Przejdź do treści
Fornalik dla PN: Nie mogłem zejść pierwszy z dryfującego okrętu

Polska Ekstraklasa

Fornalik dla PN: Nie mogłem zejść pierwszy z dryfującego okrętu

Waldemar Fornalik przez lata zdążył przyzwyczaić, że niezależnie od tego, jak bardzo źle działoby się w klubie z ulicy Cichej – ewentualnie jak biednie byłoby w Ruchu – zawsze znajdzie ratunek. Od początku obecnego roku, wraz z zespołem, ponownie bardzo pozytywnie zaskakuje. Po karnym odjęciu czterech punktów to przecież w chorzowskim klubie upatrywano pewnego spadkowicza. Tymczasem Niebiescy grają ostatnio jak z nut!

ROZMAWIAŁ ADAM GODLEWSKI

– Zacznę od gratulacji: 13 punktów w sześciu meczach to byłby dobry wynik nie tylko dla zespołu znajdującego się w strefie spadkowej po jesieni, ale nawet dla walczącego o tytuł.
– Dziękuję, myślę, że to rzeczywiście fajna sprawa. Tym bardziej że punkty nie były wywalczone przypadkowo – mówi Fornalik. – W tym roku prezentujemy bowiem dojrzałą grę. I to z pewnością napawa optymizmem…

 

– …który zaczął chyba kiełkować dopiero po wygranej z Legią przy Łazienkowskiej? Zimą nie było przecież przesłanek nawet do pozytywnego myślenia; organizacja w Chorzowie od dawna nie była na poziomie ekstraklasy, za co zanosiło się nawet na minus osiem punktów. W takiej sytuacji można się załamać. A wiosnę zaczęliście od porażki z Cracovią.
– Trudno się nie zgodzić, że przesłanek do optymizmu nie było zbyt wiele. Choć zimą patrzyłem na klub, a przede wszystkim na zespół, z perspektywy jesieni. Punktów na boisku uzbieraliśmy 20, i mogło być ich nawet więcej, ponieważ aż bodaj siedem meczów przegraliśmy różnicą jednej bramki. To jednak też się z czegoś brało. Konkretnie – nie mieliśmy do dyspozycji kilku kluczowych zawodników. Michał Helik, Marcin Kowalczyk, Michał Koj, także Adam Pazio leczyli urazy. A Jarek Niezgoda dołączył do nas bardzo późno, po rozegraniu siedmiu kolejek. Dlatego uważam, że przesłanki do pozytywnego myślenia były już jesienią. A wynikały głównie z dwóch ostatnich spotkań. Dziwny mecz z Wisłą Płock, gdzie prowadziliśmy nawet 3:2, jeszcze przegraliśmy, ale drużyna już wtedy pokazała, że to jest właściwy kierunek. To wówczas w Płocku pojawiło się światełko w tunelu, zaś kończący ubiegły rok mecz z Wisłą Kraków w Chorzowie, na który wrócił Kamil Mazek, który również był wcześniej kontuzjowany, był potwierdzeniem, przypieczętowaniem dobrej zmiany. Po nim już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że dysponujemy grupą ludzi, w którą nie tylko warto, ale wręcz trzeba inwestować. Bo można z nią wygrywać mecze. Porażka z Cracovią, w meczu, w którym nie zagraliśmy wcale źle, nie zmieniła mojego toku rozumowania. 

– Pod względem organizacyjnym było jednak w klubie dramatycznie od początku sezonu.
– Zmiany w zarządzie i radzie nadzorczej, ciągła niepewność – w tym kontekście rzeczywiście nie było przesłanek do optymizmu. Jako trener w pierwszej kolejności patrzę jednak na ludzi, których mam do grania, jaki jest potencjał grupy. I czy daje nadzieję na wygrywanie nawet z najsilniejszymi konkurentami w lidze, a właśnie takie możliwości dostrzegłem w tych chłopakach. Poza tym nie oszukujmy się – podczas moich kadencji przy Cichej trudnych momentów było wiele, więc miałem sposobność może nie tyle przywyknąć, co się zahartować. Dlatego bodźców do pozytywnego myślenia od dawna szukałem przede wszystkim w wydarzeniach boiskowych. A kiedy już takie się pojawiały, problemy pozasportowe odsuwałem na dalszy plan. 

