Dogrywka z Marcinem Krzywickim: Z Budzikiem byśmy się powiesili
W
wywiadach, kiedy rozmówca żartuje zwykło pisać się: (śmiech). W
przypadku Marcina Krzywickiego musielibyśmy wstawić za dużo
nawiasów. Dlatego niech Czytelnicy „PN” nie biorą wszystkich
słów napastnika Dolcanu Ząbki na poważnie. Choć trudnych tematów
w tym wywiadzie również nie brakuje.
Ilu
spotkał pan piłkarzy z takim dystansem do siebie?
Wielu,
każda szatnia ma takich ludzi – mówi Krzywicki. – Zresztą ja
jestem tego najlepszym przykładem. Nie mam problemów z hejtem, czy
docinkami. Radzę sobie z tym, w ogóle mi to nie przeszkadza.
To
dlaczego tego dystansu na zewnątrz nie widać? Za to są wymówki –
że piłka źle napompowana, że padało, że murawa nierówna…
W
moim przypadku wymówek nie ma i pewnie nie będzie. Moje konto
twitterowe jest tego najlepszym przykładem. Dokonuję na nim
autodestrukcji, choć są to tylko żarty. Znam swoją wartość.
Żarty to jedna sprawa, a umiejętności druga. Ale rzeczywiście są
zawodnicy, którzy noszą głowy w chmurach i potem przeszkadza im
większa lub mniejsza bramka.
Spróbujmy.
W Ruchu Radzionków grał pan z Piotrem Rockim, to też zawodnik z
dużym poczuciem humoru.
Zacznę
od tego, że byliśmy na ty, nie na pan, bo wielu chłopaków z
tamtej szatni Radzionkowa spokojnie mogłaby zwracać się do
Piotrka: tato. Na przykład bracia Mateusz i Michał Mak. Ale Piotrek
w szatni był superkumplem. Ma charakter do piłki, zadziora, twardy
gość, hasał po boisku jak młody, łatwiej przesunąć ścianę
niż Piotrka. Dobrze jest mieć człowieka w drużynie, który z
niejednego pieca jadł chleb, zwłaszcza kiedy nie płacą, a z tym w
Radzionkowie były problemy. Za to wyniki były niezłe, jak w
Polonii Bytom, kiedy grała w Ekstraklasie.
Przemysław
Trytko opowiadał w jednym z wywiadów, że tam dochodziło nawet do
tego, że piłkarze spali w szatni, bo klub nie płacił za
mieszkania.
W
Radzionkowie tak nie było, zresztą szatnia była mała, więc i tak
bym się nie zmieścił. Ale za mieszkania też klub nie płacił,
więc byłem zmuszony do częstych przeprowadzek. Mogłem niby
wynająć coś za własne pieniądze, tyle że nie dostawałem
pensji. Ruch wykupił nam też obiady. Ja chodziłem z braćmi Mak i
też któregoś dnia pani w restauracji oświadczyła, że tym razem
nie zjemy, bo ktoś zapomniał zapłacić. Kiedy był jednak czas na
grę, tylko to nas interesowało, o pieniądze walczyliśmy w innych
momentach. Większość zaległości udało mi się zresztą odzyskać
i nawet długo nie musiałem czekać.
Kimś
podobnym do Piotrka w Wiśle Płock był Paweł Magdoń. Przegość.
Nienawidziłem grać przeciwko niemu. Kiedy byłem piłkarzem
Radzionkowa wyzywał mnie na boisku od ch… i k…, pluł na mnie,
kopał. Miałem o nim jak najgorsze zdanie, nikt go nie lubił – od
zawodników po sędziów, kłócił się z trenerami rywali. Teraz w
Dolcanie chłopaki też źle go wspominają. Ale kiedy razem graliśmy
w Wiśle Płock, okazało się to kompletną nieprawdą. Był jednym
z moich najlepszych kumpli. Człowiek orkiestra, trzymał zespół w
ryzach, pokazywał przy tym jednak umiejętności na boisku. Jakby
ktoś miał ochotę napisać książkę, od razu odsyłam do Pawła
Magdonia. Historie związane z jego osobą sprzedałyby się
znakomicie.
Jakiś
przykład?
…
Kariera
Magdonia przypomina trochę pana karierę, w pewnym momencie
kosztował duże pieniądze, grał w ekstraklasie, a potem gdzieś to
wyhamowało.
