozofię i system szkolenia opracowany przez tamtejszą federację. Dzięki temu są wspierane finansowo przez związek, który wprowadził trzystopniowy model pomocy finansowej. Co za tym idzie – te kluby mają środki na opłacanie szkoleniowców.
Pan, wykształcony głównie w Szwajcarii, wylądował ostatecznie w Mielcu. Zadanie jest klarowne – sprawić, by to nie był tylko jeden sezon beniaminka w Ekstraklasie. To oczywiście cel nadrzędny, ale zauważyłem, że ludzie w Mielcu doskonale pamiętają trudne lata w czwartej lidze. Dlatego projekt, który tu powstaje ma mieć ręce i nogi. Nie na zasadzie: choćby rok, ale: zbudujmy stabilny i rozwijający się klub z czytelną polityką. I to jest cel na jutro i pojutrze.
Zapewne chodzi o sprzęgnięcie polegające na symbiozie I zespołu i akademii. Pan ma to zagwarantować albo choćby wdrożyć? Tak, lecz wszyscy jesteśmy świadomi, że nie nastąpi to z dnia na dzień. Własny narybek musi zasilać I zespół, ale pamiętajmy, że to wszystko jest świeże. To nie jest Poznań, gdzie od lat funkcjonuje być może najlepsza akademia w Polsce, gdzie rezerwy występują w II lidze. Rezerwy Stali kopią dwie klasy niżej, a w akademii są 15-, 16-latkowie. To musiałby być zawodnik-bomba, by już go szykować do gry w Ekstraklasie. Na razie takiego nie ma.
Jak dużo brakuje realiom mieleckim, jeśli chodzi o szkolenie młodzieży, do poznańskich? Nie porównujmy. Począwszy od bazy, organizacji, liczby trenerów i zawodników to na razie jest przepaść.
A Poznań – Szwajcaria? Też przepaść? Moim zdaniem nie ma różnicy. Wiem, jak to wygląda w Lechu, wiem jak w Basel, czyli szwajcarskim klubie numer 1, wiem jak w Grasshoppers. Poznań nie jest w tyle.
Czyli na wychowanków Stali jeszcze przyjdzie trochę poczekać, ale i tak mocno zamierzacie stawiać na młodych? Bo to jest właściwy kierunek. Jasne, mam nadzieję, że życie nie zweryfikuje tych planów, że po jednej czy drugiej porażce nie zacznie się robić gorąco, ale na razie deklaruję, że na przykład dwóch pierwszych bramkarzy to będą młodzieżowcy. Ten porządek musi uszanować Michał Gliwa.
Ryzyko. Dla mnie żadne. Na podstawie szwajcarskich i poznańskich doświadczeń wiem, że to filozofia i droga, którą warto wybrać. Rozumiem, że to pozycja newralgiczna, że błędy mogą się przytrafiać, ale rozważając za i przeciw – tak trzeba. Rozmawiałem na ten temat z szefem akademii i zarazem trenerem bramkarzy Bogusławem Wyparło, który choćby z Rafałem Strączkiem pracuje od wielu lat i doszliśmy do wniosku, że to słuszna koncepcja.
Dwie kolejki za nami. Liga nie przerosła Stali? Nie. Po pierwszym meczu jest niedosyt, bo w Płocku mogliśmy wygrać. Zawodnicy chcieli dowieźć wynik do końca, zabrakło im doświadczenia. Natomiast Górnik był po prostu ciut od nas lepszy i było to widać na boisku. Znaliśmy klasę przeciwnika, staraliśmy się mu przeciwstawić, ale to jeszcze nie nasz poziom. Akceptujemy tę porażkę, widzimy kierunek, w którym musimy podążać.
Czyli wzmocnić skład? To też. Brakuje nam wysokiej i skutecznej dziewiątki. Chcielibyśmy też wzmocnić rywalizację na pozycji środkowego i prawego obrońcy. Styl też pewnie się zmieni. Jestem w Mielcu pięć tygodni, to niewiele. W pierwszej lidze Stal grała ofensywnie, w Ekstraklasie potrzeba większego balansu, bo gra tu jest zdecydowanie szybsza. No i praca nad stałymi fragmentami – to silna broń w polskiej lidze.
