Jeszcze jako 22-latek biegał po trzecioligowych boiskach, dziś ma w dorobku dwa medale mistrzostw Polski. Wychowanek Legii Warszawa, z którą za chwilę stanie w szranki o awans do półfinału krajowego pucharu.
Patryk Sokołowski (fot. 400mm.pl)
KONRAD WITKOWSKI
Jak definiuje pan określenie: solidny ligowiec?
Może to być bardzo szerokie pojęcie – mówi Patryk Sokołowski. – Mnie kojarzy się z zawodnikiem, który od dłuższego czasu gra na niezłym poziomie w Ekstraklasie, ale nie spieszy się z wyjazdem do innej ligi.
Powiedziałby pan tak o sobie czy raczej obraziłby się za takie stwierdzenie? Nie obraziłbym się za takie określenie, jednak mam ambicje na coś więcej niż status solidnego ligowca. Trzeba do tego dojść krok po kroku. Jakiś czas temu poznawałem Ekstraklasę, grywałem jako zmiennik. Teraz zwykle jestem podstawowym zawodnikiem. Pokonuję kolejne szczeble.
Miewał pan momenty refleksji, że czas płynie bardzo szybko, a określenie „młody, zdolny” traci na aktualności? Moja przygoda przebiega dość harmonijnie. Wraz ze wzrostem umiejętności, wzrastał poziom, na którym grałem. Z roku na rok stawałem się lepszy. Mając 18 czy 19 lat nie byłem jeszcze gotowy na Ekstraklasę – przede wszystkim fizycznie, ale również piłkarsko. Żeby do niej dojść, musiałem przebić się przez niższe ligi. Dzisiaj nie uważam się za młodego zawodnika, jednak ciągle mam potencjał, aby się rozwijać.
Kiedy w 2014 roku opuszczał pan Legię, pojawiło się zwątpienie? Zdarzały się momenty kryzysowe. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniam miejsce, w którym jestem. Na poziomie Ekstraklasy czerpie się nieporównywalnie większą przyjemność z gry w piłkę niż na przykład w III lidze. A przecież tam robi się właściwie to samo, tylko w zupełnie odmiennych warunkach i za inne pieniądze.
Przygotował pan wtedy plan awaryjny na wypadek, gdyby w piłce jednak się nie udało? Nie myślałem wówczas w takich kategoriach, koncentrowałem się na sporcie. Chociaż jakiś plan B miałem: chcąc rozwijać się na różnych płaszczyznach, podjąłem studia na wydziale ekonomii. Kiedy trafiłem do I ligi, a później do Ekstraklasy, musiałem jednak w pełni poświęcić się piłce. Ukończyłem dwa lata. Studiowałem dziennie, więc godzenie obowiązków nie było łatwe. Absolutnie nie żałuję pójścia na uczelnię, zdążyłem dowiedzieć się bardzo wiele. Patrząc z perspektywy czasu, dyplom nie jest najważniejszy, bardziej liczy się doświadczenie.
Z drużyny juniorów Legii, której był pan częścią, nikomu nie udało się poważnie zaistnieć w stołecznym klubie. Dlaczego? Wtedy wydawało nam się, że droga do pierwszego zespołu będzie znacznie łatwiejsza. Rzeczywistość to zweryfikowała. Może przyczyny należy upatrywać w tym, że w tamtej drużynie nie było jednej czy dwóch zdecydowanie wyróżniających się postaci. Wszyscy byliśmy na podobnym, dobrym poziomie, nikt nie wybijał się ponad resztę.
Spotkania z Legią jeszcze wywołują u pana szczególne emocje? Nie czuję chęci udowodnienia za wszelką cenę, że ktoś się pomylił. Przede wszystkim dlatego, że tak nie uważam: warszawski klub nie zrezygnował ze mnie przez czyjąś błędną decyzję. Skłamałbym jednak, mówiąc, że wizytom przy Łazienkowskiej nie towarzyszą dodatkowe emocje. Zwłaszcza kiedy kibice są na trybunach, bo wtedy pojawia się rodzina i wielu znajomych. Mecze z Legią wywołują we mnie dziwne, trudne do opisania uczucie: biegam w koszulce Piasta Gliwice, ale z drugiej strony czuję się trochę jak u siebie – w końcu spędziłem w Legii prawie 14 lat, ponad połowę życia.
W barwach Olimpii Elbląg przez półtora sezonu występował pan w III lidze. Jaka była najdziwniejsza sytuacja, która przytrafiła się panu na tym poziomie? W niższych ligach popularne jest powiedzenie: a może nie przyjadą. I faktycznie zdarzyło się, że drużyna przeciwna nie pojawiła się na meczu. Zwiedziłem sporo mniejszych miejscowości w północno-wschodniej Polsce. Kiedyś graliśmy w Szczuczynie, na boisku, bo to nawet nie był stadion. Akurat tamto spotkanie zacząłem na ławce. Rozgrzewałem się podczas drugiej połowy i spoglądając dookoła, pomyślałem: gdzie ja jestem, co poszło nie tak?
Jak Olimpia oraz Znicz Pruszków radziły sobie wtedy pod względem organizacyjnym? Całkiem przyzwoicie. Więcej mogę powiedzieć o Olimpii, bo spędziłem w Elblągu trzy lata. Kadrowo i organizacyjnie klub przewyższał poziom rozgrywkowy, zasługiwał na to, aby rywalizować przynajmniej w II lidze. W końcu udało nam się awansować, pokonując w barażu Motor Lublin.
