Jedna z dziesięciu, lepiej – nawet z pięciu rzeczy, dla których najbardziej tęskno za Serie A to jego rajdy, dryblingi i niezatracona po drodze do dorosłej kariery dziecięca radość z gry w piłkę.
TOMASZ LIPIŃSKI
Nie ma nic dziwnego w tym, że nie wszyscy czytający, może nawet większość, nie znają Jeremiego Boga. A jeśli kojarzą, to bardziej z racji osobliwego nazwiska, które w używanych przez niego językach: francuskim, angielskim czy włoskim nie prowadzi do tak wzniosłych skojarzeń jak w polskim. Natomiast o jego piłkarskich zaletach czy też wadach ogólnie za wiele nie wiadomo. Bo kto by go zapamiętał z epizodu w Chelsea, wypożyczeń do Rennes, Granady i Birmingham City czy oglądał na co dzień mecze z udziałem Sassuolo. Inna sprawa, że pięć lig w czterech krajach to, jak na 23 lata, całkiem bogate doświadczenie.
35 milionów plus
Niech na początek nikogo nie zrazi, że to tylko gość z Sassuolo, ledwie jedenastej drużyny w tabeli, z widokami na najwyżej ósme, może siódme miejsce. To aż Sassuolo, ponieważ trudno o bardziej żyzną glebę w całej lidze. Rzucisz tam ziarno, a szybko zakiełkuje i obrodzi, przesadzisz podwiędły kwiatuszek, a wyrośnie i rozkwitnie, gotowy do ścięcia i wsadzenia do większego wazonu. Przykładów na to dość.
Tam na inny poziom wskoczył niechciany w Milanie Francesco Acerbi, bez którego teraz nie byłoby silnego Lazio i ostatnio podstawowego składu reprezentacji Włoch. Napastnikiem pełną gębą stał się Simone Zaza. Chorwat Sime Vrsaljko za 18 milionów euro został sprzedany do Atletico Madryt. Równie wysoko przez Juventus wycenione zostały umiejętności Turka Meriha Demirela, którego kapitalny rozwój zatrzymała kontuzja kolana. Podobnie tylko kłopoty zdrowotne nie pozwoliły Stefano Sensiemu jeszcze bardziej urosnąć w oczach kibiców Interu. Podszkolony Lorenzo Pellegrini mógł w Romie wejść w buty Daniele de Rossiego. Manuel Locatelli, który jako osiemnastolatek rozstrzygnął derby Mediolanu, jest dziś lepszy od wszystkich razem i każdego z osobna pomocników Milanu. A jeszcze na głębszą wodę ze słupka ustawionego w Sassuolo udało się wskoczyć Matteo Politano, Gregoire’owi Defrelowi czy Nicoli Sansone. Od 2015 roku Sassuolo na transferowym rynku zarobiło ponad 160 milionów euro.
Jest w tym klubie również pewna tajemnica, której ciągle nikomu nie udało się odkryć. Tajemnica związana z Domenico Berardim. W styczniu minęło sześć lat, kiedy wbił cztery gole Milanowi i zmusił Massimiliano Allegriego do złożenia dymisji. Od tamtego czasu, co otwierało się letnie lub zimowe okienko transferowe, pojawiała się w nim sylwetka wypisz-wymaluj włoskiego Josipa Ilicicia: równie wysoki, a bardziej ze względu na szczupłą sylwetkę – równie długi i świetnie posługujący się lewą nogą. Padały wysokie kwoty i nazwy wielkich firm z Juventusem na czele, mimo to on ciągle tkwi w Sassuolo, z którym podpisał kontrakt do 2024 roku.
Takich planów nie ma Boga. Jeśli przyjmiemy, że w tym szczególnym dla całego świata okresie ma sens kreślenie jakichkolwiek planów na przyszłość, to jego czeka wielka i to już w następnym sezonie. Z prawa do pierwokupu może skorzystać Chelsea, która dwa lata temu puściła go do Włoch za 3,5 miliona euro. A gdyby Anglicy odpuścili ten temat, to łakomym okiem łypią Inter, Juventus, Napoli i Roma. Cena wyjściowa to 35 milionów i wygra ten, kto da więcej.