– Jest pan aż tak silny i zahartowany, że kłopoty finansowe klubu i notoryczne zaległości w wypłatach spływają po panu jak po kaczce? Czy może jednak częste były chwile, kiedy chciał pan to wszystko rzucić w diabły?
– Taki moment przyszedł nawet już po zakończeniu rundy jesiennej. Dostałem bardzo konkretną propozycję z innego klubu ekstraklasy i mogłem zmienić otoczenie na znacznie bardziej przyjazne pod względem organizacyjnym i finansowym. Kiedy jednak usiadłem, aby przeanalizować wszystkie za i przeciw, doszedłem do wniosku, że… szkoda mi tych perspektywicznych ludzi i pracy, którą w nich włożyłem. Zespół jest bardzo młody, czterech zawodników w ubiegłym tygodniu było powołanych na zgrupowanie kadry młodzieżowej Marcina Dorny, a przecież sezon zaczynali z nami jeszcze Mariusz Stępiński i Kamil Mazek. A chwaląc młodych, nie można zapominać o doświadczonych zawodnikach, którzy wiedzą dzielą się z młodszymi kolegami. Dlatego uznałem, że szkoda byłoby nie przekonać się, nie dać sobie szansy na zdobycie dowodów, że praca, którą rozpoczęliśmy na początku sezonu, była właściwa i już wkrótce zaprocentuje. Zasialiśmy naprawdę bardzo solidnie, więc po sześciu kolejkach jesteśmy dopiero na początku zbierania plonów. Jestem tego pewien.

– W listopadzie ogłoszono, że pański kontrakt w Chorzowie zostanie przedłużony do 2019 roku. Szybko jednak okazało się, iż to jedno z najkrótszych dwuletnich przedłużeń, umowa z Ruchem obowiązuje bowiem tylko do czerwca bieżącego roku. 
– To była informacja medialna. Choć prawdą jest, że ustalenia ustne w sprawie prolongaty umowy były powzięte, wszystko zostało dogadane. Natomiast w momencie, kiedy doszło do złożenia autografów, pewne kwestie zostały zmienione, na co nie mogłem przystać. Dlatego nowy kontrakt nie wszedł w życie. W międzyczasie pojawił się problem ujemnych punktów, który był bardziej palący, i temat został odłożony. Tak po prostu wyszło, nie podejrzewam, aby którakolwiek ze stron nie miała dobrych intencji. 

– Mówi pan o dobrych intencjach w sytuacji, kiedy ktoś samowolnie zmienił wcześniejsze ustalenia?
– Mówię o faktach, nie robię z tego zagadnienia problemu. Być może rzeczywiście czyjeś intencje nie były najlepsze, ale w tamtym – i tym również – momencie dla mnie liczyła się robota, którą trzeba wykonać do końca obecnego sezonu. Nad tym, czy będę w Ruchu kolejne dwa lata, czy zostanę tylko do czerwca, później nawet się nie zastanawiałem. Wraz ze sztabem i zespołem robimy po prostu swoje.

– Skąd konkretnie zimą napłynęła oferta?
– Niech to pozostanie tajemnicą. Nad propozycją zastanawiałem się bardzo poważnie, i gdybym naprawdę nie widział potencjału w tym młodym zespole, na pewno podjęcie decyzji o opuszczeniu Ruchu byłoby łatwiejsze. W zaistniałych okolicznościach nie wyobrażałem sobie jednak, żebym zszedł jako pierwszy z okrętu, który dryfuje. Zawsze w takich sytuacjach wyjścia są dwa – albo zatonie, albo odzyska sterowność i będzie miał szansę popłynąć dalej. W tej chwili daliśmy wszystkim czytelny sygnał, że – trzymając się języka żeglarskiego – jesteśmy na dobrym kursie. Co nie oznacza, że nie musimy już uważać na rafy. Bo musimy. Przed nami jeszcze dużo ważnych meczów, zwłaszcza w rundzie finałowej. Bo to będzie walka o być albo nie być… 

– …w osłabionym w porównaniu do jesiennego składzie. Odeszli przecież Piotr Ćwielong i Mazek, a zatem ważne puzzle w pańskiej układance. A przyszedł jedynie Milen Gamakow, który nie jest w tym momencie zawodnikiem pierwszego wyboru.
– Mam w kadrze zawodników na opuszczone pozycje, Miłosz Przybecki i Łukasz Moneta dobrze wywiązują się z roli skrzydłowych. Jeśli jednak zachodzi potrzeba wprowadzenia zmian w trakcie spotkań – jesteśmy na etapie poszukiwania alternatywnych rozwiązań.

