Neapol
był przygotowany na najazd z północy. Tyle że z tej odleglejszej niż
Turyn. Z gotówkowej propozycji Arsenalu wzmocnionej o napastnika Olivera
Giroud Aurelio de Laurentiis śmiał się jak z produkowanych przez siebie
komedii.
Bez upustu
Na pożegnanie zamachał przed
nosami londyńskich wysłanników klauzulą odstępnego. 94 miliony 736
tysięcy i ani euro mniej za Gonzalo Higuaina. Ta kwota odstraszała od
argentyńskiego skarbu skuteczniej niż spuszczone ze smyczy bulteriery.
Pod Wezuwiuszem zrobiło się spokojniej. Nie na długo. Do akcji wkroczył
Juventus.
15 lipca tytuły wszystkich sportowych dzienników
krzyczały na czerwono o zamiarach Starej Damy wobec Higuaina. 70
milionów i reszta wypłacona w osobach Simone Zazy, Roberto Pereyry i
Mario Leminy miały załatwić sprawę po jej myśli i samego piłkarza, który
ustami brata-menedżera Nicolasa dawał do zrozumienia, że marzy mu się
klub o większym potencjale niż Napoli. De Laurentiis zbył pogłoski
słowem: głupstwa, ale wszyscy wiedzieli, że jeśli ktoś blefuje, to on.
Juventus grał w otwarte karty.
Trzy dni później doszło do
spotkania na szczycie: De Laurentiisa z panem od transferów przez
wielkie T, czyli Giuseppe Marottą. I co? Kibice mieli jeszcze większy
mętlik w głowie. W tamto poniedziałkowe popołudnie obaj zgodni byli co
do tego, że Juventus nie zamierza zapłacić klauzuli odstępnego. – Na
razie – na odchodne rzucił Marotta i zabawa w ciuciubabkę trwała w
najlepsze.
W Turynie działali w myśl zasady, że wielkie pieniądze wymagają ciszy, a De Laurenttis gadał bez umiaru. Zapewniał wątpiących, że Higuaina ciągle obowiązuje dwuletni kontrakt i 25 lipca stawi się na zgrupowaniu. Odwoływał się do sumienia Argentyńczyka, który przecież nie mógł zdradzić bezgranicznie oddanych mu neapolitańczyków. I jeszcze raz się okazało, że im kto głośniej i częściej zaprzecza, tym staranniej ukrywa prawdę. 22 lipca dyrektorska delegacja Juventusu wylądowała w Madrycie. Dopilnowała, żeby Higuain przeszedł w jednym ze szpitali testy medyczne i dopięła szczegółów transferu z jego bratem. Król strzelców poprzedniego sezonu chciał odejść, to odszedł. Juventus zdecydował się zapłacić 90 milionów, to zdanie De Laurentiisa nikogo już nie interesowało.
Ano właśnie – 90, a nie więcej, ponieważ po uważnym wczytaniu się w umowę wyszło, że kwotą 94 milionów 736 tysięcy obciążony zostałby Higuain, gdyby sam zerwał kontrakt. Natomiast kiedy kupował go inny klub, cena spadała do okrągłej sumki. Tak stanowił jeden z paragrafów i nikt Juventusowi w Neapolu upustu nie dał. Jeszcze by tego brakowało.
Kampania nienawiści
W
Neapolu zadrżała ziemia. Gdyby gniew kibiców mógł poruszyć Wezuwiusz, to
wulkan eksplodowałby z nigdy wcześniej nie widzianą siłą. – Jeśli miał
już odejść, to wszędzie, tylko nie do Juventusu – niosło się przez całą
Kampanię. Tego mu południowcy nie wybaczą. Z dnia na dzień plakaty z
jego wizerunkiem i koszulki z nazwiskiem wylądowały na dnie klozetów, na
tylnych drzwiach śmieciarek i we wszystkich najobskurniejszych
miejscach, jakie tylko można sobie wyobrazić. Z ręką w nocniku zostali
ci, którzy nosili tatuaż z wizerunkiem idola-zdrajcy.
