Drużynę buduje się od tyłu – ta prawda się nie starzeje. Rola defensywy, choć była, jest i będzie nie do przecenienia, zmienia się. Dziś już nie wystarczy tylko bronić.
Wystarczy spojrzeć na bocznych obrońców. Kiedyś w tych sektorach boiska wystawiano przeciętniaków: takich, którzy coś potrafią, ale do bardziej odpowiedzialnych ról się nie nadają. Obecnie ludzie występujący na tej pozycji należą do najistotniejszych postaci w zespole, w koncepcjach wielu trenerów pełnią wręcz rolę ukrytych rozgrywających. Podejście do gry w defensywie uległo w ostatnich latach diametralnemu przekształceniu. Dawniej zawodnicy ustawieni w pierwszej linii przed bramkarzem mieli koncentrować się na bronieniu, nie rozpraszać zbytnio uwagi myśleniem o wycieczkach na połowę przeciwnika. Gol strzelony przez defensora – to było coś ekstra. Z czasem ofensywne zaangażowanie obrońców przestało być zadaniem z gwiazdką, aktualnie znajduje się na stronach elementarza.
A MOŻE JUŻ POMOCNIK?
Kluczem jest znalezienie odpowiednich proporcji. Na polskim podwórku przykładem świeci Legia Warszawa, która maszeruje po tytuł mistrzowski w dużej mierze dzięki umiejętnemu wykorzystaniu potencjału obrońców. Wojskowi nie mają najlepszej defensywy w PKO Bank Polski Ekstraklasie, natomiast radzą sobie w destrukcji na tyle, by mecze przegrywać od święta. Stołeczny zespół potrafi w takim stopniu zdominować oponenta, że ten rzadko kreuje sobie sytuacje podbramkowe. Trener Czesław Michniewicz dostosował taktykę do piłkarzy, a nie odwrotnie. Dostrzegł w składzie zawodników wręcz stworzonych do kursowania przy linii bocznej od pola karnego do pola karnego; świetnych w ofensywie, lecz potrzebujących asekuracji w obronie. W związku z tym, niemal od początku roku Legia gra w ustawieniu z trzema stoperami – tu akurat Michniewicz ryzykował, bowiem nie jest to pozycja aż tak mocno przy Łazienkowskiej obsadzona – oraz wahadłowymi. W takim wydaniu warszawska drużyna doznała tylko jednej porażki, z Piastem Gliwice w ćwierćfinale Fortuna Pucharu Polski, zaś z pozostałych ośmiu spotkań wygrała siedem i jedno zremisowała (ze względów wydawniczych nie uwzględniamy starcia z Pogonią Szczecin rozegranego w weekend).
W pomyśle taktycznym zaproponowanym przez Michniewicza na najlepszego piłkarza ligi wyrósł Filip Mladenović. Wcześniej był wyróżniającą się postacią, ale jako wahadłowy jest rewelacyjny. W Ekstraklasie nie ma drugiego defensora, który dawałby zespołowi tak wiele w ataku (udział w przeszło 1/4 wszystkich bramek). Choć trzeba zaznaczyć, że kwalifikowanie Serba do grona obrońców jest mocno umowne – 29-latek ma bowiem mało zadań defensywnych, porusza się niemal wyłącznie na połowie przeciwnika. Bardzo prawdopodobne, że w niedalekiej przyszłości Mladenovicia trzeba będzie nazywać po prostu bocznym pomocnikiem.
Uniwersalność zawodników komponuje się z nowym ustawieniem Legii. Kiedy Mladenović sieje spustoszenie na lewej flance, po drugiej stronie biega ktoś z dwójki Josip Juranović – Paweł Wszołek. Obaj pasują do gry na wahadle, a przy tym znakomicie się uzupełniają. Pierwszy jest obrońcą (w razie potrzeby pełni rolę jednego ze stoperów), ale ofensywnie usposobionym. Wszołek dokładnie odwrotnie: to skrzydłowy, któremu nie przeszkadza praca w defensywie. Można stawiać pieniądze na to, że 29-latek będzie kończyć karierę jako boczny obrońca.
Legia najlepiej rozkłada akcenty, lecz to nie jej defensorzy mają największy wkład w bramki zdobywane przez zespół. Najskuteczniejszej obrony należy szukać przeszło 400 kilometrów od Warszawy. W przypadku Zagłębia Lubin procent goli z bezpośrednim udziałem – trafienie bądź asysta – zawodników z defensywy wynosi aż 54. Przyczyny są dwie: Zagłębie ma w składzie bardzo sprawnego pod bramką rywali stopera w osobie Lorenco Simicia, a jako drużyna generalnie nie strzela zbyt wiele (1,18 gola na mecz po 22 kolejkach). Fakt, że w czołówce najskuteczniejszych piłkarzy Miedziowych nadal widnieje dyrektor sportowy Lubomir Guldan, niech da do myślenia graczom z formacji ofensywnych.
Ustawienie z trójką stoperów (we wszelkich wariacjach) powinno przekładać się na duży udział w grze ofensywnej obrońców – o ile zaliczymy do nich wahadłowych, co w niniejszym tekście czynimy. Potwierdza to nie tylko przypadek Legii, ale również Rakowa. W częstochowskim zespole nominalni defensorzy mają bezpośredni wkład w prawie połowę zdobywanych bramek. To w niemal równym stopniu zasługa zaliczających asysty Patryka Kuna i Frana Tudora, co skutecznych w szesnastce przeciwnika środkowych obrońców. Znacznie gorzej pod tym względem jest w Górniku Zabrze: trener Marcin Brosz ma prawo oczekiwać od wahadłowych celniejszych podań, zaś od stoperów większego zdecydowania pod drugą bramką. Podobnej taktyki na różnych etapach rozgrywek próbowały drużyny Wisły Płock, Piasta oraz Stali – z mizernym skutkiem. Abstrahując od ustawienia na boisku, akurat w przypadku mocno chaotycznego beniaminka z Mielca obrońcy mają całkiem spory udział w ofensywnych zdobyczach drużyny.
