Arkadiusz Milik to złoty chłopak! Niezależnie od ostatecznych wyników plebiscytu na nagrodę Golden Boy wychowanek Rozwoju Katowice nie tylko może, ale powinien być tak odbierany przez kibiców polskiego futbolu. Z prostego powodu. Jeszcze niedawno martwiliśmy się o to, kto może być w reprezentacji Polski dublerem Roberta Lewandowskiego, a teraz o wiele bardziej zasadne jest pytanie: kiedy Arek dogoni Lewego?! Dlatego nie mieliśmy żadnych wątpliwości, który z naszych piłkarzy zasługuje na szczególne potraktowanie w świątecznym numerze tygodnika „Piłka Nożna”. Zapraszamy do lektury, bo nakreśliliśmy taki portret Milika, jaki wcześniej znało bardzo niewiele osób. Naprawdę bardzo mało…
Miał osiem lat, gdy jego brat głosił wśród swoich znajomych odważną tezę. – Zobaczycie, Arek będzie grał w przyszłości w reprezentacji – mówił, po czym wszyscy go wyśmiewali i kazali zejść na ziemię. Teraz Arek strzela gole dla kadry, a ci sami znajomi klepią Łukasza po plecach i powtarzają, że przed kilkoma laty miał nosa. – Dzisiejsza pozycja i forma Arka to efekt wielu lat ciężkiej pracy i wyrzeczeń – mówi „PN” Łukasz Milik. – To nie kwestia nosa, to kwestia głowy.
Arek nie miał łatwego dzieciństwa. Gdy był w zerówce, rodzinę opuścił ojciec. W domu się nie przelewało. Na osiedlu „N” w Tychach o złe towarzystwo nie było trudno, szczególnie gdy w domu brakowało silnej, ojcowskiej ręki. W alkohol, papierosy, a później mocniejsze atrakcje wpaść można było niepostrzeżenie, kto więc wie, czy w ogóle powstałby ten artykuł, gdyby nie Sławomir Mogilan, były obiecujący piłkarz, do dziś pracujący w Rozwoju Katowice jako trener młodzieży, oraz Łukasz, brat Arka.
Mogilan anioł stróż
– Jestem osobą, która przy Arku trwa od zawsze. Śledziłem jego rozwój, ale jego aniołem stróżem raczej bym siebie nie nazwał. Takie określenie lepiej pasuje do Sławka, z którym już wtedy się przyjaźniłem – mówi „PN” Łukasz. – Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy Arek chodził za nami i prosił, żeby zapisać go na treningi. Wówczas byliśmy dla niego autorytetami, bo sami kopaliśmy piłkę – wspomina.
Łukasz na osiedlu z kolegami w piłkę grał często, Arek w tym czasie bawił się w piaskownicy. – Udawał, że interesuje go taplanie się w piachu, ale kątem oka spoglądał na nas i wyczekiwał sytuacji, w której brakowałoby nam jednej osoby do gry. Często zdarzało się, że wyciągaliśmy go z tej piaskownicy. Gdybyście tylko mogli widzieć, jak on się cieszył, gdy udawało mu się strzelać gole, grając z o wiele starszymi kolegami… A strzelał ich dużo, bo przeważnie stał w napadzie i gdy tylko dostawał piłkę, lał po bramce bez litości. Od dziecka miał młotek w tej lewej nodze – wspomina Łukasz. Zresztą z koordynacją i z panowaniem nad futbolówką też od dziecka nie miał kłopotów. Być może był to efekt treningów z… psem, bokserem. – Bawiliśmy się z naszym psem, który szalał, gdy widział piłkę. Gdy tylko do niej dopadał, od razu ją przegryzał. Trzeba było szybko nią operować, żeby mieć później czym grać z kolegami – dodaje brat Arka.
Z zapisaniem młodego na treningi nie było jednak wcale łatwo, bo w Tychach nie było wówczas drużyny w odpowiednim dla Arka roczniku. W końcu, gdy w Rozwoju Katowice powstała grupa rocznika 1991, Mogilan zaproponował, aby chodzącego wówczas jeszcze do przedszkola Arka zapisać na zajęcia z o trzy lata starszymi dziećmi. I tak się to zaczęło. Mogilan oprócz tego, że stał się przyjacielem rodziny i młodego chłopaka traktował niemal jak własnego syna, pilnował piłkarskiego rozwoju utalentowanego dziecka.