Północ
znów wykiwała Południe. Argentyńczyk morze na góry zamienił na pięć lat,
za pensję w wysokości 7,5 miliona euro rocznie plus trudne do
wyobrażenia luksusy i do policzenia bonusy. Jest największym, który
poszedł pod prąd, ale nie pierwszym. W latach siedemdziesiątych duże
napięcie wywołał Brazylijczyk Jose Altafini. Dużo mniejsze emocje
towarzyszyły przenosinom Ciro Ferrary, Fabio Pecchii i Fabio
Quagliarelli.
Higuain z hukiem więc zamknął drzwi w Neapolu,
gdzie starał się żyć z dala od zgiełku i poklasku. Przed duszącą
miłością fanów skrył się w złotej klatce. Osiadł w willi po Edinsonie
Cavanim położonej na wzgórzu Vomero, w pięknym parku, z ponoć
najpiękniejszym widokiem na Zatokę Neapolitańską. Miasto omijał szerokim
łukiem, wiedział, że groziłoby to paraliżem ruchu na dobrych kilka
godzin. Prawie nie pokazywał się publicznie, nie dostarczał tematów do
plotek, bardzo się pilnował, żeby mówiły tylko gole. A w tamtym sezonie
nie tyle mówiły, co krzyczały. Niemal od początku był liderem
klasyfikacji strzelców, strzelał prawie zawsze i wszędzie. Zachwytom nie
było końca.
Jeden z tenorów
Na scenę Serie A wstąpił w lipcu 2013 roku, stało się to w doborowym towarzystwie rodaka Carlosa Teveza i Mario Gomeza. Trzech wielkich tenorów, z których tylko ten ostatni fałszował. Argentyńczyk z Napoli z miejsca zdobył dawnych wyznawców talentu Edinsona Cavaniego, który panował w klubie w każdym z trzech wcześniejszych sezonów i przeniósł się pod wieżę Eiffla do PSG w koronie króla strzelców. Zawiesił więc swojemu następcy bardzo wysoko poprzeczkę. Wprawdzie w zupełnie innym stylu niż Urugwajczyk, ale Higuain wskoczył na ten poziom.
Od pierwszego dnia pobytu czuł się świetnie w Neapolu i nic sobie nie robił z otaczającej presji. Był pewny swoich umiejętności i tego, że wygra z cieniem wielkiego Urugwajczyka. W to samo święcie wierzył prezydent De Laurentiis, który wziął nowego i szalenie drogiego napastnika pod osobistą ochronę. Zachwalał jego umiejętności na każdym kroku, czasami nawet na wyrost, i dbał, żeby włos z głowy mu nie spadł. A jak spadł, to ruszał na winowajcę jak rozjuszony byk. Tak się stało w sierpniu 2013 roku. Korzystając z wolnego dnia, Higuain w towarzystwie narzeczonej wybrał się na Capri i skacząc z łodzi do wody rozbił głowę o podwodną skałę. Kiedy prezydent dowiedział się o wypadku, dostało się wszystkim po kolei: Paolo Cannavaro, który pośredniczył w wypożyczeniu łodzi, burmistrzowi Capri, który nie zadbał o bezpieczeństwo, lekarzom ze szpitala za zbyt późną interwencję i brak należytej opieki. Oczywiście Higuain, dla którego skończyło się na kilku szwach, był niewinny.
Chyba tylko Maradona bywał wobec niego równie bezkrytyczny co De Laurentiis. Jako selekcjoner reprezentacji Argentyny ślepo ufał jego umiejętnościom i strzeleckiemu instynktowi. Kiedy usłyszał o przenosinach z Realu Madryt pod Wezuwiusz, to wysłał do Neapolu litanię komplementów. Nie musiał aż tylu. Wystarczyło jedno słowo, żeby neapolitańczycy uwierzyli, że będą mieli do czynienia z kimś wyjątkowym – posłańcem piłkarskiego boga, za jakiego uważany jest w tym mieście Maradona. Dla kontrastu o Tevezie powiedział, że prawdziwy Argentyńczyk nigdy nie przeszedłby do Juventusu. Teraz twierdzi, że transfer Higuaina to nie wina samego piłkarza, lecz: – …najbardziej zadowoleni są ci, którzy ubijają interesy. To nie prezydenci, ale biznesmeni, którzy nie myślą o kibicach – pisał na Facebooku, szczypiąc De Laurentiisa.
