Jaki
jest dziś największy problem klubu sportowego FC Barcelona, a
ściślej – jego sekcji piłkarskiej?
Zakaz transferów nałożony przez FIFA, fatalna jakość gry
obronnej zespołu Luisa
Enrique, a może kontuzja Leo Messiego? Nic tych rzeczy, to są tylko
drobne niedogodności,
małe przeszkody na drodze po kolejne trofea, które nie powinny uniemożliwić
ich zdobycia. Prawdziwym utrapieniem jest prozaiczny brak kasy.
FC Barcelona znalazła się w finansowych tarapatach (foto: G. Wajda)
Barca
nie jest bankrutem, ani bankructwo jej nie grozi. To nie o to chodzi.
Taki klub nie zbankrutuje nigdy, bo za dużo ma fanów w całym
świecie, zbyt wiele firm i osób zarabia na jego popularności.
Natomiast wydaje się wątpliwe, by w najbliższych latach była w
stanie utrzymać poziom życia godny swojego stanu, poziom, który
sama sobie wyznaczyła, z niemałym trudem osiągnęła, i do którego
przyzwyczaiła wielbicieli. Przypomina dziś zamożnego i dobrze
zarabiającego człowieka, który jednak musi zmienić nawyki, bo na
życie po dawnemu mimo wszystko go nie stać. W Barcelonie lepiej już
było.
Obecne
władze klubu po prostu przeszarżowały z wydatkami i dziś stanęły
przed koniecznością ostrego zaciśnięcia pasa. Kibice Barcy, nie
łudźcie się: zimą klub nie kupi żadnej gwiazdy. Bo nie ma na to
pieniędzy. A gdyby mimo wszystko kupił za pożyczone, za kilka
miesięcy obecny prezydent i jego junta musieliby odejść. A więc –
nie kupi, bo żaden karp za przyspieszeniem Bożego Narodzenia
głosować nie będzie.
Limity,
ach limity
Sprawa
jest zawikłana. Lata rozbuchania finansowego, które spowodowały,
iż klub jest cały czas potężnie zadłużony, należą do
przeszłości. Socios w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że
strategia: zastaw się, a postaw się nie jest właściwa, doprowadzi
prędzej czy później do samounicestwienia. Kryzys w całym kraju i
ogólna refleksja obywateli Hiszpanii, że należy jednak kontrolować
wydatki, przełożyła się też na sposób myślenia o sprawach
klubu. Modnym hasłem stała się dyscyplina budżetowa, zmniejszanie
zadłużenia. Dlatego też od kilku lat każda kolejna ekipa
obejmująca władzę w FCB obiecywała utrzymanie potęgi zespołu
przy zachowaniu pryncypiów ekonomicznych. Zwłaszcza obecny sternik,
Josep Maria Bartomeu, przekonywał, że można zarazem mieć ciastko
i zjeść ciastko. Jednak jest to przecież oczywista utopia. Teraz
nadeszła chwila, kiedy trzeba zdecydować: ciacho do buzi, czy na
talerz.
Pierwsze
wędzidło sternicy klubu nałożyli sobie sami. To właśnie
Bartomeu i jego ludzie przeforsowali wprowadzenie do statusu klubu
zapisu, że cały zarząd będzie musiał podać się do dymisji
jeśli przez dwa kolejne cykle rozliczeniowe stosunek dochodów do
wydatków i długu nie będzie się kształtował odpowiednio. Nie
wdając się w zawiłości buchalteryjne, obecnie wygląda on bardzo
źle. Trzeba wydatki ciąć, a dochody powiększać, bo inaczej
wkrótce władze przejmie kto inny.
Jakby
tego było mało, trzeba też liczyć się z ograniczeniami
zewnętrznymi. We wrześniu poprzedniego roku władze LFP wprowadziły
limity transferowo-płacowe dla wszystkich klubów La Liga, opierając
je o poziom dochodów. Należy je nazwać transferowo-płacowymi
właśnie, bo owa wyznaczona kwota obejmuje nie tylko sumę
wynagrodzeń piłkarzy, ale też amortyzację transferów.
Przykładowo: jeśli klub kupuje gracza za sto milionów euro i
podpisuje z nim kontrakt na pięć lat, to do limitu na dany sezon
wlicza się dwadzieścia milionów z tytułu transferu.
Na
bieżący sezon limit Barcelony wynosi 421 milionów euro. Obecnie
wykorzystała ona z tej puli, według ustaleń „Marki”, dokładnie
tyle ile wydała przed rokiem, czyli 388 milionów. Doszły transfery
i zarobki Ardy Turana i Aleixa Vidala, ubyły pensje sprzedanych
Xaviego, Martina Montoi oraz Pedro i bilans wyszedł mniej więcej na
zero. Jednak dziennikarz „Asa” podaje zupełnie inną kwotę, o
wiele bardziej złowieszczą, bo do minimum redukującą margines
działania: 419 milionów!
