Gdyby kibice Romy mogli cofnąć czas i powtórzyć jeden, tylko jeden mecz, to bez robienia sondażu można w ciemno założyć, że zdecydowana większość wskazałaby na tamten z 30 maja 1984 roku.
Legenda Romy
TOMASZ LIPIŃSKI
Stadio Olimpico ubrane w żółto-czerwone barwy trzy razy w historii okryło się wielką żałobą. Mówimy o takiej skali, że rany nie zabliźniły się do dziś. Ostatnia zdarzyła się w 2010 roku. Cztery kolejki przed końcem Roma przegrała z Sampdorią i pozwoliła Interowi podsadzić się na fotelu lidera.
(…)
Di Bartolomei był rzymianinem, pierwszym kapitanem urodzonym w Wiecznym Mieście, który poprowadził Romę do mistrzostwa kraju. Po 41 latach przerwy. Był charyzmatycznym liderem, jeśli on coś postanowił, akceptowała to cała drużyna. Od najmłodszych lat wyróżniał go charakter i silny strzał prawą nogą. Był poważny, nad wiek poważny: myślący, przewidujący, intelektualista, którego horyzonty wybiegały daleko poza boisko. Studiował. Wrażliwy. Introwertyk, nieokazujący uczuć. Zakładający maskę twardziela, który jak kogoś lubił, to go klepnął, szturchnął, potraktował twardo i po męsku, zamiast ciepło i z uczuciem. Tancredi powiedział, że jest wdzięczny kapitanowi za liczne razy, którymi go poczęstował.
Z kolei moc, która drzemała w jego prawej nodze, to był dar natury, ale też efekt treningów. Ago jeździł na plażę i potrafił wykonać kilkadziesiąt kopnięć gołą stopą w piasek – tak doskonalił swoją umiejętność. Jego trener z juniorów opowiadał, że Di Bartolomei rozpoczynał akcję z głębi pola, wymieniał piłkę z kolegami i kończył mocnym strzałem, najczęściej celnym. Był najskuteczniejszym strzelcem. Bez niego nie byłoby mistrzostwa dla drużyny Primavera.
W sezonie 1983-84 grał z dziesiątką na plecach, był kapitanem Romy prowadzonej przez Szweda Nilsa Liedholma. Ich relacje wybiegały poza zwykłe stosunki między trenerem a piłkarzem. Nadawali na tych samych falach, pasjonowali się sztuką, rozmawiali o niej, odwiedzali muzea. Mistrz i uczeń. Mistrz znalazł też swojemu ulubionemu uczniowi nowe miejsce na boisku. Z pomocy przesunął go do obrony. I tak Di Bartolomei stał się libero. Wypowiadający się dziennikarze jednogłośnie uznali to za genialne posunięcie taktyczne, decydujące dla późniejszego sukcesu. To tak jakby Roma cały czas grała z jednym zawodnikiem więcej, bo Di Bartolomei bronił, ale równocześnie rozgrywał jak pomocnik i strzelał jak napastnik. Takiego obrońcy, który strzelił siedem goli, nie miał nikt inny. W drużynie skuteczniejszy był tylko Roberto Pruzzo z 12 golami, słynny Bruno Conti zaliczył trzy trafienia. Wszystkie strzelił prawą nogą, cztery z rzutów wolnych, jedną z karnego i dwie z akcji. Każda to była bomba. Ktoś mu zagrał lekko w bok lub do tyłu, a on nadbiegał i niemal siatki rozrywał.
(…)
CAŁY TEKST MOŻNA ZNALEŹĆ W NOWYM (17/2018) NUMERZE TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”