Priorytet był zawsze jeden – piłka. Już w podstawówce nauczycielki miały do mamy Arka pretensje, że ta tak często zwalniała go z lekcji. Ale na treningi z Tychów do Katowic trzeba było jakoś dojechać, a to przecież ponad 20 kilometrów. Autobusem, jeszcze gdy nie mógł tego robić sam, jeździł razem z bratem albo Mogilanem, ale przeważnie to ten drugi brał na siebie ten obowiązek.
– Pewnego dnia Sławkowi zepsuło się auto, ale Arek treningów nie mógł opuszczać. Sławek z pracy w kopalni w Katowicach wracał więc do Tychów 50 minut autobusem, tylko przekazywał matce siatki z zakupami, zabierał Arka z przystanku i jechał z nim z powrotem do Katowic – opowiada starszy Milik. Kolejna godzina spędzona w autobusie tylko po to, żeby młody nie opuścił zajęć.
Dla Arka świat poza futbolem nie istniał. Pewnego razu wracał samochodem wraz z Mogilanem i bratem ze sportowego obozu w Chybiu. Dzień wcześniej zjadł zapiekankę, którą strasznie się zatruł. – W drodze do Katowic zwymiotował. Jak to w takich dość nieoczekiwanych sytuacjach bywa, problem był spory, bo Arek nie oszczędził niczego i nikogo w odległości metra od siebie, a od razu z samochodu zaplanowana była przesiadka w pociąg do Włocławka, bo wraz z drużyną miał jechać na turniej. Namawialiśmy go, żeby został w domu, bo jest chory, na dodatek nie ma czystej kurtki. Arek się jednak zawziął, koniecznie chciał zagrać i pomóc kolegom – opowiada Łukasz. W końcu rodzice innych chłopaków z drużyny poratowali Arka czystą kurtką, wraz z bratem wsiadł do pociągu i pojechał na zawody. Cały pierwszy dzień młody piłkarz przeleżał w łóżku, dopiero w drugi dzień turnieju wyszedł na boisko. – Sytuacja jest zabawna, ale pokazuje, jaki jest Arek i jaki ma stosunek do futbolu: to gość krnąbrny i uparty, a w piłce jest zakochany na zabój – mówi starszy Milik.
Arkadiusz wraz z trzecioligowym Rozwojem i Mogilanem jeszcze w czasach, gdy był juniorem, zjechał pół Polski. Po latach wspominał, że były to dla niego piękne czasy. W przerwie wychodził na murawę i strzelał rzuty karne rezerwowym bramkarzom. – Miałem wrażenie, że patrzy na mnie cały stadion – mówił niedawno piłkarz. Był wtedy maskotką drużyny.
Gdy Arek był na tyle duży, aby do Katowic dojeżdżać samemu, na zbiórkę przed jednym z meczów wyjazdowych wybrał się już bez asysty. Z przystanku autobusowego miał około 10 minut na stadion, tam czekać miał na resztę zespołu i wyjazd. Autokar z całą drużyną o umówionej godzinie pojawił się pod stadionową bramą, ale po Arku nie było śladu. – Zaniepokojony Sławek zadzwonił do mnie z pytaniem, gdzie się podział Arek. Momentalnie wsiadłem do autobusu i przejechałem trasę Tychy – Katowice, żeby sprawdzić wszystkie przystanki. Szukaliśmy go wszędzie, w nerwach Sławek uderzył jeszcze samochodem w słupek i rozbił zderzak. Dopiero po dwóch godzinach wpadliśmy na pomysł, żeby zadzwonić na recepcję stadionu w Imielinie. Okazało się, że zagubionego Arka jeszcze w Katowicach zgarnął autokar z drużyną, a trener nas o tym nie poinformował. Młody zagrał, strzelił nawet kilka goli, a ja ze Sławkiem, nieświadomi, jak dwa osły, szukaliśmy go po całych Katowicach – wspomina ze śmiechem Łukasz.