Już
ta pierwsza suma to o dziewięćdziesiąt dwa więcej, niż w sezonie
2013-14. Skąd tak olbrzymi wzrost wydatków w dwa lata? Po pierwsze:
w 2014 kupiono cały tabun zawodników: Luisa Suareza, Ivana
Rakiticia, Marca-Andre ter Stegena, Claudio Bravo, Jeremy’ego
Mathieu, Thomasa Vermaelena i Douglasa. Po drugie: wielu piłkarzy
przedłużyło kontrakty, dostawszy znaczne podwyżki (w tym Pedro,
który odszedł do Chelsea, więc kwota wydatkowana na niego wróciła
do puli). Po trzecie: sporo pieniędzy wypłacono z tytułu
zakończenia współpracy Xaviemu. Po czwarte: wypłacono olbrzymie
premie dla zespołu za wywalczenie potrójnej korony.
Pozostałe
do wykorzystania (przy przyjęciu za prawdziwe optymistycznych
szacunków „Marki”) 33 miliony nie dają szansy na sprowadzenie
zimą gwiazdy. Taki Paul Pogba to kontrakt w wysokości dwudziestu
milionów i tyleż w ramach amortyzacji. Odpada, definitywnie. Może
więc kierownictwo spełni postulat numer jeden trenera Luisa
Enrique, czyli sprowadzenie z Celty Vigo Nolito, za osiemnaście
milionów euro, widniejące w jego klauzuli odejścia? Na to też,
zdaniem hiszpańskich dziennikarzy, nie ma żadnych szans. Jego
transfer oczywiście nie spowodowałby sam w sobie przekroczenia
limitu, jednak wtedy nie można by dać podwyżki Neymarowi. A ten
oczywiście jej oczekuje już teraz, mimo że kontrakt wygasa dopiero
w 2018 roku.
Dług
rośnie
Dochodzi
do tego wzrost zadłużenia klubu. Po kilku latach, kiedy ono
spadało, teraz zarysował się bardzo niepokojący trend odwrotny.
Otóż przed rokiem ta kwota wynosiła 328 milionów, a teraz opiewa
na 362. Wzrosła o 34 miliony, czyli dokładnie tyle, ile zapłacono
za Ardę Turana. Stało się tak mimo rekordowego w historii futbolu
dochodu, jaki Barca osiągnęła w sezonie 2014-15! Wzrost długu
powoduje oczywiście zmianę na niekorzyść obecnych władz owego
stosunku dochodów do wydatków i długu, który może spowodować
konieczność podania się do dymisji.
Na
tym nie koniec. W poprzednim sezonie, po transferach Suareza i
Rakiticia, klub odroczył o rok na mocy umowy z wierzycielem, spłatę
jednej z transzy zadłużenia wynoszącej pięćdziesiąt jeden
milionów euro. Na papierze tego długu już nie ma, w rzeczywistości
jest (zatem możliwości kreatywnej księgowości już zostały do
maksimum wyzyskane przez Bartomeu i jego ludzi). Jeśli prezydent nie
chce, by dług się zwiększył także de iure, musi szybko znaleźć
te pięć dych. A już wydał całe czterdzieści milionów, jakie
otrzymał niedawno od Telefoniki za kontrakt reklamowy na Amerykę
Południową. W dodatku potrzebuje pieniędzy na przebudowę
stadionu. A będzie ona kosztowała, bagatela, sześćset milionów…
Trudno
było panu Bartomeu zazdrościć położenia, w jakim znalazł się
przed zgromadzeniem członków, które miało miejsce w minioną
niedzielę. Liczby, jakimi tam operował, były nieco inne, ale
wiadomo, jak to jest z księgowaniem. Jednak na pewno sytuacjia
finansowa Barcy nie przedstawia się różowo. Szef klubu poniekąd
sam ukręcił sobie sznur na szyję. Chodzi nie tylko o kwoty wydane
na piłkarzy (166 milionów latem 2014 roku i 51 milionów latem
2015), lecz także o podwyżki dla obecnych zawodników. Żądania
płacowe ich menedżerów ciągle rosną. Wielkie kluby, zwłaszcza
hiszpańskie, niezwykle łatwo dają się szantażować mającym
ważną umowę pracownikom, że ci odejdą, jeśli nie dostaną
podwyżki. A media przedstawiają sprawy tak, że to zawsze piłkarz
ma rację, bo gra bardzo dobrze, zasługuje na podniesienie pensji, a
chciwi szefowie klubu mu odmawiają. Dlatego też zdecydowana
większość, nawet najlepiej zarabiających futbolistów, mniej
więcej w połowie umowy dostaje w zamian za jej przedłużenie
podwyżkę. Można odnieść wrażenie, że taki jest obowiązek
klubów. Działający w takim klimacie szefowie, z Bartomeu na czele,
ulegają tej presji, by nie narazić się odpowiednio nastawionym
przez media kibicom i zaspokajają roszczenia zawodników. Pojawia
się pytanie, czy aby hiszpańscy dziennikarze nie pozostają w tym
temacie na pasku agentów, ale to zupełnie inna sprawa.