Przygotowany do egzaminu
Wypadałoby wreszcie napisać: kto jest tyle wart? Mistrz dryblingu. Wielki miłośnik tej pięknej sztuki. I właściwie wszystko jasne. W czasach, w których trenerzy wymagają szybkości i zespołowości, gry na jeden lub dwa kontakty, efektywność przedkładają nad efektowność, on jest jak zatrzymany kadr z przeszłości. Piłkarz wyciągnięty z lamusa, otrzepany z kurzu i pięknie się prezentujący na współczesnym tle. Mający coś z takiego Garrinchy, który według jednej z utrwalonych legend miał przedryblować pół drużyny, stanąć przed pustą bramką, zawrócić, jeszcze wykonać kilka zwodów i dopiero posłać piłkę do bramki. Bogę byłoby na to stać.
W tym sezonie wysforował się daleko do przodu w liczbie wykonywanych dryblingów. Nikomu nie przychodziły one z taką naturalnością i wdziękiem. Średnią wyciągnął na nieosiągalną dla innych wielkość 5 udanych w meczu z blisko 9 podejmowanych prób. A inne liczby 8 goli i 4 asysty w porównaniu do tych z poprzedniego sezonu odpowiednio 3 i 1 pokazują, że przestała to być tylko sztuka dla sztuki.
W Sassuolo przeszedł udaną metamorfozę z piłkarza fajnego dla oka w piłkarza fajnego dla oka i cennego dla drużyny. Na tym polegało zadanie Roberto de Zerbiego (swoją drogą, kandydata na trenera przez wielkie T), żeby nie zabijając w nim szczeniackiej radości z gry i okiwania obrońcy, wdrożyć w dorosłe schematy, nauczyć odpowiedzialności za zespół i wynik. Jeszcze niedawno gra kończyła się dla niego po stracie piłki, wyłączał się, nie interesowało go bronienie, zamieniał się w pachołek łatwy do pokonania dla każdego przeciwnika. We Włoszech nikt tego nie mógł zaakceptować.
W pierwszym sezonie przyswajanie taktycznej wiedzy utrudniła kontuzja, ale już pod koniec dało się zauważyć poprawę. W tym z nowego przedmiotu może nie jest prymusem, ale już na tyle mocny, że żaden profesor w żadnej piłkarskiej szkole raczej go już nie obleje.
Tam i z powrotem
Gdyby chcieć go porównać do kogoś sławnego, pierwszy na myśl przychodzi Eden Hazard. Też prawonożny, ale wolący grać po lewej stronie, niewysoki, raczej krępej budowy i umiejący w okamgnieniu po wykonaniu nawet niezbyt wyszukanego zwodu zostawić obrońcę za plecami. Belga mógł podpatrywać z bliska. Nie czuł się gorszy. – W Chelsea miałem za rywali Hazarda, Pedro i Williana. Nie to, żebym czuł się gorszy, ale na ustaloną hierarchię niewiele mogłem poradzić – mówił, co z kolei wiele powiedziało o jego pewności siebie. W klubie ze Stamford Bridge już spędził dużo lat, na poziomie juniorskim niemało wygrał, ale niewykluczone, że najlepsze ciągle przed nim.
