Łatwo wskazać na tego, który zawodzi bardziej. To Ever Banega, ale marne to pocieszenie dla Carlosa Bakki, od którego Milan już prawie całkowicie uniezależnił się na boisku.
Niezrozumiałe tango
Jest jak ciało obce, które porusza się po swojej orbicie i jest prawie niewidoczne dla patrzących z boiska i trybun. W ostatnim meczu ligowym z Palermo ledwie 15 razy dotknął piłkę. Prawdopodobnie mniej niż chłopiec do podawania piłek stojący za jedną z bramek. Po raz dziewiąty został zmieniony, na dodatek jego zmiennik Gianluca Lapadula przesądził o wygranej, po raz piąty z rzędu i ósmy w sezonie zszedł do szatni bez gola, wreszcie po raz czwarty otrzymał od włoskich dziennikarzy notę poniżej przeciętnej.
Jako się rzekło, przy Banedze i tak wygląda bosko. Argentyńczyk z Interu kręci piruety w środku boiska i tańczy swoje tango, które są kompletnie niezrozumiałe i zwyczajnie niepasujące do miejsca, w którym się znalazł. Dodajmy, miejsca jak z filmu Hitchcocka – pełnego grozy, w którym wydarzenia toczą się w myśl hitchcockowskiego scenariusza. Trzęsieniem ziemi było więc zwolnienie Roberto Manciniego, który już 16 maja zakomunikował przybycie Banegi, a pogorszeniem sytuacji: spławienie Franka de Boera, przekazanie wioseł na dwa mecze Stefano Vecchiemu i wsadzenie do tonącej łodzi Silvio Piolego. Wychodzi, że po powrocie z letnich wakacji Banega miał czterech trenerów i jeszcze był, a nawet ciągle jest, świadkiem przetasowań we władzach klubu. Chaos, kompletny chaos, ale on niby miał być ponad to i odpowiadać za porządek na boisku. Słabo mu wychodzi. Można naliczyć aż siedem not miernych na dwanaście kolejek, z tego w dwóch nie było go wcale, bo albo cierpiał za czerwoną kartkę, albo siedział na ławce. Występami w Lidze Europy, podobnie jak cały Inter, tylko się pogrążał.
W dużej mierze „laurką” wystawioną już po debiucie w Weronie można by podsumować jego starania w Serie A. 22 sierpnia „La Gazzetta dello Sport” napisała: Jak nikt inny, miał całkowitą swobodę poruszania się po boisku i do niego należało zadanie rozpalenia ognia w Interze. Jednak ograniczył się tylko do minimum i do szkolnych zagrań.
Szybko zyskał na odwadze, ale to nie znaczy, że było lepiej. Odwaga pomyliła mu się z brawurą, grając tuż przed obrońcami wyczyniał takie harce, że Frank de Boer łapał się za głowę, a kibice ciskali piorunami z trybun. Przesadnie długo trzymał piłkę, wchodził w dryblingi w pobliżu własnego pola karnego, popełniał niebezpieczne straty i nie robił nic, żeby błędy naprawić. Inaczej niż Bacca, był widoczny, prawie w każdym meczu miał najwięcej kontaktów, ale też strat, które z Palermo i Pescarą poskutkowały golami. Na przyzwoity poziom wspiął się tylko dwa razy. Z Juventusem, kiedy przynajmniej dużo biegał i walczył z takim oddaniem, że obejrzał dwie żółte kartki i z Romą, z którą strzelił jedynego gola w Serie A, trafił w słupek i aż 100 razy dotykał piłkę.
(…)
Tomasz LIPIŃSKI
Cały tekst można znaleźć w nowym numerze Tygodnika „Piłka Nożna”