Po
prośbie do Kataru
Wracając
do Barcelony. Czy jest jakiś ratunek z tej opresji, wyjście z
sytuacji? Oczywiście, że tak. Ratunek jest tam, gdzie zwykle, gdy
brakuje kasy, czyli na Półwyspie Arabskim. Trzeba po prostu jak
najszybciej przedłużyć kontrakt reklamowy z Qatar Airways.
Szejkowie są bardzo chętni, by jeszcze lepiej niż według obecnej
umowy rewanżować się Barcelonie za reklamę na jej koszulkach.
Otóż obecnie płacą za ten przywilej trzydzieści milionów
rocznie, a są skłonni dać nawet sześćdziesiąt pięć i dołożyć
jeszcze trzydzieści za samo przedłużenie umowy. Godzą się też,
jak donosi „AS” na rezygnację z miejsca reklamowego na
koszulkach treningowych, które również ma swoją wartość i można
je będzie sprzedać komu innemu.
Tak
więc Bartomeu może zarobić na szybko sto milionów – akurat
tyle, by opędzić najpilniejsze wydatki, zdobyć spokój na jakiś
czas. I z całą pewnością z tej opcji skorzysta, mimo że u wielu
kibiców nie przysporzy mu to popularności. Co bardziej uświadomieni
socios FCB nie są bowiem zachwyceni tym, że ich klub reklamuje
Katarczyków. By ich nie drażnić, podczas ostatniej kampanii
wyborczej Bartomeu zapewniał, że ma inną, niezgorszą ofertę, a
mianowicie od japońskiego serwisu sprzedaży internetowej Rakuten.
Jednak natychmiast po osiągnięciu wyborczego zwycięstwa zaprzestał
nawet wymieniania nazwy tej firmy, a sam z dyrektorami od marketingu
udał się do Dohy, wiadomo po co.
Tak
to zaciska się katarska pętla na szyi europejskiego futbolu.
Szejkowie kupili kilka klubów, gdzie płacą piłkarzom bardzo dużo,
w związku z czym ci grający w pozostałych wielkich domagają się
równie monstrualnych pensji. By zdobyć na nie pieniądze, władze
takiej Barcy muszą prosić o nie Katarczyków. W istocie rzeczy
piękną fikcją jest, iż właścicielami Barcelony są jej kibice.
Szejk by się uśmiał…
To
się już nie powtórzy
Na
razie jednak nowej umowy nie ma. Podobnie jak pieniędzy na transfery
zimowe. A kibice, owszem, domagają się dobrych wyników
finansowych, ale także utrzymania poziomu sportowego i nowych
gwiazd. Za te resztki, jakie pozostały do wydania, kogoś trzeba
będzie jednak pozyskać. Nie ma szans na Pogbę, trzeba będzie w
końcu powiedzieć trenerowi, że również sprowadzenie Nolito to
marzenie ściętej głowy. Natomiast można się postarać o
wypożyczenie jakiegoś klasowego, ale już niemłodego zawodnika, z
tak dużym doświadczeniem i klasą, że od razu będzie w stanie
wspomóc zespół, nawet jeśli otrzyma wyjściowo zaledwie status
rezerwowego, a przy tym już „zarobionego”, bez wielkich
oczekiwań finansowych. Jednym słowem, poszukuje się nowego Henrika
Larssona. Szwed w latach 2004-06 był zawodnikiem Barcelony i dał
jej bardzo dużo. Teraz też ma zostać na Camp Nou sprowadzony ktoś
jego pokroju.
A
po zimie przyjdzie lato, a po styczniu lipiec, kiedy znów trzeba
będzie (nie tyle: wolno będzie, ile właśnie: trzeba będzie –
by zaspokoić oczekiwania fanów i pokazać im, że nic się nie
zmieniło) kupować piłkarzy. A w kasie nadal nie będzie na to
gotówki. Należy raczej wykluczyć to, że Barca jeszcze
kiedykolwiek wyda na transfery w jednej sesji kwotę rzędu stu
pięćdziesięciu milionów euro, albo kupi jakiegoś Neymara.
Szejkowie owszem, chcą mieć godnych rywali dla swoich Manchesterów
City i innych Paris SG, ale te kluby w końcu przecież muszą zacząć
wygrywać…
Leszek
Orłowski
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W NAJNOWSZYM NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.