Gwiazda strącona z firmamentu, czyli jak na Stamford Bridge zabija się ikony
Najbliższe kilka miesięcy będzie czasem szczególnym dla ikony Chelsea FC Franka Lamparda. Jeden z najlepszych angielskich pomocników minionej dekady (a kto wie, czy nie najlepszy) już w czerwcu pożegna się ze swoim ukochanym klubem i swoje ostatnie lata sportowej kariery spędzi już poza Stamford Bridge. Niemożliwe? A jednak!
Żywa legenda
Mówisz Chelsea, myślisz Lampard – tak zapewne rozumuje wielu kibiców, którzy przez ostatnie kilkanaście lat śledzili rozgrywki Premier League. Anglik zadebiutował w barwach The Blues dokładnie 19 sierpnia 2001 roku w meczu przeciwko Newcastle United, który zakończył się remisem 1:1. Następnie rozegrał w lidze wszystkie 38 spotkań, w których strzelił osiem bramek i na Stamford Bridge już wiedzieli, że mają w drużynie ogromny talent. Od tego czasu minęło już mnóstwo lat, zmieniali się menedżerowie, przychodzili i odchodzili kolejni piłkarze, a Lampard ciągle trwał. W minioną sobotę rozegrał on w barwach londyńczyków swój mecz nr 581 i strzelił swojego 194 gola dzięki czemu zbliżył się już jedynie na osiem trafień do najlepszego snajpera w historii klubu Bobby’ego Tamblinga. Ten w latach 1959-70 strzelił dla The Blues 202 gole. Czy Lampardowi uda się go przegonić? Czasu nie zostało mu zbyt dużo, jednak jest on ostatnio w tak dobrej formie, że na pewno nie jest to w jego przypadku misja z rodzaju tych niewykonalnych.
No właśnie. Skoro już jesteśmy przy dyspozycji Lamparda, to aż dziw bierze, że na Stamford Bridge chcą pozbyć się lekką ręką tak dobrego zawodnika. Anglik mimo 34 lat na karku wciąż gwarantuje określoną i co najważniejsze wysoką jakość. Dlaczego więc Roman Abramowicz podjął decyzję o wystawieniu klubowej legendzie biletu w jedną stronę? Jest kilka czynników, które się na to mogły złożyć. Po pierwsze, pozycja Lamparda w klubie urosła przez te wszystkie lata do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie bez kozery mówi się dzisiaj, że obok samego Abramowicza, to właśnie Lamps i John Terry rządzą zespołem. Rządzą do tego stopnia, że to w dużej mierze przez ich bunt, z pracą przy Fulham Road musiał pożegnać się Andre Villas-Boas. Nie jest bowiem tajemnicą, że starszym graczom nie spodobały się nowego metody szkoleniowe Portugalczyka, co ostatecznie doprowadziło do jego zwolnienia, jednak nie spodobało się Abramowiczowi, który dzisiaj nie ma żadnych skrupułów, by w rewanżu „skasować” Lamparda. Drugi powód jest już nieco bardziej prozaiczny. Właściciel Chelsea konsekwentnie odmładza swoją kadrę, co oznacza, że nie ma w niej już miejsca dla 34-latka. Podobny los spotka zresztą niedługo Terry’ego i Ashleya Cole’a, a warto pamiętać, że w latach poprzednich ze Stamford Bridge żegnali się także Didier Drogba, Nicolas Anelka czy Michael Ballack.
Mój cyrk, moje małpy
Z takim, a nie innym stawianiem sprawy przez Abramowicza nie zgadzają się kibice Chelsea, którzy od kilku dobrych tygodni wspierają Lamparda i domagają się z trybun przedłużenia z nim umowy. Dla samego zawodnika są to bardzo ważne gesty, jednak nie ma się co oszukiwać, dla rosyjskiego oligarchy zdanie fanów nie ma najmniejszego znaczenia. Tak było w przypadku zwolnienia Jose Mourinho czy Roberto Di Matteo i tak też było jeśli chodzi o zatrudnienie nielubianego w niebieskiej części Londynu Rafaela Beniteza. „One man show” chciałoby się powiedzieć i wcale nie bylibyśmy daleko od prawdy. Można jedynie przypuszczać, że gdyby na ławce trenerskiej Chelsea zasiadał menedżer o silnej pozycji i charyzmie, jak nie przymierzając Sir Alex Ferguson, to mógłby on przekonać Abramowicza do zmiany zdania. Problem w tym, że przy Fulham Road nie ma takiego człowieka. No bo kto miały rozedrzeć koszulę i powalczyć o Lamparda? Benitez przy którego nazwisku wciąż widnieje dopisek „menedżer tymczasowy”? Bardzo wątpliwe.
Zachowanie właściciela The Blues może i musi budzić niesmak. W czasach, gdy przywiązanie do barw klubowych nie jest wcale taką oczywistą i często spotykaną sprawą, wyrzucanie z drużyny legendy, to zwykłe marnotrawstwo kapitału i niszczenie klubowej historii. Ok, Lampard wcale nie musiałby być w kolejnych sezonach postacią kluczową dla Chelsea, człowiekiem, od którego będzie się zaczynać ustalanie składu, ale czy nie mógłby jeszcze przez lata pełnić takiej roli jaką w Manchesterze United powierzono Paulowi Scholesowi i Rayanowi Giggsowi? Czy nie mógłby być Stevenem Gerrardem i Jamie’em Carragherem Chelsea? Oczywiście, że mógłby i stawiam dolary przeciwko orzechom, że pogodziłby się ze swoją rolą, a w trudnych momentach nadal mógłby być znaczącym piłkarzem w talii Beniteza, Guardioli czy jakiegokolwiek innego menedżera, z którego zdecyduje się skorzystać Abramowicz.
Ja wam jeszcze wszystkim pokażę
Rosjanin postanowił jednak inaczej i już w czerwcu Lampard będzie musiał pożegnać się z klubem, w którym święcił największe triumfy. Można się spodziewać, że będzie to bardzo emocjonalny rozbrat, ale tylko jeśli chodzi o Anglika i kibiców. Z samym Abramowiczem rozstanie się on raczej w dość chłodnej atmosferze i na pewno będzie chciał jak najszybciej pokazać właścicielowi Chelsea, jak bardzo się pomylił.
Okazja na to może przyjść szybciej niż się wszystkim zdaje, ponieważ angielskie media już donoszą, że swoje zainteresowanie Lampsem zgłosił sam Ferguson. Szkot jak mało kto potrafi pracować z doświadczonymi zawodnikami i jeśli uda mu się przekonać 34-letniego Lamparda do przejścia na Old Trafford i założenia czerwonego trykotu Manchesteru United, to zdoła jeszcze z niego wycisnąć wszystko co najlepsze. A Abramowicz? Jeszcze nie jeden raz będzie się musiał wstydzić, że potraktował ikonę swojego klubu jak zwykłego śmiecia.
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.