Skauci z Londynu wypatrzyli go w Marsylii. Miał 12 lat, starszego o dziewięć lat brata, który urodził się na Wybrzeżu Kości Słoniowej, ale jeszcze noworodkiem będąc wyemigrował z rodzicami do Francji, ojca pracującego w fachu murarza i matkę na etacie w domu starości. Grał w klubiku ASPTT. Przeprowadził się na drugą stronę kanału La Manche z ojcem, który na zawsze mógł pozwolić sobie na porzucenie pracy fizycznej. Jego Jeremie już w Marsylii grał ze starszymi, z rówieśnikami było nudno, bo za łatwo. Nie inaczej na początku wyglądało w Chelsea, ale dość szybko okazało się, że w roczniku 1997 co jeden, to zdolniejszy. W 2014 roku, kiedy Chelsea rozpoczynała sezon w UEFA Youth League, ci siedemnastolatkowie, a więc średnio o rok młodsi od obowiązującego limitu wieku, stanowili trzon drużyny, która doszła do finału. Do zwycięstwa nad Szachtarem Donieck Boga przyczynił się dwoma asystami. Z tego trofeum, jak i z Pucharu Anglii cieszył się w towarzystwie Tammy’ego Abrahama, Rubena Loftusa-Cheeka, Dominica Solanke, Andreasa Christiansena i Charly’ego Musondy jr.
Natychmiast został wsadzony w samolot i wysłany w drogę powrotną do Francji. Nie za karę oczywiście, Rennes było następnym przystankiem na ścieżce rozwoju narysowanej dla niego w londyńskim klubie. Rennes potęgą nie był, ale na papierze z Ousmane Dembele na jednym skrzydle i Kamilem Grosickim na drugim, którego podmieniał nastoletni Iworyjczyk wyglądał całkiem efektownie.
Uzbierał pierwszych 27 seniorskich występów i po kolejne ruszył do Granady. Tu grał więcej, poznał wielkie stadiony z Camp Nou i Santiago Bernabeu w pierwszej kolejności, ale przyjemności z tego musiał mieć malutko. Nikt przecież nie lubi przegrywać, a kiedy to się działo praktycznie tydzień w tydzień, można było zwątpić w sens wszystkiego. Rozdział hiszpański zamknął 2 zwycięstwami, 6 remisami, 18 porażkami i spadkiem. Gol wbity Barcelonie nie zatarł złych wspomnień. W podskokach wracał do mistrzowskiej Chelsea.
Był największą niespodzianką w składzie Chelsea na inaugurację sezonu 2017-18. Jednak z powodu czerwonej kartki dla Gary’ego Cahilla, trener Antonio Conte szybko musiał przystąpić do realizacji planu awaryjnego. W 18 minucie zdjął debiutanta i wprowadził obrońcę Christiansena. Ten krótki występ przeciw Burnley pozostaje pierwszym i ostatnim w niebieskich barwach. We wrześniu już biegał po drugoligowych boiskach w koszulce Birmingham City, które plątało się w ogonie Championship i gdzie na ławce siadywał Tomasz Kuszczak. A później było już Sassuolo.
Głośny efekt wow wywołał 1 grudnia 2019 roku w Turynie, kiedy wspaniałą podcinką pokonał Gianluigiego Buffona. W tym technicznym geście była i klasa, i bezczelność. Wielu znacznie bardziej doświadczonych od niego głupiało w pojedynku z legendą, zatem jeśli jego stać było na coś podobnego, to znaczy, że zasługuje na baczniejszą uwagę. To był ten moment i ten mecz, po którym wskoczył na zupełnie inny poziom. Jego akcje i wartość szybko rosły. Stał się jednym z gorętszych towarów na włoskim rynku. Przypomniał odległe już czasy, w których piłkarze z Afryki dodawali lidze włoskiej kolorytu.
Ostatni gol?
W poniedziałek 9 marca Sassuolo podejmowało Brescię i do 75 minuty prowadziło już 2:0. Wtedy Boga przejął piłkę w narożniku środkowej linii z boczną. Uwolnił się spod opieki jednego rywala, nabrał prędkości i zostawił w tyle na lewym skrzydle drugiego, złamał akcję do środka, następnie już z pola karnego strzelił obok trzeciego i przede wszystkim nie do obrony dla Jessego Jaronena. Typowa dla niego akcja indywidualna. Tak padł jak na razie ostatni gol w tym sezonie i ciągle pozostaje mieć nadzieję, że jednak nie był to amen wypowiedziany przez Boga.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 15/2020)