Manchester City i Pep Guardiola będą w derbach z United szukali spełnienia – potwierdzenia mistrzostwa kraju – natomiast kibice z tygodnia na tydzień coraz mocniej zastanawiają się, czy to najlepszy zespół współczesnej ery Premier League. Odpowiedź jest prosta: oczywiście, że tak i mamy na to liczby.
MICHAŁ ZACHODNY
Był to zdecydowanie jeden z meczów poprzedniego sezonu, choć jeszcze do 65 minuty utrzymywał się remis 1:1, żadna z drużyn nie imponowała i nic nie zapowiadało horroru. Ale wtedy w odstępie 120 sekund dwa gole dla Swansea City strzelił Leroy Fer. Na taki obrót spraw odpowiedział z Crystal Palace James Tomkins, a gdy w 82 minucie Jack Cork wyrównał trafieniem samobójczym, wydawało się, że szaleństwa się skończą. Nic z tych rzeczy, nie skończyły się nawet z bramką zdobytą przez Christiana Benteke na 4:3 dla Palace. W doliczonym czasie bowiem Fernando Llorente trafił do siatki gości dwukrotnie i ze zwycięstwa 5:4 cieszyła się Swansea.
– Ten mecz wystarczył mi do tego, bym zrozumiał angielski futbol. Dziewięć goli, osiem po stałych fragmentach… Taki jest tutaj styl i muszę się do niego zaadaptować – powiedział Guardiola. – Często piłka jest dłużej w powietrzu niż na murawie i do tego też muszę się zaadaptować. Byłem w Monachium na rozmowie u Xabiego Alonso, który powiedział mi, że w Anglii chodzi o drugie piłki. Naprawdę do tego trzeba się zaadaptować: druga piłka, trzecia, czwarta… Nigdy się na tym nie skupiałem, ponieważ w Barcelonie czy ogólnie w Hiszpanii stawia się bardziej na kulturę gry – mówił szkoleniowiec Manchesteru City.
Wtedy brzmiał jak szaleniec, zresztą był moment, gdy angielska prasa tak go odbierała. Kpiono, że nie uczy piłkarzy wślizgów, że dopiero na Wyspach poznał koncept drugiej piłki (czyli: piłki, która po pojedynku jest niczyja, do przejęcia i rozpoczęcia ataku, najczęściej w momencie, gdy obydwie drużyny są zdezorganizowane). Szalony menedżer Guardiola irytował się na sędziów, na wślizgi rywali, na terminarz, na wszystko, co w Anglii zastał i czego nie zmienił. Aż zaczął jeszcze bardziej zmieniać zespół i piłkarzy – i to jeszcze bardziej w stronę swojego pomysłu na grę.
Niedawno oficjalna strona Manchesteru City przedstawiła rekordy, które zespół Guardioli może jeszcze pobić w tym sezonie. Punktowy (obecnie wynoszący 95 punktów, należący do Chelsea), zwycięstw w jednym sezonie (30 – Chelsea), przewagi nad drugą drużyną (18 – Manchesteru United), wygranych na wyjeździe (15 – Chelsea), największej różnicy bramkowej (+71 – Chelsea), najwyższej liczby strzelonych goli (103 – Chelsea)… Jest o co walczyć, choć ze względu na przewagę w Premier League skupienie zespołu stopniowo będzie przenosić się na ćwierćfinały Ligi Mistrzów z Liverpoolem. Guardiola potrafi jednak utrzymać balans, w Monachium też wcześnie świętował tytuły, a mimo to jego Bayern bił kolejne rekordy i w trzech sezonach za każdym razem meldował się w półfinale europejskich rozgrywek.
Jeśli nie rekordy, które Manchester City zdoła (lub nie) pobić do końca sezonu, co może świadczyć o jego świetności? Wiadomo, że dyskusja prędzej niż później zejdzie na pieniądze, ile Guardioli pozwolono wydać na wzmocnienia składu… Jednak inni również nie próżnowali, zresztą warto zwrócić uwagę na to, co powiedział Jose Mourinho w niedawnym, a już słynnym, kilkunastominutowym monologu: niemałą część kluczowych piłkarzy Guardiola „odziedziczył” po poprzednikach. Zresztą patrząc wstecz na sezony spędzone z Manuelem Pellegrinim, trudno nie dostrzec przygotowywania gruntu pod przywitanie Guardioli. Doczekano się tego w City, doczekano w Premier League, czyli lidze najmocniej broniącej się przed wpływami tego, co reprezentował. Przecież przez lata symbolem tamtej filozofii była Swansea, czyli zespół daleki od liderów rozgrywek, którzy mieli inne pomysły na futbol.
