Grająca przez niemal całą drugą połowę w dziesiątkę Jagiellonia pod wodzą Rafała Grzyba ograła Lecha Poznań na jego własnym stadionie w ramach 22. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy. To pierwsze zwycięstwo od sześciu meczów z rzędu w wykonaniu białostocczan.
Na smak zwycięstwa piłkarze „Jagi” czekali aż sześć meczów. (fot. Maciej Gilewski / 400mm.pl)
Jagiellonia rozpoczęła mecz w wręcz wymarzony sposób. Objęcie prowadzenia zajęło jej bowiem tylko dokładnie minutę i czterdzieści sekund. Maciej Makuszewski zagrał wzdłuż pola karnego do niepilnowanego Tarasa Romańczuka. Ukrainiec z polskim paszportem oddał strzał z bliskiej odległości, ale wybronił go strzegący dostępu do bramki Mickey van der Hart. Holenderski golkiper nie miał jednak żadnych szans chwilę potem przy dobitce w wykonaniu Fedora Cernycha.
Były to miłe złego początki. Lech natychmiast po błyskawicznej stracie gola przystąpił do odrabiania strat. Skutecznie. Już dziesięć minut później poznaniacy doprowadzili do wyrównania. A uczynił to konkretnie Michał Skóraś. Dwudziestojednolatkowi futbolówka spadła tuż pond nogi po zagraniu z rzutu rożnego. Wychowanek „Kolejorza” nie zastanawiał się długo i sprzed pola karnego huknął z woleja nie do obrony dla bezradnego w tej sytuacji Xaviera Dziekońskiego.
Podopieczni Dariusza Żurawia nie zamierzali poprzestawać na jednobramkowym remisie. Wręcz przeciwnie. Dążyli do wyjścia na prowadzenie. Miało to miejsce w czterdziestej minucie. Dani Ramirez dośrodkował piłkę z rzutu wolnego w pole karne. Futbolówka przeleciała nad głowami niemal wszystkich zawodników ustawionych w obrębie „jedenastki”. Niemal, bo akcję kończył Mikael Ishak, który kontrującym strzałem z pierwszej piłki wpisał się na listę strzelców.
Gdy w pięćdziesiątej drugiej minucie Błażej Augustyn otrzymał drugą żółtą – a w konsekwencji czerwoną – kartkę wydawało się, że zmuszona grać o jednego piłkarza mniej ekipa z ze stolicy Podlasia już się nie podniesie. Stało się jednak inaczej. Paradoksalnie utrata Augustyna podziałała na białostoczan w sposób motywujący, zaś na poznaniaków – usypiający.
Na efekty tych postaw nie trzeba było długo czekać. W siedemdziesiątej drugiej minucie Bojan Nastić umieścił futbolówkę między słupkami, zaś kwadrans później to samo zrobił Bartłomiej Wdówik, który skutecznie sfinalizował szybko przeprowadzony kontratak. Lech co prawda odpowiedział trafieniem w doliczonym czasie gry, ale sędzia Szymon Marciniak nie uznał kolejnego gola autorstwa Ishaka, gdyż tez znajdował się na pozycji spalonej.
Zwolnienie Bogdana Zająca okazało się mieć dla Jagielloni zbawienne skutki. Zadziałał bowiem tak zwany „efekt nowej miotły”. Pod wodzą Rafała Grzyba białostocczanie dali z siebie wszystko i nawet mimo jednego gracza mniej na boisku zdołali strzelić dwa trafienia i wygrać pierwszy raz od sześciu meczów z rzędu. Dla Lecha zaś dzisiejsze spotkania to po prostu kompromitacja i stracona (bezpowrotnie?) szansa na dogonienie drużyn plasujących się w czołówce tabeli.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.