– W osobach Miłosza Trojaka, Adama Pazia czy Pawła Oleksego na lewej pomocy, co wymaga zarówno bogatej wyobraźni, jak i sporej kreatywności.
– Powiem tak: łatwo rzeczywiście nie jest, ale sytuacja kadrowa, w której się znalazłem, z pewnością bywa… inspirująca. Jeżeli trener dostaje gotowych zawodników, to nie musi się wysilać. A potrzeba bywa matką wynalazków, i kłopoty kreują najwłaściwsze rozwiązania, na które człowiek wcześniej by nie wpadł. Często bywa tak, że zawodnik z musu przesunięty w inny sektor boiska sprawdza się na tyle, że na nowej pozycji gra już do końca kariery. 

– Tak po ludzku – miał pan pretensje do Ćwielonga, że zrejterował po rundzie spędzonej ponownie przy Cichej?
– Liczyłem na to, że przychodząc do Chorzowa, Piotr będzie wzmocnieniem. I w wielu meczach w moim odczuciu był, a po przepracowaniu zimowego okresu przygotowawczego mógł być jeszcze lepszy. Dlatego byłem zaskoczony podjętą przez niego decyzją, przecież to chłopak, który tu się wychował i był emocjonalnie związany z klubem oraz ze środowiskiem. Powinien zatem mieć poczucie odpowiedzialności za Ruch. Mówiąc wprost: powinien zostać i pomóc tej drużynie. Wybrał inne rozwiązanie, które uszanowałem, ale nie ukrywam, że byłem zaskoczony tą decyzją.

– Niemiło, jak rozumiem?
– Owszem, trudno się przecież cieszyć, kiedy zimą ucieka ci doświadczony zawodnik, który jest w stanie dać drużynie jakość.

– Na odejściu Mazka Ruch coś zarobił. Rozumiem więc, że tego rozstania nie przeżył pan aż tak boleśnie, bo pojawiła się możliwość załatania jakiejś finansowej dziury?
– Nie wiem, czy dzięki temu transferowi bylibyśmy w stanie załatać jakąś większą dziurę, dlatego nie ukrywam, że i w tym przypadku byłem niepocieszony. Ubył mi zawodnik, który w wielu spotkaniach decydował o kreatywności w przednich formacjach, i w ogóle o sile naszej ofensywy. Zdobywał przecież bramki i asystował. Wszystko potoczyło się bardzo dziwnie, Kamil dostał przecież z Ruchu deklarację, że nawet gdyby przedłużył kontrakt w Chorzowie, to latem mógłby spokojnie odejść, nikt nie robiłby mu wówczas kłopotu przy transferze. Miałby na to z góry włączone zielone światło. Nie przystał jednak na naszą propozycję, ktoś we władzach naszego klubu też zmienił decyzję i skończyło się tak, jak się skończyło. Mogę zatem mieć tylko nadzieję, że odejście Mazka nie odbije się negatywnie na zespole. A przede wszystkim – na naszych końcowych wynikach.

– Dziwi się pan, zwłaszcza młodym, zawodnikom, że chcą pracować w lepszych, to znaczy normalnych, warunkach?
– Nie dziwię się. W przypadku Mazka chodziło jednak o spędzenie w Chorzowie zaledwie czterech dodatkowych miesięcy. Później warunki i tak by sobie zmienił i poprawił. Nie ganię, broń Boże, Kamila, to młody człowiek. Ma prawo mieć przed oczyma pieniądze, podwyżkę, chęć ułożenia sobie życia, funkcjonowania w lepszych warunkach – to naturalne. Uważam jednak, że jedno z drugim nie kolidowało. Nawet gdyby został na rundę wiosenną w Chorzowie, lepsza przyszłość by mu nie uciekła.