Jasne jest, że między poprzednim a obecnym sezonem w Manchesterze City dokonał się skok jakościowy. Można to sprawdzić w ligowej tabeli, ale też patrząc po prostu na grę drużyny, płynność akcji, szybkość, jak również determinację. Zresztą ostatnio na Twitterze krążyła dziesięciominutowa kompilacja najlepszych ataków, podało ją dalej prawie dwa tysiące użytkowników, polubiło kilka razy tyle osób. Ogląda się to, jak Barcelonę Guardioli bez jednego elementu geniuszu – wiadomo, Lionela Messiego – za to możliwie zrównoważone jest to większą szybkością w środku pola, jak i na obydwu skrzydłach. Oczywiście, że do zbliżenia się statusem do tamtej drużyny City i Pep będą potrzebowali triumfu w Lidze Mistrzów, ale już pod kątem Anglii i jego pomysłu na grę widać jak na dłoni, że jest on dominujący. Można więc powiedzieć, że chełpiąca się wyrównaną, sześciozespołową stawką na szczycie Premier League została zdominowana przez ideę Guardioli tak jak Bundesliga (ponoć wyłącznie z klasowym Bayernem) czy La Liga (gdzie rywalem miał być tylko Real Madryt).
A wszystko zaczęło się od sprowadzenia piłki na poziom murawy. City już w poprzednim sezonie cieszyło się najwyższym średnim posiadaniem (63 procent), ale w obecnych rozgrywkach zespół Guardioli poszedł w stronę jeszcze większej dominacji – 68 procent. Hiszpan w tym dostrzegł klucz do kontroli nad tym, co w pierwszym sezonie zawodziło: wspomniane drugie piłki. Zaskoczony tym, jak często jego zawodnicy muszą walczyć w powietrzu, a potem jeszcze reagować na to, gdzie futbolówka spadnie, po prostu nakazał im cierpliwiej trzymać się posiadania. I tak w meczach Manchesteru City jest najmniej pojedynków główkowych (śr. 36), co jest spadkiem o prawie jedną czwartą w porównaniu do poprzedniego sezonu, zdecydowanie najniższym wynikiem w lidze (śr. 57 w meczu).
Lider i przyszły mistrz utrzymuje piłkę średnio pięć minut dłużej niż w poprzednim sezonie (40 do 35), o sześć dłużej od rywali. Skok jakościowy oznacza wprost, że przeciwne drużyny muszą włożyć więcej energii w ganianie za piłką, przesuwanie się w formacjach, próby pressingu. A przepaść między City a resztą stawki widać w dwóch klasyfikacjach, które z tej dominacji wynikają. Po pierwsze, ataki bramkowe drużyny Guardioli trwają zdecydowanie dłużej (śr. 55 sekund, poprzedni sezon – 27 sek.) w porównaniu z całą ligą (śr. 17 sek.) oraz następnym rywalem (Arsenal – 33 sek.). Po drugie, akcje bramkowe City składają się średnio z 20 podań: przed rokiem osiągnęli średnią 10, obecnie w lidze średnia to 5,9, a drugi zespół klasyfikacji, znów Arsenal, wykręca 12 zagrań na gola. Oczywiście piłkarze City w tym sezonie z najwyższą intensywnością wymieniają podania (17 na minutę posiadania), ale pomimo najniższej liczby pojedynków są najaktywniejsi, starając się odzyskać piłkę (ponad 10 akcji defensywnych na minutę posiadania rywali). Przede wszystkim robią to z dala od własnej szesnastki, w strefie pod polem karnym Edersona dochodzi do najmniejszej liczby pojedynków w lidze (śr. 20 w meczu, przeciętnie w lidze – 31), średnio odzyskują piłkę najbliżej bramki przeciwnika (ich wynik to 72,4 metra, ligowy: 76,5 metra).
Co prawda wcale nie notują więcej przechwytów (najmniej w lidze), wcale nie podnieśli średniej liczby zebranych drugich piłek (utrzymali ten sam poziom), ale po prostu defensywie poświęcają znacznie mniej czasu. W ostatnich miesiącach Guardiola śmiał się, że jego zespół nie ćwiczy stałych fragmentów, a i tak strzela z nich gole (aż 18, najwięcej w lidze) i traci najmniej (tylko dwa w tym sezonie, aż 11 w poprzednim). Znów jest to efekt tego, że rywale mają niższe szanse na przedostatnie się pod bramkę Edersona: błędów nie prowokuje ani bramkarz, ani obrońcy, ani druga linia.