No
i też jest wysoki. Pojechał nawet z kadrą do Arabii Saudyjskiej.
Co więcej, zdobył bramkę. W szatni Wisły często mu
przypominaliśmy, że ma stuprocentową skuteczność – 1A i 1 gol.
Swoje w reprezentacji zrobił. Co tu dużo mówić, to był lider
Wisły pełną gębą.
A
pan widzi siebie w takiej roli?
Jeszcze
nie spotkałem się z sytuacją, żebym dostał jakikolwiek głos od
kolegów w wyborach kapitana. To nie moja rola. Ja w klubach nigdy
nie byłem od zdobywania bramek, ale od muzyki. Ściągałem więc to
disco polo, a teraz słyszę, że Michał Mak do szatni Lechii chce
wprowadzić Zenka Martyniuka. Poważnie jednak mówiąc, czułem się
ważnym ogniwem Wisły, mój głos w szatni miał wagę – ze
względu na doświadczenie i dlatego, że w pewnym momencie bardzo
dobrze w Wiśle grałem. A z zawodnikiem, który dużo daje drużynie,
szatnia zawsze się liczy.
Nie
jest panu tak po ludzku przykro, że kariery braci Mak, zwłaszcza
Michała, harmonijnie się rozwijają, a pan nie może wydostać się
z pierwszej ligi?
Ale
ja też grałem w ekstraklasie! Co prawda niezbyt dużo i niezbyt
dobrze, ale grałem. Słyszałem, że po odejściu Michała z
Bełchatowa, Mateusz moczy się w nocy. Ja ich nigdy nie
rozpoznawałem. Kiedyś nocował u mnie Mateusz – a może Michał,
nieważne – a ja na drugi dzień podchodzę do Michała: – Mati,
jak będziesz kiedyś potrzebował pomocy, śmiało możesz u mnie
się przespać. – Ale to nie ja spałem, to Mateusz – zdziwił
się. Maczki grali nawet w takich samych butach, poznawałem ich
wyłącznie po numerach na koszulkach. Supergoście. Z dużym
poczuciem humoru, ale i z dużymi umiejętnościami. Bracia Mak na
pewno nie zginą.
Pan
w pewnym momencie zginął – w Cracovii.
Straciłem
cztery lata, mówię to otwarcie. W najważniejszym momencie, kiedy
powinienem grać, grać i jeszcze raz grać, siedziałem na ławie,
leczyłem kontuzje albo byłem wypożyczany. Jednego dnia grałem w
Victorii Koronowo, a za kilka dni w Pucharze Intertoto i dostałem
powołanie do reprezentacji od Leo Beenhakkera. Oszalałem, ale nie
to, że zacząłem szastać pieniędzmi, imprezować czy przesiadywać
w kasynie. Fajnie to się wszystko zapowiadało i nagle hamulec.
Nawet teraz prezes Dolcanu Jerzy Szczęsny, który w tamtym czasie
był kierownikiem w reprezentacji młodzieżowej Andrzeja
Zamilskiego, opowiadał mi, że do dziś z trenerem zachodzą w
głowę, jak ta moja kariera mogła się tak potoczyć. Mówi, że
wyglądałem lepiej od Roberta Lewandowskiego, że byli przekonani,
że obaj daleko zajdziemy.
Faktycznie
miał pan taki potencjał?
Panowie
sugerowali się chyba moją ówczesną formą, która faktycznie była
wysoka. Dobrze wyglądałem, ale na pewno Robert talent miał
większy. Na pierwszy rzut oka było widać, że to będzie świetny
piłkarz – dobre prawa i lewa noga, silny, mimo że sylwetkę miał
wtedy taką jak moja. Nawet na twitterze śmiałem się, że on się
wita z Ribery’m, a ja z Filipem Burkhardtem. Zresztą Bury się na
mnie obraził za ten wpis, pytał dlaczego akurat jego wskazałem. A
ja po prostu uznałem, że jest najbardziej rozpoznawalnym
zawodnikiem Wisły Płock. W każdym razie nie oszukujmy się – to,
że powołanie do kadry wysłał mi Beenhakker nie wiązało się z
tym, że gdzieś mnie wypatrzył i oczarowałem go grą, tylko
polecił mnie trener Zamilski. Teraz jestem w najlepszym dla
napastnika wieku, jeśli w Dolcanie nie uda się dobrze pograć, to
już chyba nigdy. Jakbym wiedział, że tak urosnę, to bym w kosza
grał. Albo w siatkę, jak siostra.