– Mazek to kolejny personalny dowód, że przy Cichej wykonuje pan syzyfową pracę. A przecież całkiem niedawno przywrócił pan do żywych Mariusza Stępińskiego, a teraz ma duży wkład w oszlifowanie diamentu, jakim wydaje się Jarosław Niezgoda, którego latem także nie będzie już przy Cichej.
– Nie tracę nadziei, że dożyję takich czasów, że wszystko będzie na tyle normalnie funkcjonowało, że to ja będę czerpał korzyść z wyników własnej wcześniejszej pracy. Przeżyłem w Ruchu jako trener trzecie miejsce, przeżyłem wicemistrzostwo, a przychodząc na Cichą po raz kolejny w 2014 roku i widząc wchodzących do pierwszego zespołu Helika, Patryka Lipskiego, Maćka Urbańczyka, wciąż młodego Martina Konczkowskiego, a także Grzegorza Kuświka, Filipa Starzyńskiego czy Bartka Babiarza, pomyślałem: – Nic, tylko dodać jeszcze trzy, cztery ogniwa, i znów będziemy się liczyć w walce o podium. Ktoś powiedział wtedy, że w 2017 roku Ruch przeniesie się na Stadion Śląski. Odniosłem się zatem do tego w ten sposób, że z tymi ludźmi w składzie w 2017 roku powalczymy o tytuł mistrzowski. Niestety, życie pokazało, że można mieć ambitne plany i wytyczać wspaniałe cele, a życie i tak to wszystko brutalnie weryfikuje.

– Starzyński, Kuświk, Babiarz, a także Stępiński i Matus Putnocky, czyli kręgosłup zespołu, nie dotrwali w Chorzowie nawet do początku roku 2017…
– Cóż, wszystko poszło w zupełnie innym kierunku, niż miało, kiedy wracałem do Ruchu. Nie miałem jednak żadnego wpływu na rozwój wydarzeń w tym aspekcie.

– W kadrze Ruchu jest obecnie 11 zawodników spełniających kryteria występu w finałach tegorocznych MME 2017, a także dwóch o rok starszych…
– …konkretnie Konczkowski i Koj. Z doświadczonych mam do dyspozycji Libora Hrdlickę, Rafała Grodzickiego, Marcina Kowalczyka i Łukasza Surmę. Do tego dochodzą znajdujący się w kwiecie piłkarskiego wieku Pazio i Oleksy, resztę rzeczywiście stanowią młodzieżowcy. Taka jest prawda. Do czego pan jednak zmierza?

– Nie obawia się pan, że tak młodemu zespołowi w walce o utrzymanie zabraknie odporności na stres albo doświadczenia w decydujących momentach?
– Wierzę w to, że nie. Patrząc na całą grupę, widzę, że z każdym meczem nabierają obycia, ale… No właśnie, to zawsze jest element ludzki, więc niczego wykluczyć nie można.

– Gdyby Ruch nie został ukarany czterema karnymi punktami, od miejsc gwarantujących grupę mistrzowską dzieliłoby was w tym momencie jedno zwycięstwo. Wraca pan myślami do 20 punktów, które mieliście na koncie po ostatniej grudniowej kolejce?
– Oczywiście! I na każdym kroku podkreślam, ile rzeczywiście ugraliśmy punktów. A przecież te cztery, które nam odebrano, wywalczyliśmy w uczciwej, ciężkiej walce na boisku. Nie rozumiem zatem, dlaczego teraz miałbym mówić, że wywalczyliśmy od początku tego sezonu 29 punktów, skoro zdobyliśmy ich 33? Niezależnie od werdyktu stosownych komisji, ja zawsze będę sobie i drużynie dodawał punkty, które zgromadziliśmy zgodnie z regulaminem. Wiem, że w oficjalnej tabeli nikt ich nie uwzględni, ale w szatni na pewno będzie obowiązywała ta nasza, wewnętrzna. 

– Za grzechy poprzednich właścicieli klubu zapłaciła pańska drużyna, sytuacja finansowa i organizacyjna Ruchu nadal jest jednak bliska katastrofy. Wierzy pan, że po ostatnich zmianach udziałowców, w zarządzie i w radzie nadzorczej coś wreszcie istotnie zmieni się na korzyść?
– Wierzę. Wiem, że zbliża się termin procesu licencyjnego, więc pewne kwestie muszą zostać uregulowane i zamknięte. Ruch ma piękne tradycje i wielką historię, więc nawet nie wyobrażam sobie, żeby ludzie, którzy w tej chwili weszli do zarządu, nie mieli świadomości, jaką wzięli na siebie odpowiedzialność. Ktoś, kto jest prezesem, ma obowiązek zapewnić klubowi funkcjonowanie nie tylko dziś, ale i w przyszłości. 

