Bruk-Bet Termalica Nieciecza do tej pory była ostatnią drużyną do dzisiaj, która nie zaliczyła jeszcze zwycięstwa w tym sezonie. Słonie po raz pierwszy dopisały sobie trzy punkty, a ich pierwszą ofiarą był Górnik Zabrze.
W dotychczasowych spotkaniach Bruk-Betu Termaliki z Górnikiem statystyka przemawiała na korzyść zabrzan. Z pięciu bezpośrednich meczów pomiędzy tymi ekipami Słonie wygrały tylko raz, a dwa razy triumfował Górnik i dwukrotnie padały remisy.
Faworyta dzisiejszego starcia trudno było wskazać. Z jednej strony mieliśmy zespół, który jeszcze nie wygrał w tym sezonie. Z drugiej była ekipa, która od początku rozgrywek gra w kratkę i nie wiadomo było, jaką dyspozycję dnia będą mieli górnicy dzisiaj.
Pierwsza połowa zapowiadała, że zespół Jana Urbana przyjechał do Niecieczy po komplet punktów. Górnik prezentował się zdecydowanie lepiej, kontrolował przebieg boiskowych wydarzeń i stwarzał sobie sytuacje bramkowe. Aktywny był Bartosz Nowak, który brał na siebie ciężar gry i sam dwukrotnie próbował zaskoczyć dobrze dysponowanego Łukasza Budziłka. Golkiper gospodarzy spisywał się bez zarzutu, a raz skórę uratował mu jeden z obrońców, który wybił piłkę zmierzającą do pustej bramki. Groźnie z rzutu wolnego uderzał Erik Janża, ale jego próbę świetnie odbił Budziłek.
W przerwie obaj trenerzy dokonali korekt w swoich składach. Mariusz Lewandowski wpuścił na boisko Ernesta Terpiłowskiego w miejsce Samuela Stefanika, a Jan Urban zdjął Piotra Krawczyka oraz Krzysztofa Kubicę, wpuszczając w ich miejsce Lukasa Podolskiego i Adriana Dziedzica.
Dziesięć minut po zmianie stron Górnik w końcu dopiął swego. Po rozegraniu rzutu rożnego piłka trafiła do Rafała Janickiego, który strzałem z bliskiej odległości zapakował piłkę pod samą poprzeczkę i wyprowadził przyjezdnych na prowadzenie.
Wydawało się, że kolejne trafienia dla gości będą tylko kwestią czasu. Zespół Urbana złapał właściwy rytm, atakował coraz śmielej i nagle gospodarzy pod tlen podpiął Manneh. Pomocnik Górnika zagrał piłkę ręką w polu karnym, sędzia został zaproszony przed monitor i po wideoweryfikacji wskazał na jedenasty metr.
Do piłki podszedł Piotr Wlazło, huknął w prawy róg, ale jego intencje wyczuł Grzegorz Sandomierski. Okazało się jednak, że golkiper Górnika zbyt szybko opuścił linię bramkową i jedenastka została powtórzona. Do futbolówki ponownie podszedł Wlazło, ponownie uderzył w prawą stronę, ale teraz jeszcze mocniej i nieco wyżej, Sandomierski poszedł w ten sam róg, ale już nie zdołał skutecznie interweniować. 1:1.
Nie minęło 120 sekund, a Słonie niespodziewanie wyszły na prowadzenie. Górnik był chyba oszołomiony tą sytuacją i dał się błyskawicznie zaskoczyć. Kukułowicz dośrodkował w pole karne, Śpiewak strącił piłkę głową i gospodarze objęli prowadzenie.
Pięć minut później na tablicy wyników było już 3:1. Podolski sfaulował w polu karnym Wasielewskiego, sędzia obejrzał sytuację na monitorze i podyktował kolejny rzut karny dla gospodarzy. Tym razem Wlazło pokonał Sandomierskiego już za pierwszym razem.
Miejscowi cofnęli się na swoją połowę i szukali swoich okazji w kontratakach. Górnik przez ostatni kwadrans stworzył w zasadzie jedną świetną okazję – w doliczonym czasie gry piłkę na 10. metrze dostał Toszewski, ale jego strzał przeszedł wysoko nad poprzeczką.
Gospodarze przynajmniej na kilka dni odpędzili ciemne chmury znad głowy trenera Lewandowskiego. Słonie wydostały się z ostatniego miejsca w tabeli, na które zepchnęły Górnika Łęczna.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.