Prezenty z Łazienkowskiej
Milik jako zawodnik prowadzony był dość specyficznym systemem. Specyficznym, bo przeważnie nie zdarza się, aby szkoleniowcy chronili piłkarzy przed nadmiarem gier. Jego trener zdecydował jednak, że dla dobra zawodnika trzeba było odrobinę ograniczyć ilość zajęć, obozów, zgrupowań i meczów, w których brał udział. Od czasu do czasu zdarzało się więc, że opuszczał mecze kadry Śląska. – Arka rozwój był monitorowany. Szkoleniowiec robił wszystko, żeby nie miał za dużych obciążeń. One były i tak bardzo duże w Rozwoju. Jeździł w klubie na bardzo dużo wyjazdów, jego drużyna z rocznika ’94 miała wygranych 50 turniejów, w to wliczają się zawody i w Polsce, i za granicą – mówi brat piłkarza. Kto wie, być może takie prowadzenie kariery Arka ma wpływ na jego dzisiejsze zdrowie. Odpukać – na razie nie narzeka na kontuzje.
Łukasz Milik nie chce wyolbrzymiać swojego wpływu na karierę brata. – Nazwałbym się raczej jego wiernym kibicem – mówi. – Nie było miejsca, w którym mnie za nim nie było. Pamiętam nawet jego pierwszy ligowy mecz. Wtedy jeszcze sam grałem w piłkę, poprosiłem więc mojego trenera, żeby zwolnił mnie po pierwszej połowie. Później z językiem na brodzie gnałem na autobus, żeby wyrobić się na mecz w Katowicach. Rozwój grał wtedy z GKS. Arek zaliczył dobre zawody.
Podobnych wyjazdów było zresztą o wiele więcej. Po zakończeniu rundy w III lidze Arek testowo zaliczył dwa mecze w Młodej Ekstraklasie w barwach Górnika Zabrze. – Pamiętam to jak dzisiaj. O szóstej rano jechałem pociągiem do Kielc, żeby tylko zobaczyć, jak Arek da sobie radę. Było przeraźliwie zimno – wspomina starszy Milik. – Wracać na Śląsk też miałem pociągiem, ale Górnik zaprosił mnie do wspólnego powrotu. Wróciłem z drużyną autokarem.
To był czas, w którym decydowały się losy Milika. W tym samym momencie duże zainteresowanie napastnikiem wyrażały dwa wielkie kluby – Legia Warszawa i Górnik. I wcale nie brakowało wiele, by młody lewonożny napastnik trafił na Łazienkowską. – Przed świętami dostaliśmy zaproszenie do Warszawy. Zwiedziliśmy stadion, dostaliśmy prezenty, po czym wróciliśmy na Śląsk. W tym samym czasie pojawiła się opcja, żeby Arek pojechał z Młodą Legią na obóz. Gdy więc wrócił z testów w Tottenhamie, od razu poleciał z Legią do Włoch – opowiada Łukasz.
Ostatecznie jednak zdecydował się na podpisanie kontraktu z Górnikiem. Kluczową postacią dla przejścia Arka z Rozwoju do Górnika Zabrze był Tomasz Wałdoch. – Spotkaliśmy się z nim wielokrotnie. Zapewniał nas, że dla Arka Górnik będzie najlepszą możliwą opcją. Jak się okazało, miał rację – wspomina starszy Milik. Rozwój, szczególnie rocznik 2001, Milik wspiera jednak do dzisiaj, nie zależy mu jednak na rozgłosie.
Porównywalny tylko do Brożka
Kiedy Adam Nawałka po raz pierwszy zobaczył Arka na treningu Górnika, doznał… deja vu. To znaczy, że wcześniej widział już piłkarza o podobnym potencjale w mniej więcej podobnym wieku. Ten pierwszy nazywał się Paweł Brożek i w analogicznym okresie kariery miał bardzo podobne parametry do Milika. Czyli nie tylko kontrolę nad piłką, ciąg na bramkę, zmysł do gry, ale i kreatywność. Obu wypatrzonych przez obecnego selekcjonera młokosów różniła tylko noga, którą zagrywają i strzelają (w przypadku Brozinha prawa). To znaczy na pierwszy rzut oka różniła tylko noga, bo podstawowa odmienność okazała się zupełnie inna. W języku Nawałki nosi nazwę: zdrowotność.