Łatwo się wchodzi w buty trenera, który wywalczył awans, a potem został zwolniony? Kibice, piłkarze, wszyscy musieli patrzeć nieufnie na kogoś, kto niespodziewanie zastąpił Dariusza Marca? Nie komentuję rozstania z trenerem Marcem, nie znam przyczyn. Wiem, że obronić się mogę solidną robotą i wynikami. Natomiast nie zauważyłem wrogości czy braku zaufania, wręcz niezadowolenia ze strony zawodników. Zespół przyjął mnie zupełnie normalnie. Kibice też, choć rozumiem, że wciąż panuje euforia wywołana awansem.
Podobno jedną z przyczyn rozstania z Marcem był jego protest, weto w sprawie zwolnienia asystenta, któremu ufał i który z nim robił awans. Pan przyszedł ze swoim sztabem, czy otrzymał ekipę klubową? Pół na pół. Miałem możliwość doboru sobie części współpracowników, ale też klub jasno postawił sprawę, że chce, by w sztabie pracowali trenerzy wywodzący się z Mielca. Rozumiem to. Nie jestem strażakiem na trzy, cztery miesiące, lubię pracę od podstaw i mam nadzieję zostać w Mielcu przez parę lat, natomiast gdyby stało się inaczej, ważne, by przy mnie byli ludzie stąd, którzy zostaną i będą rozwijać projekt nawet, gdy mnie już nie będzie.
Zwolnienia trenerów, nawet asystentów, to sprawa dość powszechna, o czym mógł się pan przekonać na własnej skórze w Poznaniu. Odebrałem to jako sygnał, szansę, której nie powinienem zmarnować. OK, miałem zamiar pracować dwa lata w charakterze członka sztabu szkoleniowego Lecha, nie myślałem o odejściu, ale skoro wyszło jak wyszło, uznałem, że dobrze się stało, bo mam okazję popracować na własny rachunek. A że długo nie szukałem pracy, to chyba znak, że doceniano to, co robiłem w Poznaniu.
Doceniano, ale chyba akurat nie w samym Poznaniu. Co właściwie się stało? Poszło o oszczędności czy też za dobrze mówiono o Skrzypczaku, który cieszył się dużym szacunkiem u młodych zawodników przechodzących z akademii do I zespołu? Może ktoś poczuł się zazdrosny? Nie, ja tego w ten sposób nie widzę, nigdy nie czułem niczego podobnego. Z Dariuszem Żurawiem rozstaliśmy się w miły sposób, bez nieporozumień. Po rozmowie z zarządem i dyrektorem Tomaszem Rząsą wspólnie doszliśmy do wniosku, że to dobry moment, bym spróbował sił gdzie indziej. Po czasie odbieram to jako pozytyw.
Może i tak, ale chyba pewien niesmak i zdziwienie pozostało. Dali temu wyraz choćby kibice Lecha organizując akcję poparcia dla pana. I za to im serdecznie dziękuję. Zresztą nie powiedziałem żegnajcie, ale do zobaczenia.
Chce pan wrócić na Bułgarską? Jasne, choć najpierw, mam nadzieję, jako trener Stali.
Czy fakt, że trenerskie szlify zbierał pan w Szwajcarii musi stanowić atut? Roczny pobyt w Lechu pozwolił mi poznać kuchnię zawodowego futbolu w Polsce, bo nie było mnie tutaj – przypomnę – ponad 25 lat. Przez dwa lata uczęszczałem również na kurs trenerski w Polsce, wiem zatem, co w trawie piszczy. Natomiast wiedza i doświadczenie zdobyte zagranicą zdecydowanie poszerzają moje horyzonty. Sukcesy szwajcarskiego futbolu nie wzięły się znikąd, ale między innymi z pracy trenerów.
Tamtejszy boom gdzie ma korzenie? Zabrakłoby miejsca w tygodniku, by o tym rozmawiać szczegółowo. Pamiętać trzeba jednak o jednym – Szwajcarski Związek Piłki Nożnej jednolitą filozofię szkolenia trenerów i zawodników wprowadził już w 1993 roku! Proces musiał zatem trwać latami, nim dał owoce.
Da się w ogóle ten model skopiować na polski grunt? Owszem, ale nie jeden do jednego. Za duże są różnice choćby w mentalności obu narodów. Polacy wcale nie mają mniej talentu do futbolu, mamy wręcz przewagę w kreatywności i potencjale – Szwajcarię zamieszkuje 8 milionów ludzi, Polskę prawie 40. Ale jeśli tam młody chłopak poświęca się piłce, to na całego. Jeśli robi jakieś ćwiczenia, to choćby mu się nie podobały, robi je skrupulatnie i wykonuje tyle powtórzeń, ile zalecił trener. Ze szkółek wychodzą gracze ukształtowani piłkarsko. Kiedy pod koniec kariery spotykałem na boiskach zawodników z akademii choćby FC Luzern, widziałem, jak byli przygotowani do zawodu – sprawni, silni, z pojęciem o taktyce. Ja w wieku 17 lat byłem z pewnością gorszym piłkarzem niż przeciętny absolwent dobrej szwajcarskiej akademii.