– Zakłada pan na tyle cudowny finisz, że Ruch może mimo wszystkich przeciwności wskoczyć do górnej połowy tabeli?
– Matematycznie szansa wciąż istnieje, tyle że każdy kolejny mecz będzie miał coraz wyższy ciężar gatunkowy. Tylko zwycięstwa będą prolongowały nadzieję, pierwsze niepowodzenie skaże nas na walkę w dolnej ósemce. Nie ma się nawet sensu czarować, że będzie inaczej.

– Kiedy zaplanowano powrót do rozmów kontraktowych z panem?
– W tej chwili ważniejsze od negocjacji mojej nowej umowy jest zamknięcie procesu licencyjnego i związanie końca z końcem na bieżącą działalność. I pewnie jeszcze kilka innych spraw, które ogarnia w tej chwili nowy zarząd. Natomiast Fornalik, niezależnie od tego, czy ktoś z nim rozmawia na temat nowego kontraktu, czy nie, robi swoje.

– A ktoś rozmawia?
– Nie. Na razie nie. 

– Czyli działaczy Ruchu mogą ubiec ludzie z innych klubów, skoro już zimą pojawiła się konkurencyjna oferta?
– W tej chwili to nie jest nawet temat do rozmowy. Życie w najbliższym czasie najlepiej zweryfikuje kierunek, w którym kontraktowe sprawy się potoczą. 

– Grodzicki to obecnie szczęśliwy talizman Ruchu? Dwukrotnie brakowało go w składzie w 2017 roku, i za każdym razem traciliście punkty. To przypadek?
– Jeśli mam być szczery, to nie analizowałem personaliów pod takim kątem. Coś w tym pewnie jest, ale żeby mówić o regule, trzeba poczekać, aż zaistnieje trzeci identyczny przypadek. A zupełnie poważnie – Rafał ma dobrą wiosnę, jest mocnym punktem zespołu. Podobnie jak cała defensywa, a nawet więcej – cały zespół w grze defensywnej. W tym aspekcie na pewno Ruch funkcjonuje teraz lepiej niż jesienią. Generalnie nasi zawodnicy przystąpili do wiosennych rozgrywek maksymalnie zmobilizowani i zmotywowani, by udowodnić, że potrafią grać w piłkę. Cieszę się, że wspólnie udaje nam się realizować ten plan. 

– Hrdlicka świetnie uzupełnia blok defensywny, ale po jesieni nie był pan urzeczony grą Słowaka, skoro Ruch poszukiwał w ostatnim okienku bramkarza.
– Libor dołączył do nas w trakcie rundy, nawet nie w sierpniu, kiedy zamykało się letnie okno, tylko jeszcze troszkę później, i potem potrwało, zanim doszedł do pełnej dyspozycji. Wcześniej nie bronił przez kilka miesięcy w żadnej drużynie, a rytm meczowy w przypadku bramkarza jest jeszcze ważniejszy niż u zawodnika z pola. Brakowało zatem stabilizacji; miał mecze lepsze, ale przytrafiały się też gorsze interwencje. Zimę przepracował na tyle solidnie, że teraz niesamowicie pomaga drużynie. Czego najlepszym dowodem jest jego postawa w Warszawie w spotkaniu z Legią i w Niecieczy z Termalicą, gdzie bez jego wkładu trudno byłoby o punkty. 

– Zatem Kamil Lech ma od kogo się uczyć?
– Przyszłość na pewno jest przed nim, zwłaszcza jeśli zastosuje się do trzech zasad: pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Przy sumiennym podejściu czas Kamila w ekstraklasie bez wątpienia jeszcze nadejdzie. 