Młodzi czytelnicy nie mają prawa tego pamiętać, ale Nawałka w połowie lat 70. był uznawany za nie mniejszy talent niż obecnie Milik. Wtedy był porównywany tylko do jednego polskiego rówieśnika, mianowicie do Zbigniewa Bońka. O ile jednak Zibi zrobił międzynarodową karierę, a nawet – wręcz oszałamiającą – o tyle obecnemu selekcjonerowi zabrakło właśnie… zdrowotności. Nękany przez kontuzje, apogeum formy osiągnął w wieku 22 lat i przedwcześnie zakończył grę na wysokim poziomie. Dlatego później, już jako trener, zwracał szczególną uwagę na ten aspekt u zawodników, których prowadził. Bo wiadomo – jeśli ktoś nie ma odpowiedniego zdrowia, nie rozwinie się na miarę własnego talentu. I o ile Brożek, a podobnie skonstruowany jest również jego brat bliźniak Piotr, po tygodniu intensywnych treningów musiał trzy dni odpoczywać, o tyle młody Milik okazał się pod tym względem… cyborgiem.
Zatem miłość od pierwszego wejrzenia, którą ówczesny trener Górnika zapałał do umiejętności 16-latka, z biegiem tygodni tylko nabierała intensywności. Okazało się bowiem, że zawodnik ma ogromny zapał do pracy, nie wyobraża sobie opuszczania treningów, a poza tym nie tylko nie łapie urazów, ale też świetnie się regeneruje, bo ma końskie zdrowie. A skoro dwa niezbędne do gry na wysokim poziomie parametry zgadzały się w przypadku nastolatka wychowanego w Rozwoju (Nawałka miał powiedzieć już po pierwszych zajęciach: – To będzie światowy piłkarz. Ma papiery, co widać gołym okiem!), niedziwne, że zrobił wszystko, aby nie dać się ograć Legii w wyścigu po kartę Arka.
I to w sytuacji, gdy wyjściowe położenie Górnika nie było wcale dobre. Zabrzanie już wówczas mieli przecież spore kłopoty finansowe, a budżet nieporównywalny, oczywiście o wiele niższy od stołecznego konkurenta. Na dodatek na stole wcale nie leżały frytki, bo nie dość, że Legia była skłonna zapłacić Milikowi za podpis pod kontraktem 150 tysięcy złotych, to jeszcze comiesięcznie 12,5 tysiąca złotych pensji. Co byłoby ewenementem nawet dziś, przecież Krystian Bielik, który uzgodnił już swoje warunki przeprowadzki do Arsenalu za około 1,6 miliona euro, w akademii z Łazienkowskiej pobierał stypendium poniżej 3 tysięcy złotych. A to oznacza, że stołeczni skauci, z dyrektorem Jackiem Mazurkiem na czele, który osobiście miał wydać zgodę na tak wysokie pobory młokosa, także widzieli w nim rzadko spotykany potencjał. Problem polegał jednak na tym, że trener Maciej Skorża w tamtym okresie nie widział miejsca dla uzdolnionego lewonożnego napastnika w pierwszym zespole. Z kolei Milik – nie chciał już bawić się w futbol półamatorski, nawet jeśli miałby to robić z zawodnikami w wieku młodzieżowca.
Dlatego uszanował propozycję Górnika – nie tak dobrą finansowo, a wedle informacji „PN” pierwszy kontrakt w Zabrzu gwarantował nastolatkowi pensję na poziomie 8 tysięcy złotych – którego trener od początku obiecywał miejsce w pierwszej drużynie i coraz częstszą grę. Być może zabrzanie wyasygnowali wyższą kwotę za podpis młodego gracza i jego prawnych opiekunów pod umową, ale na ostatecznej decyzji bardziej zaważyła na pewno jasno nakreślona ścieżka sportowego rozwoju. Wymagająca – jak wspomina ówczesny klubowy trener Arka – w tamtym okresie większego natężenia pracy nad głową napastnika niż nad nogami, które były już przygotowane do gry na ligowym poziomie. I to dzięki wykonanej wówczas robocie Milik ze spokojem i dystansem był w stanie znosić miejsce na ławce rezerwowych w Ajaksie i wcześniejsze niepowodzenia w Niemczech, a także inwektywy i prowokacje ze strony kibiców Legii, które zdarzyły się na niedawnym meczu amsterdamczyków z ADO Den Haag. Słowem – jest nie tylko dobrze przygotowany na niecodzienne i ekstremalne sytuacje na boisku, ale też odpowiednio odporny na stres.