Stara Dama wtedy też dość długo zabiegała o jego względy i umieściła na pierwszym miejscu listy życzeń. Skończyło się jednak tylko na staraniach. Wybrała opcję dużo ekonomiczniejszą – po prostu Tevez okazał się ponad trzy razy tańszy. Natomiast piłkarz przekonywał, że to on zrezygnował z Juventusu na rzecz Napoli głównie ze względu na osobę trenera Rafy Beniteza. Cisza w Madrycie Higuain czując takie wsparcie, robił swoje w wielkim stylu. W Realu Madryt nikt go tak nie chronił ani nie cenił. Choć w barwach Królewskich ze swoich obowiązków wywiązywał się lepiej niż należycie, to niemal cały czas był ledwie kandydatem do gry w podstawowym składzie, a pod koniec pobytu znacznie wyższe notowania miał Karim Benzema. – Na Santiago Bernabeu nigdy nie słyszałem, żeby kibice skandowali moje nazwisko – mówił. – Na San Poalo robią to tak często i z taką siłą, jakby piorun uderzył w ziemię. Za każdym razem przechodzą mnie ciarki.
W ten i nie tylko w ten sposób neapolitańczycy doceniali wkład Argentyńczyka w wyniki Napoli. Na boisku wyrósł na wielkiego lidera, który w ważnych meczach prawie nigdy nie zawodził. Prywatnie wolał trzymać się z boku, najlepiej w towarzystwie kompanów z Realu – Jose Callejona i Raula Albiola. W nielicznych udzielonych włoskim mediom wywiadach mówił o sobie, że jest typem nieśmiałego wrażliwca. To cecha niby odziedziczona po matce Nancy, artystce i malarce, która w Argentynie doczekała się kilku wystaw. Jednak on talentu do malowania nie ma za grosz. Górę wzięły geny i lekcje ojca Jorge, zwanego El Pipa. On z własnego doświadczenia jako były obrońca uczył syna właściwych nawyków dla napastnika. – Mawiał do mnie: – Graj jak najwięcej na podwórku, tam najlepiej nauczysz się przyszłego zawodu – opowiadał El Pipita, który z podwórek we Francji (urodził się w Breście) i Argentynie trafił na największe stadiony w Hiszpanii, Włoszech, całej Europy i świata.
Ukryty konflikt
W Neapolu nie zawsze było z górki i do śmiechu. Co gorsza, szala niebezpiecznie przechylała się w drugą stronę. Odpadnięcie z Ligi Mistrzów mimo 12 punktów na koncie to pierwsze rozczarowanie, w drugim sezonie przegrane baraże do LM, dopiero piąte miejsce w lidze, odejście Beniteza, w trzecim – tylko wicemistrzostwo Italii, mimo pozycji lidera na półmetku. I jeszcze te nieszczęsne karne, które zatruwały życie. W sezonie 2014-15 nie wykorzystał aż czterech. Ten zmarnowany z Lazio w ostatniej kolejce kosztował udział w eliminacjach Ligi Mistrzów. Przebąkiwano, że to wtedy stosunki z prezydentem się popsuły. Bez owijania w bawełnę potwierdził to na pierwszej konferencji w nowym klubie najdroższy piłkarz w historii Serie A. – W Neapolu mogę dziękować trenerowi, kolegom, kibicom, ale nie De Laurentiisowi. Nie chciałem przebywać w jego towarzystwie nawet minuty.
Już rok temu chciał odejść, przydałby się Manchesterowi United lub Liverpoolowi. Na nowo miętę do niego poczuł Juventus. Nie wiadomo jakich argumentów użył trener Sarri, że Higuain został. I nie żałował. 36 golami w 35 meczach starł jak gumką wyświechtany i pamiętający lata 1949-50 rekord Gunnara Nordahla.
W Juventusie od nowej dziewiątki chcą goli i Ligi Mistrzów. W Napoli suszą łzy i liżą głęboką ranę. W jej zabliźnieniu mogą pomóc tylko nowi napastnicy. Pierwszy z nich to Arkadiusz Milik, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.
Tomasz LIPIŃSKI
CAŁY TEKST UKAZAŁ SIĘ W 31. NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”