– Po każdej kolejnej bramce Lipskiego, Monety czy udanym występie Helika nie przelatuje panu przez głowę, że moment ich odejścia z Ruchu jest coraz bliższy?
– Przelatuje… Trudno nawet o tym nie myśleć. Jeśli Patryk mimo młodego wieku jest już drugi sezon wyróżniającym się środkowym pomocnikiem w ekstraklasie, to trzeba liczyć się z tym, że znajdą się chętni, żeby go zatrudnić. Bo to kwestia naturalna. 

– Ma pan już w odwodzie ewentualnego następcę? Pytam, bo z jednej strony jest pan stałym dostawcą talentów na ligowy rynek, a z drugiej bieda nieustannie zmusza Niebieskich do poszukiwań.
– Biedę bym pominął; dziś wszyscy w Polsce szukają zdolnych chłopaków. Zarówno bogatsi, jak i ci, którzy mają nieco mniej pieniędzy. Pewnie, rozglądamy się i my. Jednoznacznej odpowiedzi jednak nie udzielę, a już na pewno nie dam gwarancji. Tacy zawodnicy jak Lipski nie rodzą się przecież z dnia na dzień. 

– Starzyńskiego szybko potrafił pan jednak zastąpić.
– Kiedy przychodziłem ponownie do Ruchu, to Patryk był już w Chorzowie od trzech lat i w grupach młodzieżowych był starannie przygotowywany do gry w pierwszym zespole. Wziąłem zatem Lipskiego na trening do pierwszej drużyny i oceniłem, że ma potencjał, który po kilku miesiącach pracy będzie można spokojnie wykorzystywać w ekstraklasie. Zmiana warty była więc wtedy błyskawiczna i bezbolesna w środku pola, ale to nie oznacza, że tak będzie się działo za każdym razem. Choć prawda jest też i taka, że w naszych realiach nadal wiele zależy od… przypadku. 

– Jest pan żywym zaprzeczeniem starej prawdy w polskim futbolu, że funkcja selekcjonera zupełnie zużywa trenera ligowego. Co prawda z Ruchem – jeszcze – o podium ponownie pan nie walczy, ale przez trzy lata na pewno znów ugruntował pan swoją pozycję w ligowej hierarchii. Dzięki wrodzonemu optymizmowi?
– W dużej mierze na pewno tak, ale po pierwsze – nie czułem się szkoleniowcem wypalonym, a po drugie – spełnionym, który już wszystkiego w życiu posmakował. Zdaję sobie sprawę, że moją osobę po pracy z reprezentacją postrzegano głównie przez ten pryzmat, i byli też tacy, którzy wyglądali już mojego ligowego końca, co jednak nie rzutowało na moje podejście do pracy. Jestem w takim wieku, i w takim punkcie kariery zawodowej, że wierzę, iż wiele dobrego wciąż jest przede mną. Nie mam wątpliwości, że jeszcze powalczę o coś więcej niż w obecnej rundzie. Choć niekoniecznie w Ruchu. 

– Czuje się pan na tyle młodo, że powrót do reprezentacji także nie jest kwestią wykluczoną?
– Ten temat już przerabiałem, więc nawet nie ustosunkuję się do pytania. Zostawmy, proszę, tę kwestię.

– Dlaczego? Nie osiągnął pan sukcesu z kadrą, ale też nie był to czas stracony.
– Aby sprawa była jasna – swoją pracę w reprezentacji porównuję do klubu, w którym następuje zmiana pokoleniowa. Proces trwa, tylko że w klubie trener pracuje tygodniami, czasami miesiącami, aż w końcu przychodzi moment, w którym widać jego rękę. Zespół powoli zaczyna funkcjonować prawidłowo, w końcu odpala i zaczyna wygrywać mecz za meczem. Budowa drużyny narodowej to także proces, tylko przebiegający inaczej. Po finałach Euro 2012 musiałem kadrę przebudować, wprowadzić kilku nowych zawodników, a spora grupa musiała nabrać doświadczenia w meczach o stawkę. Przecież ta drużyna rozegrała raptem trzy mecze w finałach ME. Grzegorz Krychowiak, Kamil Glik, Arek Milik, Piotrek Zieliński, Paweł Wszołek, Mateusz Klich, Kamil Grosicki – oni wszyscy dostali szansę w reprezentacji, i także dzięki temu zaczęli grać albo wręcz ugruntowali pozycję w klubach. Zwłaszcza Glik, który w Torino raz grał, raz nie grał, czy Krychowiak, który przeszedł do Sevilli. Oceny mojej pracy z reprezentacją mogą być różne, ale osobiście uważam, że absolutnie nie mam się czego wstydzić. Dziś to jest zupełnie inny zespół, doświadczony w eliminacjach mistrzostw świata i Europy, sprawdzony w Euro we Francji. 