Wracając
do Cracovii, nie szło nie tylko panu, cały zespół prezentował
się wtedy fatalnie.
Była
nawet taka seria, że bodaj w sześciu meczach nie zdobyliśmy
punktu. Jaka wtedy może być atmosfera w drużynie? Gra toczyła się
o wielkie pieniądze, Cracovia to klub wypłacalny, kasa uciekała,
każde złe zagranie potęgowało gniew, a stąd już blisko do
porażki. W dodatku Cracovia, z czym spotkałem się pierwszy raz w
życiu, miała dwie szatnie – część chłopaków przebierała się
w jednej, część w drugiej. Po jakimś czasie postanowiono to
zmienić, ale wyniki zostały te same, więc raczej nie była to wina
dosłownie podzielonej szatni.
W
dzisiejszej Cracovii tworzyłby pan interesujący duet z Marcinem
Budzińskim. On by dokonywał poważnego samobiczowania, a pan z
humorem.
Jakby
przyszło być nam razem w pokoju, to byśmy się chyba powiesili.
Ale w sumie kiedyś mieszkaliśmy naprzeciwko siebie i do tragedii
nie doszło. Budzik to fajny facet, utalentowany nie tylko w kierunku
futbolu, a przy tym bardzo dobry piłkarz. W mocniejszym klubie
mógłby wyrosnąć na jedną z największych gwiazd w ekstraklasie.
Ma papiery na grę, choć sam czasem mówi coś innego i wiem, że to
nie jest poza. Potrzebuje jednak czasem bata nad sobą.
Do
Pasów sprowadzał pana Stefan Majewski, to trener, który nie był
nigdy specjalnie lubiany przez piłkarzy. Przez pana też?
Wiem,
że trener ma przyklejoną taką łatkę, ale też prawda jest taka,
że z Cracovią zajął bodaj czwarte miejsce w lidze. Nikt po nim
nie powtórzył już takiego wyniku. Jak Jacek Zieliński zrobi
podobny rezultat, to mu w Krakowie chyba pomnik postawią. Stefan
Majewski miał swoje zasady, raczej nie dyskutował tylko narzucał
swoją wolę, co na pewno nie wszystkim musiało się podobać. Tyle
że trenera trzeba słuchać, nie lubić. I faktycznie sporo mu
zawdzięczam. Zresztą pochodzi z Bydgoszczy, tak jak ja, ale proszę
nie doszukiwać się w tym drugiego dna. Grałem u trenera
Majewskiego w pierwszej jedenastce, złego słowa nie mogę
powiedzieć.
Rozstał
się pan z Cracovią w takich sobie okolicznościach. Dlaczego?
Stara
sprawa, mieliśmy pewne problemy, ale udało nam się dojść do
porozumienia. Dziś klub nie gniewa się na mnie, a ja nie gniewam
się na klub. Jak chciałem zobaczyć mecz Cracovii, nawet bilety na
trybunę VIP dostałem. Tylko cateringu nie mogłem ruszać.
Jak
tak pana słucham, mam wrażenie, że pan nic nie osiągnął.
Tymczasem na pewno jest wielu młodych chłopaków w Polsce, którzy
chętnie zamieniliby się z panem miejscami. Chcieliby żyć z piłki.
To
kwestia mojej ambicji – sięga wyżej niż pierwsza liga. I
chciałbym, żeby przestała się ciągnąć za mną zła opinia.
Przyjęło się, że Krzywicki to fatalny transfer.
Naprawdę?
Tak
jest. Bo Krzywicki jest wysoki, trzeba się śmiać ze wszystkiego.
Bo Krzywicki jest wysoki, na pewno jest drewniany. Mnie to bawi,
akurat do drewnianych nie należę.
Podobna
sprawa jak z Grzegorzem Rasiakiem.
Dokładnie.
A który zawodnik zdobył tyle bramek w Championship? Który zawodnik
zapracował sobie na transfer do Tottenhamu? Rozmawiałem na ten
temat z Tomkiem Moskałą, który grał z Rasiakiem. Mówił, że
niczym specjalnie się nie różniliśmy, tylko Rasiaka piłka
szukała w polu karnym, umiał przewidzieć, gdzie spadnie. No i
świetnie grał głową. Ludzie śmiali się z niego, ale nigdy nie
byli na jego miejscu.
