Wojciech Szczęsny w Romie osiągnął mniej więcej tyle samo co Zbigniew Boniek po transferze z Juventusu, gdzie dorównać mu będzie o wiele trudniej.
Czy Wojciech Szczęsny poradzi sobie w Juventusie (fot. Imago Sportfotodienst Reuters Forum)
TOMASZ LIPIŃSKI
Do odważnych świat należy. A na odwadze, pewności siebie graniczącej z bezczelnością nigdy naszemu bramkarzowi nie zbywało. W tym też jest podobny do Zibiego sprzed 35 lat, który w otoczeniu świeżo upieczonych mistrzów świata oraz najlepszego piłkarza pierwszej połowy lat 80. Michela Platiniego czuł się w szatni jak ryba w wodzie.
Teraz charakterny Szczęsny nie drży przed nowym wyzwaniem i Gianluigim Buffonem, przy którym niejeden stracił cierpliwość i zamienił się w piłkarskiego turystę. Nie ma co jednak porównywać Polaka do Norberto Neto, Marco Storariego, Aleksa Manningera i jeszcze paru innych. Nie ta półka. Oni byli lub są solidnymi rzemieślnikami, którzy za Buffonem mogli nosić rękawice, on jest wybitnym fachowcem. Dwa lata pobytu w Serie A nostryfikowały jego mistrzowskie papiery. A przecież już w Rzymie miało być bardzo trudno. Nie czekała tam na niego dolce vita, lecz atmosfera pełna nieufności.
(…)
Dwóch najlepszych bramkarzy Serie A teraz spotkało się w jednej szatni. Czy Szczęsny będzie dla Buffona tym, kim jeszcze niedawno był dla Polaka Alisson? Nie może być innej odpowiedzi niż twierdząca. Nie da rady Buffona posadzić na ławce i nie chodzi o zasługi i nazwisko, ale o ciągle nieprawdopodobne umiejętności, z którymi pod rękę idą końskie zdrowie, wilczy apetyt na kolejne rekordy, radość z gry i silna osobowość. Jego plany na ten sezon zakładają ostatni skok na nieosiągalną do tej pory Ligę Mistrzów i wyjazd na szóste w karierze mistrzostwa świata (jeśli Włosi wywalczą awans).
Juventus bardziej niż kiedykolwiek będzie potrzebował jego charyzmy. Po odejściu Leonardo Bonucciego niemal cały ciężar odpowiedzialności za morale zespołu: mobilizowania w momentach kryzysu, ściągania za nogi na ziemię po paru zwycięstwach będzie spoczywał na nim. Z którejkolwiek strony spojrzeć, Massimiliano Allegri nie może w najbliższym sezonie nagle zmarginalizować roli prawie 40-latka w zespole. Nie ma powodu.
Szczęsnego czeka więc rok cierpliwości. Trudny rok, w którym zdarzy się mu zagrać raz, góra dwa w miesiącu, w którym złapanie rytmu meczowego będzie prawie niemożliwe, w którym wywołany do tablicy po dłuższej przerwie będzie musiał odpowiedzieć na piątkę z plusem, żeby nikt nie zwątpił w jego przygotowanie do roli następcy Supermana. Niby więc ma spokojnie dojrzewać do gry w Juventusie, by zacząć zbierać owoce za rok, ale jak w takich okolicznościach zachować spokój?
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (30/2017) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”