– Tyle że złożony z wielu zawodników, których pan także miał do dyspozycji.
– Nazwiska są te same, ale zawodnicy nie są wcale tacy sami, bo ich kariery w klubach także są w innym punkcie. Dlatego wystawianie not za prowadzenie kadry wyłącznie poprzez pryzmat wyniku, bez wzięcia pod uwagę uwarunkowań pracy, nie jest sprawiedliwe. A nie wszyscy chcą się pochylić nad gruntowną analizą. Przecież Milik, który debiutował u mnie w meczu z Anglią, przeszedł do Leverkusen, a potem do Augsburga, gdzie nie grał, a odbudował się dopiero w Ajaksie. Grosicki, który dziś jest bardzo ważnym punktem w reprezentacji, w Sivassporze także pojawiał się na boisku w kratkę… 

– …a prawdą jest także, że po zmianie władz w PZPN nie mógł pan liczyć na wsparcie nowego prezesa Zbigniewa Bońka.
– Nawet nie wypada mi tego komentować… Nie byłem selekcjonerem z tego rozdania, więc siłą rzeczy inaczej być pewnie nie mogło. Dziś mam bardzo dobre relacje z prezesem Bońkiem, życie toczy się naprzód. I niech tak zostanie. Do nikogo nie mam żalu. 

– Nawet o to, że dziś sztab reprezentacji jest co najmniej dwukrotnie bardziej liczny niż podczas pańskiej kadencji?
– Zostawmy już przeszłość. Umawialiśmy się na wywiad o Ruchu, rozmawiajmy zatem o Ruchu.

– Skoro rozmawiamy kilka dni przed wylotem zespołu Adama Nawałki do Czarnogóry, nie mogę nie zapytać o pańskie wspomnienia z Podgoricy.
– Byłem na tamtejszym stadionie na wcześniejszym meczu pucharowym Śląska Wrocław z Buducnostią i już wówczas przekonałem się, jak żywiołowo potrafią zachowywać się miejscowi kibice. To była jednak tylko namiastka tego, co czekało reprezentację Polski pod moim kierownictwem. Sportowo zaczęliśmy mecz bardzo dobrze, ale obraz gry zupełnie zmieniły incydenty, do których zaczęło dochodzić na trybunach po objęciu przez nas prowadzenia. Nie wiem, czy gdyby teraz w stronę naszego bramkarza leciały krzesełka i petardy, spotkanie zostałoby dokończone. W innym miejscu kariery jest przecież Robert Lewandowski, którego zdrowiem nikt by już nie szafował. Ale i nasza federacja ma więcej do powiedzenia niż wtedy, jesteśmy inaczej, to znaczy lepiej, postrzegani po finałach Euro 2016. Wydarzenia na trybunach miały wpływ na chłopaków, przeciwnik przejął inicjatywę i odebrał nam prowadzenie. Przemek Tytoń na pewno był oszołomiony po rzuconej petardzie, zastanawialiśmy się na ławce, czy nie wprowadzić zmiany bramkarza. Ostatecznie wyrównaliśmy, a na remis na wyjeździe na tak gorącym terenie nikt nie wybrzydzał. Pozostaje jednak pytanie, co by było, gdyby nie doszło do wybryków na trybunach. Albo sędzia był liberalny także wobec nas, a nie tylko miejscowych kibiców i nie dał czerwonej kartki Ludo Obraniakowi, której wcale nie musiał dać. Tyle że dziś już nikt nie udzieli odpowiedzi….

– Pański zespół, mówię ponownie o Ruchu, imponuje jakością przygotowania motorycznego…
– …nawet w sytuacji, kiedy zimą straciliśmy trenera przygotowania motorycznego? Trochę żartuję, bo po tym, co przeżyliśmy z doktorem Jerzym Wielkoszyńskim, ja, mój brat Tomek i Marek Wleciałowski, liczę na to, że w kolejnych meczach pod względem fizycznym drużyna będzie prezentowała się co najmniej równie dobrze jak dotychczas. We trzech opracowaliśmy plan przygotowań, ponieważ musieliśmy. Leszek Dyja po rundzie jesiennej przeniósł się do GKS Katowice, więc teraz robimy z nim tylko badania wydolnościowe i szybkościowe. 