Może
twitter to dla pana wyprzedzenie ruchów krytyków?
Jak
już coś napiszę, raczej nie ma już czego krytykować. Spotykam
się głównie z pozytywnymi reakcjami. Ale jak na Onecie był
artykuł na mój temat – na 160 komentarzy 158 było negatywnych.
Niejeden gdyby drzewa były niższe, od razu by się powiesił.
Można
od tego całkowicie uciec? To naprawdę nie siedzi z tyłu głowy,
nie denerwuje albo nie dołuje?
Przede
wszystkim nauczyłem się tego nie czytać. W Cracovii, gdzie mi nie
szło, to był wyższy poziom hejtu. Wtedy faktycznie się tym trochę
przejmowałem. Na Pasy w Krakowie panuje moda, zainteresowanie klubem
jest ogromne, a że wyniki nie były dobre, słyszałem co myślą o
mnie trybuny, czytałem co piszą ludzie w internecie. Byłem
gówniarzem, nie byłem przyzwyczajony do presji. Wcześniej grałem
w Koronowie, gdzie strzelałem po 12 bramek w sezonie, na stadion
przychodziło 50 osób, wszyscy klepali mnie po plecach – w
Krakowie się to zmieniło.
Kilka
tysięcy ludzi na trybunach, telewizja, ekstraklasa. Trudno to
udźwignąć?
Miałem
problem z presją. Na Legii akurat nie zagrałem, ale wszedłem na
murawę godzinę przed meczem, a tam już sześć tysięcy ludzi
wyzywało nas od najgorszych. Nie wiedziałem, co się dzieje. Ale
tak było na początku, z biegiem czasu zdobyłem doświadczenie, nie
mam z tym już problemu. Pracowałem nawet niedawno z psychologiem –
w zupełnie innym temacie.
Jakim?
Koncentracji.
W Płocku trafiłem na trenera Adama Majewskiego, dużo
rozmawialiśmy. Czułem, że mu zależało na moich postępach,
mówił, że jak poukładam sobie wszystko w głowie, mogę grać
wyżej niż w pierwszej lidze. I to trener zasugerował, że może
powinienem porozmawiać z psychologiem, bo na boisku zagrywam jedną
naprawdę dobrą piłkę, a przez następne dziesięć minut bujam w
obłokach. Nie koncentruję się na tym, żeby ruszyć na prostopadłą
piłkę czy ściąć na krótki słupek.
Psycholog,
indywidualne zajęcia na siłowni, widać, że stara się pan, aby
kariera nabrała rozpędu.
Szkoda,
że tak późno. Ja może wyglądam na 18, ale mam już 28 lat. Czas
mi trochę uciekł. Trenerzy często mówią, że liczy się przede
wszystkim ciężka praca, bo potem zostaje tylko żal. W młodym
wieku trudno to zrozumieć. Choć nie brakuje też szkoleniowców,
których interesuje tylko wynik, nie zajmują się rozwojem
zawodników. Różni są piłkarze – jednemu to nie przeszkadza,
drugi zwróci na to uwagę. Ja na przykład wolę wiedzieć dzień
lub dwa przed meczem, że wychodzę w pierwszym składzie, potrzebuję
czasu na mentalne przygotowanie się do meczu. Godzina przed
spotkaniem to dla mnie trochę za mało, choć jak jest informacja,
że gram, mogę wybaczyć. Gorzej jak przychodzi wiadomość, że nie
ma dla mnie miejsca na boisku.
W
Ząbkach będzie miał pan dobre okno wystawowe, Legia wcale nie jest
tak daleko.
Fakt.
Może mnie wezmą do malowania sufitów bez drabiny w szatni.
Rozmawiał Przemysław Pawlak
Wywiad ukazał się w najnowszym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”
Wieczysta rozbija bank! Drugi największy transfer w historii klubu
Wieczysta Kraków nie zwalnia tempa na rynku transferowym. Po tym, jak na Chałupnika trafił Paulinho z Oțelulu Gałacz, do I-ligowca ma dołączyć kolejny Portugalczyk z rumuńskiego klubu.