Ba, dzięki pracy mentalnej wykonanej pod kierunkiem Nawałki Milik zyskał tak wielką samoświadomość, że jako pierwszy spośród kolegów z kadry poprosił Lewandowskiego o przepis na właściwe żywienie. A od kiedy dostał jadłospis przygotowany przez żonę Roberta, Anię, we współpracy z dietetykiem Jackiem Kucharskim, co miało miejsce jeszcze przed meczem z Niemcami, notuje nieustanny progres.
Niemiecki zjazd
Zanim jednak nadeszły splendory, kariera mocno wyhamowała. Do Niemiec trafił w grudniu 2012 roku, z Bayerem Leverkusen związał się aż 5,5-roczną umową. – Widzimy w tym chłopaku wielki potencjał. To przyszłość Bayeru – mówił Rudi Voeller tuż po złożeniu przez Polaka podpisu pod umową. Milik w rozmowie z „PN” mówił wówczas, że zdaje sobie sprawę, że o miejsce w składzie będzie mu ciężko, ale wyjazd na Zachód traktuje jako kolejny krok w dynamicznie rozwijającej się karierze. Mimo że w treningu wyglądał solidnie od samego początku, czyli zimowego obozu przygotowawczego na Półwyspie Iberyjskim (zdradził to między innymi Andrzej Buncol, który w Leverkusen został wyznaczony do opieki nad Arkiem w jego początkowym okresie za naszą zachodnią granicą), na regularną grę nie miał większych szans. W drużynie był przecież Stefan Kiessling, prezentujący genialną formę strzelecką, na dodatek sztab szkoleniowy preferował ustawienie z jednym klasycznym napastnikiem. Niemiecki snajper kroczył więc w kierunku korony króla strzelców, a Milik zadowolić się musiał ligowymi ogryzkami. Łącznie przez całą rundę wiosenną sezonu 2012-13 zaliczył zaledwie 55 minut na boisku, taki wynik uzbierał w sześciu meczach. – Trafiłem na czas, w którym Stefan Kiessling był nie do wygryzienia ze składu – mówił później na naszych łamach Milik.
Nadzieja pojawiła się, gdy do Augsburga na wypożyczenie ściągnąć go chciał Markus Weinzierl. Szkoleniowiec zespołu z Bawarii, nawet pomimo faktu, że Milik w sierpniu zmagał się z kontuzją, zaparł się i wymusił na kierownictwie klubu ściągnięcie młodego napastnika. Polak w Augsburgu grał o wiele więcej niż na BayArenie, ale furory tam nie zrobił. W końcu, dość nieoczekiwanie, został odsunięty przez sztab szkoleniowy. – Z premedytacją zostałem odsunięty od gry tylko przez to, że nie byłem zawodnikiem FC Augsburg, a przebywałem w zespole jedynie na wypożyczeniu. Uważam, że nie było to fair wobec mnie – powiedział nam Milik w maju, gdy pewne było już jego odejście z Augsburga i wypożyczenie do Amsterdamu. Co jednak ciekawe, klub z Augsburga chciał przedłużyć pobyt Polaka w Bawarii. – Przed ostatnim meczem ligowym w Niemczech zostałem zaproszony na rozmowę z szefostwem klubu, które zaproponowało wykupienie mnie z Bayeru Leverkusen. I szczerze powiem, że być może podjąłbym decyzję o pozostaniu w Augsburgu, bo to klub, który dawałby mi możliwość rozwoju na poziomie Bundesligi, ale po tym jak klub zachował się wobec mnie, nie byłem zainteresowany – zdradził nam zawodnik. – Miałem wiele ciekawych ofert, więc przedłużenie przygody z Augsburgiem nie wchodziło w grę.
– Dla Arka czas spędzony w Augsburgu nie był łatwy, bo każdy piłkarz ma zawsze wielkie ciśnienie, żeby grać. Szczególnie taki młody, któremu zależy na rozwoju. To jest jednak chłopak zbudowany ze stali, nie łamał się. Ostatecznie doprowadziła go ta postawa tu, gdzie jest, czyli do pierwszego składu Ajaksu – mówi z kolei jego brat.