– Broni się pan przed mówieniem o biedzie w Ruchu, tymczasem to niespotykane, żeby specjalista w jakiejkolwiek dziedzinie wolał od klubu ekstraklasowego pierwszoligowy.
– I co ja mam powiedzieć? Mogę panu podać numer do Leszka, niech on dokładnie wytłumaczy, z jakiego powodu zmienił miejsce pracy. 

– Nie obawia się pan, że bez fachowego wsparcia piłkarzom może zabraknąć pary na którymś etapie walki o pozostanie w ekstraklasie?
– Doktora Wielkoszyńskiego poznaliśmy ponad 20 lat temu. Od tego czasu prowadziłem Widzew Łódź czy Polonię Warszawa i na podstawie tego, co wyniosłem z nauk mojego nauczyciela, spokojnie dawałem radę. Marek miał podobnie w Ruchu Chorzów i Piaście Gliwice, Tomek także współpracował z panem doktorem, więc dla nikogo nie jest to pierwszyzna. Choć prawdą jest, że aby wszystko zrobić dobrze, musieliśmy poświęcić na ten element więcej czasu niż na inne aspekty zimowych przygotowań. Nie oznacza to, że teraz możemy spocząć na laurach. Ten aspekt pracy z drużyną cały czas wymaga sporego zaangażowania.

– Świat w ostatnich latach poszedł niesamowicie do przodu, a metody doktora Wielkoszyńskiego wciąż się sprawdzają. Jak to wytłumaczyć?
– Pan doktor miał wykształcenie medyczne i sportowe. Był również bardzo wymagającym trenerem, łączył praktykę z wielką wiedzą. Umiał nakreślić ramy, ale często zmieniał detale. I to, co było obowiązujące w roku 1998, w roku 2000 już nie miało zastosowania. Dlatego ramy nadal są obowiązujące, natomiast szczegółowych rozwiązań trzeba za każdym razem szukać. 

– Na dłuższą metę jest pan w stanie pracować bez trenera od przygotowania motorycznego? Także w 2017 roku?
– Fachowiec w tej dziedzinie powinien być, i to bez dwóch zdań, w każdym profesjonalnym klubie. Wakat na tym stanowisku na pewno nam w Ruchu nie pomógł, ale zmusił do ogarnięcia niezagospodarowanej działki, przypomnienia sobie wielu kwestii i poszukania nowych rozwiązań. A to rozwija człowieka. Po prostu lubię swoją pracę i mam nadzieję, że nie ma takich okoliczności, które będą mnie w stanie do niej zniechęcić…

 


WYWIAD UKAZAŁ SIĘ W OSTATNIM (13/2017) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 28/2026

Nr 28/2026

Polska Ekstraklasa

Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży

Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.

2024.05.19 Krakow
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
N/z Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.05.19 Krakow
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie! Górnik Zabrze z kolejnym transferem!

Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!

2026.05.23 Zabrze
Pilka nozna PKO BP Ekstraklasa Sezon 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
N/z Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2026.05.23 Zabrze
Football Polish PKO BP Ekstraklasa League Season 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Reprezentant Polski zmienia klub! Zostały już tylko formalności!

Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Kryspin Szczesniak 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Cztery sygnały po Superpucharze. Jaki Lech przystępuje do sezonu?

Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.

2026.07.16 Poznan
Pilka nozna Superpuchar polski
Lech Poznan - Gornik Zabrze
N/z Mikael Ishak gol radosc bramka
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2026.07.16 Poznan
Football Polish Supercup 
Lech Poznan - Gornik Zabrze 

Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia przedłużyła kontrakt i wypożyczyła zawodnika

Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.

2025.08.03 Krakow
Pilka nozna , PKO BP Ekstraklasa sezon 2025/26
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
N/z Bartosz Biedrzycki
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2025.08.03 Krakow
Football Polish top league , 2025/2026 season
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
Bartosz Biedrzycki
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus
Czytaj więcej