Siedem lat temu nikt tego jeszcze nie wiedział, ale właśnie wtedy polski futbol wkraczał w erę Marka Papszuna. Nawet dziś mało kto jest świadom istnienia takiej ery, chyba nikt przede mną tutaj i dziś takiego określenia nie użył. Niewykluczone zresztą, że na wkraczaniu się w zasadzie skończy, że wraz z odejściem Papszuna z Rakowa era ta wygaśnie zanim na dobre jej zasmakujemy i za chwilę wrócimy do tego, co było przed Papszunem w Rakowie, a byłoby bardzo źle, gdyby tak się stało – to by oznaczało, że Polski futbol cofa się o kilka dekad.
Nie chodzi mi tu bynajmniej o czysto trenerskie kompetencje Papszuna; choć są one znaczne, to jednak na razie wydają się ograniczone do jednego sposobu gry i jednego sposobu rozumienia futbolu. Żeby strzelić z grubej rury: Pep Guardiola w Barcelonie oraz City i Carlo Ancelotti w Realu na pewno osiągali i osiągają sukcesy innymi metodami niż Papszun w Rakowie, w gronie jego wzorów ci dwaj giganci się raczej nie znajdują, już prędzej Diego Simeone albo jeszcze lepiej, ze względu na preferencje taktyczne i charakter, Antonio Conte. Tak – Papszun to polski Antonio Conte, nie mamy polskiego Guardioli ani Ancelottiego; trudno, dobrze, że jest polski Conte.
Mam na myśli całkiem inną sprawę. Era Papszuna – która oby się ukonstytuowała na dłużej, na wiele lat, na zawsze – to era, w której trener jest ważny, a nawet najważniejszy w klubie. Wiemy równie dobrze kim Papszun w Rakowie był, jak też kim nie był na pewno, a na pewno nie był niczyim popychadłem. Nie był marionetką w rękach szefów, biorącą do składu kogo mu każą. Nie był sługą agentów umieszczających swoich piłkarzy gdzie się da. Nie był niewolnikiem piłkarzy, lękającym się, że jeśli im nadoskwiera, to ci przegrają mu na złość kilka meczów, a on straci pracę i nie będzie miał co dzieciom do ust włożyć. Papszun w Rakowie nie był trenerkiem, trenerciem, tylko Panem Trenerem. Był Bogiem Ojcem decydującym kto do klubu przyjdzie, kto będzie grał i zarobi, a kto będzie siedział na ławce, jaki zespół będzie stosował system i strategię, miał fochy piłkarzy w tak zwanym głębokim poważaniu, wymagał i egzekwował.
Oczywiście sam sobie tych plenipotencji nie przyznał. Otrzymał je od swojego szefa, właściciela Rakowa Michała Świerczewskiego. Tak więc w istocie rzeczy może powinniśmy mówić nie o erze Papszuna, ale erze Świerczewskiego? Może gdyby zamiast na Papszuna Świerczewski postawił siedem lat temu na jakiegoś Kowalskiego, jakiegoś Nowaka, czy jakiegoś Wiśniewskiego, to efekt byłby mniej więcej ten sam? Sukcesy Papszuna sprawiły, że w kilku innych klubach też dotychczas upodlanego trenera uwznioślono. Janusz Niedźwiedź w Widzewie, Dawid Szulczek w Warcie nie sprawiają, mimo marnego CV, wrażenia, jakby bali się własnych piłkarzy, albo dostawali kartki ze składem od szefa. Śladem Świerczewskiego podążyło kilku innych prezesów. Nie przypadkiem jako następców Papszuna w Rakowie wymienia się trenerów, którzy w swych klubach mają tak mocną pozycję, jak on miał w Rakowie.
Wniosek stąd taki płynie, że na tym to właśnie polega: ten klub ma szansę na sukces, w którym trener ma mocną pozycję i nie obawia się zwolnienia, a odchodzi kiedy sam chce, tak jak Papszun z Rakowa. Trener-petent to najprostsza droga do sportowej porażki. A trener-mocarz to prawie rękojmia sukcesów, wyjąwszy przypadki, gdy szef klubu dokona bardzo złego wyboru człowieka na to stanowisko. Trwanie i umocnienie się ery Papszuna zależy przede wszystkim od Świerczewskiego. Jeśli obdarzy nowego trenera takim samym zaufaniem i da mu takie same prerogatywy, jakie dał Papszunowi, będzie dobrze. Jeśli uzna, że następcę trzeba trzymać krócej i baczniej patrzeć mu na ręce, zrobi błąd oraz krzywdę i sobie, i całej polskiej piłce.
Leszek Orłowski
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NAJNOWSZYM WYDANIU PIŁKI NOŻNEJ (17/2023)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.