Kwestia przeprowadzki do Amsterdamu była przesądzona już na początku maja. Ajax obserwował Polaka od wielu miesięcy. – Na meczach Arka bywałem często, w zasadzie na każdym widziałem te same osoby. Dopiero później dowiedziałem się, że byli to skauci Ajaksu, którzy przyjeżdżali specjalnie po to, żeby obserwować brata. Klub z Amsterdamu bardzo go chciał – wspomina Łukasz.
Zaraz po tym, jak Milik na dobre odpalił w Amsterdamie, dziwić mogło, że Bayer nie starał się nawet przez chwilę sugerować, że postara się o ściągnięcie z powrotem w swoje szeregi polskiej gwiazdy. – Chcę, żeby Ajax mnie wykupił – rzucił natomiast w rozmowie z nami Milik. Reprezentant Polski może sobie pozwolić na takie deklaracje, w końcu jest już podobno po słowie z działaczami Ajaksu, a ci mają przecież opcję pierwszeństwa przy podejmowaniu decyzji o przyszłości Milika. Jeśli więc Holendrzy zapragną mieć w swoich szeregach na dłużej lewonożnego piłkarza, Bayer nie będzie w stanie zablokować tej transakcji. Działacze Aptekarzy oddali Milika bez walki, nic więc dziwnego, że teraz starają się nie zabierać głosu w tematach, w których polegli na całej linii.
Pech Sagana fartem Milika
Przed startem wyścigu europejskich klubów o napastnika, walka o zawodnika trwała w kolejnych reprezentacjach Polski. Był czołową postacią drużyny do lat 19, która w 2013 roku, wzmocniona o czołowe postacie zespołu brązowych medalistów młodzieżowych mistrzostw Europy U-17 rozegranych rok wcześniej, walczyła w miniturnieju w województwie pomorskim o awans do kolejnego czempionatu Starego Kontynentu. – Sprawa wygląda tak, że są ustalone priorytety i mój zespół jest dopiero trzeci w hierarchii. Szkoda, bo sprawa naszego awansu rozegra się właśnie teraz – mówił na łamach „PN” ówczesny trener zespołu U-19 Marcin Sasal, komentując sytuację wypadnięcia z jego drużyny powołanego do kadry A Piotra Zielińskiego i Milika przesuniętego do zespołu do lat 21 rozpoczynającego eliminacje turnieju Euro.
Młodszy o dwa lata od reszty kolegów w zespole Marcina Dorny stał się jego centralną postacią. W eliminacjach zagrał w sześciu meczach, przebywając na boisku przez 517 minut, oddając 28 strzałów, strzelił dziewięć goli – więcej od Alvaro Moraty, króla strzelców dwóch młodzieżowych turniejów o mistrzostwo Starego Kontynentu, w ostatnim letnim okienku transferowym bohatera transferu wartego 20 milionów euro z Realu Madryt do Juventusu Turyn. Tytuł najskuteczniejszego zawodnika przegrał o trafienie z Anglikiem Saido Berahino z West Bromwich Albion, który na boisku spędził ponad 280 minut więcej.
– Na Malcie strzeliłem swojego pierwszego hat tricka w życiu, w kolejnym drugiego, miałem naprawdę dobry dwumecz. Nie rozmawiałem z trenerem Nawałką o powołaniu do pierwszej reprezentacji. Dobrze się znamy, zawdzięczam mu w swojej karierze bardzo dużo, przecież to on na mnie postawił jako pierwszy w poważnej piłce. Nie miałem problemu, żeby przyjechać na zgrupowanie kadry młodzieżowej i zagrać w meczach tej drużyny, bo czuję się jej częścią i uważam, że jesteśmy bardzo blisko awansu na mistrzostwa Europy – mówił piłkarz na naszych łamach po zwycięskim 3:1 eliminacyjnym meczu z Grecją w Krakowie w listopadzie 2013 roku. Wtedy musiał tłumaczyć się, jak widzi swoje miejsce w kadrze A. Jeszcze nikt nie wyobrażał sobie miejsca na boisku dla obu zawodników.