GDAŃSKA KONSEKWENCJA
Przyjęło się, że jedną z podstawowych cech dobrej obrony jest stabilność. Tabela Ekstraklasy to potwierdza, choć z pewnymi wyjątkami. Drużyny znajdujące się w czołówce, a co za tym idzie tracące niewiele bramek, charakteryzuje względna stałość zestawienia defensywy. W tym aspekcie zdecydowanym liderem jest Lechia. Podczas 22 kolejek gdański zespół zaprezentował zaledwie siedem różnych konfiguracji linii obrony. Piotr Stokowiec jest pod tym względem niezwykle konsekwentny: nie żongluje nazwiskami, trzyma się sześciu zawodników, przy czym absolutnym pewniakiem do gry jest tylko Rafał Pietrzak (najlepszy w Ekstraklasie asystent wśród obrońców). Trener Lechii trzyma się zasady, że jeśli któryś z defensorów wskoczy do składu i zda egzamin, zostaje w nim na dłużej.
O ile Marek Papszun znany jest z ciągłego udoskonalania zespołu, o tyle w odniesieniu do defensywy hołduje zasadzie, że lepsze jest wrogiem dobrego. Przynajmniej w trakcie sezonu. Szkoleniowiec Rakowa rzadko dokonuje zmian w obronie, chętniej testuje nowe rozwiązania w innych formacjach. Drużyna z Częstochowy grała dotychczas w dziewięciu zestawieniach defensywy.
Niezależnie od tego, jak często modyfikowany jest skład całej formacji, każdy zespół ma w szeregach obrońcę, bez którego ani rusz. W Górniku kimś takim jest Przemysław Wiśniewski, zaś Piast zawsze może liczyć na Jakuba Czerwińskiego. Patrząc na liczbę goli traconych przez ich drużyny, należy stwierdzić, że obaj skutecznie kierują linią obrony. A koledzy wokół nich zmieniają się stosunkowo rzadko, średnio raz na dwie kolejki. Jeśli chodzi o działania defensorów w grze ofensywnej, Piast – w przeciwieństwie do Górnika – nie szuka udziwnień. W Gliwicach jest książkowo: boczni obrońcy asystują, a stoperzy potrafią odnaleźć się w polu karnym rywala.
Najlepsza defensywa w Ekstraklasie wcale nie jest najstabilniejszą, choć należy pod tym względem do czołówki. Kosta Runjaic zaproponował do tej pory 11 ustawień obrony, w kilku przypadkach nie z własnej inicjatywy, lecz z konieczności – na przykład przeciwko Lechowi w Poznaniu, gdy w bój na lewej stronie defensywy posłał Michała Kucharczyka. Obrońcy Pogoni koncentrują się na podstawowym zadaniu: rywali powstrzymują bardzo skutecznie, za to ich wkład w działania ofensywne jest znikomy. A gdyby nie Jakub Bartkowski, w zasadzie nie byłoby go wcale.
Michniewicz, jeżeli nie musi, raczej nie eksperymentuje z defensywą. W Legii częstotliwość rotacji personalnych w obronie kształtuje się poniżej ligowej średniej. A i tak wynik zawyżają pierwsze kolejki, kiedy Aleksandar Vuković co mecz zestawiał linię defensywy w inny sposób.
Z tezą, że stabilizacja jest niezbędna do odpowiedniej pracy obrony, kłóci się przypadek Śląska. U Vitezslava Lavicki defensywa ustawiana była aż na 14 różnych sposobów, tymczasem wrocławski zespół jest w czołówce Ekstraklasy, jeśli chodzi o skuteczność powstrzymywania ataków rywali. Były trener Śląska miał kłopot z wyborem podstawowego prawego obrońcy – na tej pozycji próbował czterech zawodników. To i tak małe piwo w porównaniu z poszukiwaniami piłkarza na lewą stronę w Cracovii. Michał Probierz sprawdził w sumie sześciu kandydatów, na boku defensywy testowany był nawet skrzydłowy Sergiu Hanca. Rozwiązaniem problemu ma być Luis Rocha.
Im większy chaos w drużynie, tym więcej kombinacji z zestawieniem obrony. Coś na ten temat wiedzą w stolicy Podlasia: duża liczba bramek straconych przez Jagiellonię wzięła się właśnie z totalnego braku stabilizacji. Defensywa białostockiego zespołu zagrała w aż 16 konfiguracjach – nazwiska te same, ale komponowane na wszelkie możliwe sposoby. Pożytek z tego marny, również w ofensywie. Stoperzy Jagi nie strzelili w tym sezonie ani jednego gola.
Równie często, co w Jagiellonii, zmieniał się skład defensywy w Podbeskidziu. Sytuacja beniaminka jest specyficzna. Krzysztof Brede niemal co kolejkę mieszał w linii obrony, lecz jego pomysły nie zdawały egzaminu – Górale tracili średnio 2,6 bramki na spotkanie. Robert Kasperczyk, dzięki któremu zespół z Bielska-Białej nadal może myśleć o pozostaniu w Ekstraklasie, nie dokonał cudów. Jednym z jego posunięć było ustabilizowanie defensywy, czego efekty widać jak na dłoni: w rundzie wiosennej średnia bramek traconych przez Podbeskidzie to 1,25 na mecz.
KONRAD WITKOWSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W TYGODNIKU „PIŁKA NOŻNA” (14/2021)
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.