Grzelczak: Trener zachęcił mnie do strzałów z dystansu
– Różnica punktowa między Widzewem a Zagłębiem jest nieduża, wynosi raptem jeden punkt. Jesteśmy od nich wyżej o jedno miejsce w tabeli. W ostatnim meczu Lubin przegrał, choć wyglądał lepiej od Śląska Wrocław. My gramy u siebie, ale niestety bez udziału publiczności. Jeżeli go wygramy, to zapewnimy sobie utrzymanie. Jednak nie patrzymy na to, co da nam to spotkanie. Naszym celem są trzy punkty – zapowiada przed meczem z Zagłębiem Lubin Piotr Grzelczak z Zagłębia Lubin.
Dwa mecze, dwie bramki. Chciałoby się powiedzieć, tylko tak dalej. Piotr Grzelczak: Jestem zadowolony z tego powodu. Szkoda tylko dwóch straconych punktów w ostatnim meczu. Na pewno zamieniłbym dwie moje bramki na zwycięstwo. Liczy się dobro zespołu.
Dlaczego nie udało się wam zdobyć kompletu punktów w ostatnim meczu? Do 80 minuty potrafiliśmy dobrze wykonywać polecone nam zadania boiskowe. Natomiast później, nie wiem. Na pewno sił nam nie brakowało. Może te dwie niewykorzystane sytuacje miały wpływ na to, co działo się w ostatnich minutach meczu. Pretensje możemy mieć tylko do siebie, że straciliśmy bramkę po stałym fragmencie gry, na co uczulał nas szkoleniowiec.
W pierwszej połowie meczu z GKS-em oddałeś bardzo dobry strzał z dystansu. Mało brakło, a zdobyłbyś podobną bramkę jak w meczu z „Jagą”. Trener powtarza mi, abym oddawał strzały z dystansu i tak staram się robić. W meczu z Jagiellonią ten strzał mi się udał. Z GKS-em również oddałem ciekawe uderzenie, ale wówczas bramkarz dobrze się zachował.
Jednak kilka minut później już udało ci się strzelić. Był rzut rożny dla nas, po którym głową uderzył Jarek Bieniuk. Ja już upadając na boisko, bo zawodnik GKS-u powalił mnie na ziemię, trąciłem piłkę piętą i tak przekroczyła linię bramkową.
W tym spotkaniu cały stadion skandował twoje nazwisko. Jak się wówczas czułeś? Jest to super uczucie. Jestem łodzianinem, wychowankiem Widzewa, to dla mnie jest nieprawdopodobne przeżycie, słyszeć swoje nazwisko. Na mecze przychodzą kibice, a my dla nich gramy, zdobywamy bramki i staramy dawać im radość.
W niedzielę czeka was mecz z Zagłębiem Lubin. Spotkanie z „Miedziowymi” nie będzie należeć do łatwych. Na pewno różnica punktowa pomiędzy naszymi zespołami jest nieduża, wynosi raptem jeden punkt. Jesteśmy od nich wyżej o jedno miejsce w tabeli. W ostatnim meczu Lubin przegrał, choć wyglądał lepiej od Śląska Wrocław. My gramy u siebie, ale niestety bez udziału publiczności. To będzie mecz przy pustych trybunach. Jeżeli go wygramy, to zapewnimy sobie utrzymanie. Jednak nie patrzymy na to, co da nam to spotkanie. Naszym celem są trzy punkty.
Jak trzeba zagrać, aby udało się spełnić wasz cel? Musimy dochodzić do sytuacji, których ostatnio mieliśmy sporo, ale najważniejsze jest, abyśmy je wykorzystywali. Musimy zagrać na zero z tyłu. Jeżeli tak zagramy, to na pewno coś z przodu strzelimy. Na brak sytuacji w ostatnich dwóch meczach nie można narzekać.
Liczysz po cichu na powiększenie swojego dorobku bramkowego? No na pewno, bo tak jak każdy napastnik, jestem rozliczany z bramek. Byłbym naprawdę szczęśliwy, gdyby udało mi się pokonać bramkarza rywali. Jednak jeszcze bardziej cieszyłbym się z trzech zdobytych punktów.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.