– Pierwszeństwo zespołu trenera Nawałki, podobnie jak wcześniej Waldemara Fornalika, nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Promocja zawodników do pierwszej reprezentacji to element pracy, z którego jesteśmy rozliczani, i cieszę się, że tyle dobrego mówi się o zawodnikach U-21 – tłumaczył trener Dorna. Wiadomo było, że ostatni mecz eliminacyjny jego zespołu – we wrześniu z Grekami na wyjeździe – będzie kolidował ze zgrupowaniem pierwszej reprezentacji zaczynającej kwalifikacje Euro 2016 we Francji meczem z Gibraltarem. Poziom przeciwnika wystartował dyskusję o sensie zabierania Milika z teamu do lat 21. Ale to był element większego planu Nawałki przed październikowym dwumeczem z Niemcami i Szkocją oraz dowód na to, że Lewy do spółki z Milikiem mogą jednocześnie funkcjonować na boisku. Słaba gra 20-latka z Gibraltarem i wysoka porażka w Grecji wywołały falę krytyki przelaną potem na zachwyty po strzeleniu przez napastnika pierwszego gola w historycznym zwycięstwie nad Niemcami. Drogę do tego występu zaczął jeszcze, gdy selekcjonerem był Fornalik. Na dwumecz z Republiką Południowej Afryki i Anglią zastąpił w trybie nagłym Marka Saganowskiego, u którego wykryto problemy kardiologiczne.
Nasz złoty chłopak nie osiągnął jeszcze oczywiście sportowego apogeum, potencjał ma porównywalny do swego idola z kadry, czyli Lewandowskiego. Arek już wie, jak radzić sobie z przeciwnościami losu. Przy okazji – nie zakochał się w sobie z wzajemnością także wówczas, gdy okazało się, że potrafi wyręczać Roberta w zdobywaniu bramek w kwalifikacyjnych starciach z najtrudniejszymi grupowymi rywalami, a statystyki w Ajaksie ma lepsze niż Ibra i Luis Suarez w jego wieku. To jednak nie oznacza, że – jak mawia selekcjoner Nawałka – swojej sodówki jeszcze nie posmakuje. Bo każdy musi wypić jej tyle, ile mu pisane, i jeszcze nikt przed takim pragnieniem się nie obronił. Zwłaszcza w tak młodym wieku, w jakim znajduje się AM. Najważniejsze jednak, iż z góry wiadomo, że nawet gdyby tak się stało, Milik będzie wiedział – bo już to wie (i to mimo że nie jest absolwentem technikum kolejowego) – jak szybko, sprawnie i bezboleśnie wrócić na właściwe tory. Dzięki odpornej psychice i wypracowanej w Zabrzu mocnej głowie. Głównie jednak – dzięki wrodzonej zdrowotności…
Paweł Kapusta, Adam Godlewski Współpraca: Michał Czechowicz
Jakub Błasczykowski po Gali Tygodnika „Piłka Nożna”. „Myślałem, że wygra Oskar Pietuszewski”
Jednym ze znakomitych gości Gali 2026 był Jakub Błaszczykowski, który do hotelu Hilton przybył wraz z małżonką Agatą. Piłkarz Roku 2010 i 2012 chętnie skomentował tegoroczne nagrody.
Co z Pietuszewskim w reprezentacji? Jan Urban zabiera głos!
Oskar Pietuszewski jest ostatnio na ustach wielu kibiców, chcących zobaczyć go w pierwszej reprezentacji. O młodym talencie FC Porto wypowiedział się selekcjoner Jan Urban.
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarz Roku 2025 – Robert Lewandowski
Czy Robert Lewandowski jest najlepszym piłkarzem w historii Polski, pozostaje kwestią otwartą. W futbolu nie ma obiektywnej miary pozwalającej szacować klasę poszczególnych sportowców, każdy ma prawo do subiektywnego spojrzenia i własnego wyboru. Być może ktoś, kiedyś, przez krótki czas grał lepiej niż Lewy. Natomiast nie ma żadnych wątpliwości co do trzech kwestii:
Gala Tygodnika „Piłka Nożna”. Piłkarka Roku 2025 – Ewa Pajor
Po raz szósty w karierze i czwarty z rzędu Ewa Pajor została wybrana Piłkarką Roku w plebiscycie tygodnika „Piłka Nożna”. Po takich 12 miesiącach w jej wykonaniu po prostu nie mogło być inaczej.