Poważniejsze granie zaczęło się na zapleczu Ekstraklasy. W Suwałkach tworzyliście bardzo interesującą drużynę. Skończyliśmy sezon z niedużą stratą do podium, chociaż po sześciu kolejkach mieliśmy zaledwie dwa punkty. Było gorąco, ale na szczęście władze klubu pozwoliły dalej pracować trenerowi Arturowi Skowronkowi. Prawie cała jedenastka Wigier z tamtego sezonu gra obecnie lub jeszcze do niedawna występowała w Ekstraklasie: Patryk Klimala, Damian Węglarz, Mateusz Spychała, Paweł Olszewski, Mariusz Rybicki, Robert Dadok, Kamil Kościelny, Damian Gąska czy Mateusz Radecki.
Jak smakowało mistrzostwo wywalczone w pierwszym sezonie w Piaście? Historyczny sukces, jednak z niewielkim pana udziałem. Jakąś cegiełkę dołożyłem: zdobyłem bramkę, wystąpiłem w 12 meczach jako zmiennik. Nie było tak, że znajdowałem się poza kadrą i tylko wyszedłem po medal na koniec sezonu. Czułem się częścią mistrzowskiego zespołu, koledzy podkreślali, jak ważny jestem dla drużyny.
Nie odczuwał pan zniecierpliwienia, zaczynając kolejne mecze na ławce? Trudno oczekiwać zmian w składzie, kiedy wszystko świetnie się układa, a drużyna wygrywa mecz za meczem. Starałem się pomóc zespołowi, nawet pojawiając się na boisku na kilka minut. Spełniłem ówczesną rolę. Trener Waldemar Fornalik uspokajał, zapewniał, że nadejdzie moja kolej. Gdy rozmawialiśmy: mówił, że widzi moją dobrą dyspozycję, lecz w tym momencie podstawowa jedenastka wzorowo wywiązuje się ze swoich zadań. W pełni to rozumiałem. Musiałem cierpliwie czekać na szansę.
Doczekał się jej pan w kolejnym sezonie. Moim celem w tamtych rozgrywkach było wywalczenie statusu podstawowego zawodnika. Udało się, zatem teraz muszę podnieść poprzeczkę, postarać się o więcej.
Na boisku jest pan szóstką czy bardziej ósemką? To zależy od tego, jak skomponowana jest jedenastka, kto gra ze mną w środku pola. W poprzednim sezonie występowałem niemal cały czas na szóstce, natomiast obecnie bywa różnie. Na obu pozycjach czuję się dobrze. Grając jako ósemka, ma się więcej zadań ofensywnych, można pokazać się z przodu, a ja to lubię. Natomiast trener chyba widzi mnie bardziej jako zawodnika na pozycję numer sześć.
Co działo się z Piastem na początku bieżących rozgrywek? Nie da się ukryć, że udział w europejskich pucharach odbił się na rezultatach w Ekstraklasie. W lidze zdecydowanie rozczarowywaliśmy, chociaż nasza gra wcale nie była taka zła. Później, kiedy przyszła dobra passa, prezentowaliśmy się podobnie, może bardziej sprzyjało nam szczęście i mieliśmy trochę więcej jakości, bo byliśmy wypoczęci. Kiepskie wyniki na początku sezonu to również efekt zakażeń koronawirusem – najpierw wypadł trener, później kolejni piłkarze. Kumulowały się małe problemy, przez które nie mogliśmy złapać właściwego rytmu. Zgadzam się z teorią, że suma szczęścia równa się zero. Nie jesteśmy drużyną, od której oczekuje się mistrzostwa czy miejsca na podium. Los kiedyś musiał zabrać to, co dał. W psychologii funkcjonuje pojęcie „powrotu do średniej”. Nasza sytuacja jest przykładem tego zjawiska.
Interesuje się pan psychologią? Na studiach mieliśmy zajęcia z tego zakresu, zainteresowałem się wtedy psychologią sportu. Poza tym moja narzeczona skończyła psychologię, więc te tematy nie są mi obce.
W trakcie ośmiu kolejek bez wygranej w drużynie zaczynało robić się nerwowo? Nie siedzieliśmy załamani w szatni, myśląc: co my teraz zrobimy, zaraz spadniemy z ligi. Panowało przekonanie, że jesteśmy w stanie zmienić sytuację. Trener powtarzał, że widzi dobrą grę, a konsekwentna praca wreszcie przyniesie punkty. Przełomowy był czas, kiedy nasze mecze zostały przełożone, ponieważ zachorowało ponad pół zespołu. Po powrocie do treningów w pełnym składzie mówiliśmy sobie, że to jest właśnie ten moment, czuliśmy to. Wygraliśmy dwa spotkania, w kolejnych też regularnie powiększaliśmy dorobek. Od razu pracowało się łatwiej, w radośniejszych nastrojach.
Jaki wynik na koniec sezonu byłby odzwierciedleniem aktualnych możliwości Piasta? Obecna pozycja jest poniżej poziomu zespołu. Musimy gonić. Z grą, którą prezentowaliśmy w trakcie serii meczów bez porażki, mamy prawo myśleć o górnej połowie tabeli, okolicach miejsc gwarantujących europejskie puchary. To byłoby fair value w odniesieniu do wartości drużyny. Mamy też przed sobą Puchar Polski. Losowanie par ćwierćfinałowych nie było dla nas zbyt łaskawe, jednak cieszę się na konfrontację z Legią.
Zostanie pan w Piaście dłużej niż do 30 czerwca? Niedawno podpisaliśmy aneks, który przedłuża mój kontrakt do końca roku kalendarzowego. Daliśmy sobie czas i mogę w pełni skupić się na zbliżających się meczach. Jestem szczęśliwy w Gliwicach, mamy świetną atmosferę, bardzo dobrze mi się tutaj gra. Chcę stale iść do przodu: jeżeli będę zaliczać progres z Piastem, to super, lecz jeśli trafi się korzystna oferta, to nie wykluczam, że z niej skorzystam.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.