Nie marnując własnej energii na defensywę, City spokojnie przenosi to na atak. Co interesujące i niejako oddaje styl gry drużyny Guardioli, spadła średnia liczba prób dryblingów (z 39 na 33), ale wzrosła ta strzałów (z 15 na ponad 17). Krótko mówiąc, jego zawodnicy odnajdują więcej rozwiązań w rozegraniu i rzadziej są zmuszeni do szukania przewagi w pojedynkach z jednym lub kilkoma rywalami. Owszem, rajdy Leroya Sane można ułożyć w kolejną dziesięciominutową kompilację, ale zauważalne jest, że Niemiec przy pierwszym możliwie dogodnym momencie wybiera podanie do kolegi, a nie kolejny zwód obok przeciwnika.
Indywidualne statystyki również podkreślają rozwój zespołu. Jasne, Kevin De Bruyne już w ubiegłorocznych rozgrywkach był najlepszym asystentem w lidze, lecz teraz już zmierza po lepszy wynik (ma 14 asyst i siedem goli), już wykonał więcej podań (2,5 tysiąca), nikt nie może się z nim równać pod względem zagrań kluczowych (210), a także tych w pole karne (prawie 400). Ale już w poprzednim sezonie było tylko dwóch piłkarzy City w czołowej dziesiątce najczęściej podających, teraz – czterech w topie 5 (Nicolas Otamendi, De Bruyne, Fernandinho i Kyle Walker, ósmy jest David Silva). Krytykowany i notorycznie przez angielską prasę sprzedawany Sergio Aguero strzelił już więcej goli niż przed rokiem (20). Jest też Sterling, który co prawda rzadziej drybluje (spadek ze średniej 8 prób na mecz na 5!), ale za to efekty liczbowe ma najlepsze w karierze. Po nim i wzroście inteligencji w jego grze (np. kiedy wybrać podanie zamiast dryblingu) widać efekt Guardioli.
Bzdurą jest twierdzenie, jakoby transformacja City – czy raczej dominacja tej drużyny – była efektem słabości rywali. Faktem jest, że na przykład piłkarze Manchesteru United dryblują najczęściej i najlepiej w lidze, zespół Jose Mourinho stracił najmniej goli z gry (tylko 14), do tego już zdobył więcej i do tego poprawił skuteczność w końcówkach spotkań (17 bramek do 12 przed rokiem w ostatnim kwadransie). Liverpool nadal najlepiej zbiera drugie piłki w lidze (śr. 74) i na połowie rywali (śr. 30), intensywność pojedynków Tottenhamu (śr. 10 na minutę posiadania piłki rywali) wciąż jest bliska tej City (10,3), zresztą piłkarze Mauricio Pochettino przeprowadzają najwięcej ataków w lidze (101 na mecz). Tylko Chelsea (spektakularnie) oraz Arsenal (ponownie) zaliczyły zauważalne spadki formy i jakości.
To wszystko jednak na nic. Gdy przykładów na poprawę poziomu u rywali trzeba szukać pod lupą, postęp Manchesteru City bije po oczach. I przede wszystkim sprowadza na ziemię te teorie, które miały świadczyć o nieumiejętności dostosowania się Guardioli do warunków angielskich. – Taktycznie wnosi do drużyny dar, którego nie ma nikt inny – powiedział ostatnio Ilkay Guendogan. – A gdy wychodzimy na murawę i widzimy, co jego ćwiczenia i plany usprawniły, to wszystko staje się jasne.
Oczywiście, że perspektywa będzie zależała od stylu, w jakim Manchester City zafiniszuje, pewnie punktem odniesienia będą najbliższe derby miasta oraz prestiżowe starcie w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, które rozegra z Liverpoolem. Jednak patrząc nawet na ostatnich kilka lat, można stwierdzić, że styl, w jakim Guardiola podbił Premier League, jest nieporównywalny. Mourinho lubi opowiadać, że ostatnim ofensywnie grającym mistrzem Anglii była jego Chelsea z sezonu 2014-15, ale nawet tamta drużyna, czy wcześniejsza wersja City, czy United sir Aleksa Fergusona, czy nawet niepokonany Arsenal sprzed 14 lat nie miały w grze takiej jakości i tak konkretnego stylu.
Historii angielskiego futbolu nie należy pisać, wyłącznie zaczynając od roku 1992 i (głównie finansowej) transformacji, lecz to nie zmienia faktu, że Guardiola tym sezonem może sobie na cały osobny rozdział w obszernej księdze zasłużyć. A wspomnienie o tak grającym Manchesterze City będzie równie mocne i może nawet bardziej trwałe niż to o wspomnianym Arsenalu, najlepszym wydaniu United Fergusona, dominacji pierwszej Chelsea Mourinho. To już samo w sobie jest sukcesem.
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (NR 14/2018)
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.