Czyli wszystko się zgadza – szkoleniowo Szwajcarzy są ekstra. A na przykład Ryszard Komornicki, obecnie już trener z wieloletnim doświadczeniem, mimo kilku prób nie może jakoś przebić się w Polsce. Z czego to wynika? Nie mam pojęcia, nie pracuję z nim. Kiedyś dwukrotnie mu asystowałem, ale nie w Polsce.
Pański przyjaciel dziwił się, że przyjął pan ofertę pracy w Ekstraklasie, zwracając uwagę, że etos pracy, stosunki międzyludzkie, podejście do obowiązków zawodników w Polsce różni się od szwajcarskich standardów. To może przeszkadzać trenerom wychowanym gdzie indziej… Mam nadzieję, że w tym akurat miejscu Rysiek się myli. On jest bardzo pryncypialny, to prawda. Poza tym zaczynał pracę szkoleniową w Polsce kilkanaście lat temu w Zabrzu. Być może więc mówi o tym wszystkim na podstawie tamtych doświadczeń. Ja, po roku pracy z młodymi zawodnikami Lecha, mam jak najlepsze zdanie o ich podejściu do zawodu. Puchacz, Moder, Jóźwiak i inni – są świadomi celów, dojrzali, przygotowani do futbolu na najwyższym poziome.
O ile w Poznaniu jest pan klubową legendą, to pańscy podopieczni w Mielcu wiedzą w ogóle z kim mają do czynienia? Niektórzy może i tak, może nawet zerknęli z ciekawości na Youtube’a… Ale to już dwa pokolenia wyrosły odkąd przestałem kopać piłkę, więc trudno wymagać od zawodników, by zaprzątali sobie tym głowę.
Enzo – ktoś tak jeszcze na pana woła? Chyba tylko pan…
To od Francescolego? Od Enzo Scifo, znakomitego Belga. Grał na mojej pozycji, ale łączyła nas tylko podobnie bujna czupryna.
Co pozostaje w pamięci – około 500 meczów w polskiej i szwajcarskiej lidze, kapitanowanie FC Aarau, trzy mistrzostwa Polski czy jednak wielkie mecze z wielkim niedosytem? Oczywiście żal nieudanych batalii z Lechem o Ligę Mistrzów, tym bardziej że mieliśmy silny zespół. Ja jednak zawsze widzę szklankę do połowy pełną, więc wspominam sukcesy. I na przykład ze słynnego dwumeczu z Olympique Marsylia wolę pamiętać wygraną 3:2 w Poznaniu niż…
Niż 1:6 w rewanżu? Może dlatego, że rewanż… przespałem. Narosło wiele domysłów po naszej wizycie w Marsylii, ta sprawa nigdy już nie zostanie wyjaśniona. Ale faktem jest, że wielu piłkarzy Lecha czuło to coś, czego nikt nie znał i nie potrafił zdefiniować. Ja już na rozgrzewce powiedziałem Jerzemu Kopie, że coś ze mną jest nie tak i nie dam rady. Kazał iść do szatni. Położyłem się na łóżku masażysty i zasnąłem. Obudzili mnie po meczu, ale niewiele kontaktowałem. Tak naprawdę wybudziłem się na dobre, jak wylądowaliśmy w Poznaniu.
Tylko siedem meczów w kadrze narodowej to sukces? Aż siedem meczów. Konkurencja była ogromna, w samej lidze było z kogo wybierać. Zresztą moim następcą w reprezentacji został klubowy kolega, Jurek Brzęczek… Dlatego mówię: aż siedem. Wiele rzeczy mogło potoczyć się inaczej. W swoje 24. urodziny grałem przeciwko Anglii w Poznaniu w eliminacjach Euro ’92. Zremisowaliśmy, ale przez pół godziny byliśmy finalistami mistrzostw Europy. Kto wie, jak potoczyłyby się kariery niektórych z nas, gdyby udało się wówczas wywalczyć awans… Może przyszłaby sława i pieniądze, ale czy to jest najważniejsze? OK, ważne, ale z drugiej strony może nie wyjechałbym do Szwajcarii, a dziś nie byłbym w Mielcu?
WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA (NR 36/2020)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.