Młodszego dobrze znamy z Gdańska, starszego warto lepiej poznać, bo już robi karierę, do jakiej młodszy dopiero startuje.
Ten młodszy to Vanja Milinković-Savić. W Lechii broni prawie od roku. Z racji tkwiącego w nim potencjału i wieku, za miesiąc dopiero przestanie być nastolatkiem, w klubie przymykają oko na większe (coraz rzadziej) i mniejsze jego wpadki. W tym sezonie zagrał w 18 z 20 meczów, w których puścił 22 gole.
Razem i osobno
Kiedy jak nie teraz, ma się uczyć na własnych błędach? To będzie kapitał, który z pewnością zaprocentuje dużym skokiem dla Vanji i jeszcze większymi pieniędzmi dla Lechii. Już jest niemałe zainteresowanie. Tej zimy uaktywniły się Ajax Amsterdam i Benfica Lizbona, a ile klubów monitoruje go na co dzień – tego nie wiemy.
Ponad dwa metry wzrostu i status najmłodszego debiutanta w przeszło stuletniej historii Vojvodiny Nowy Sad (miał 17 lat i 42 dni) skłoniły w 2014 roku Manchester United do zapłacenia blisko dwóch milionów euro. Później sprawy nie potoczyły się tak, jak ambitny junior zakładał w dniu podpisania kontraktu na pięć lat. Trenował i grał z rówieśnikami, a kiedy – już będąc pełnoletnim – nie dostał pozwolenia na pracę na Wyspach, spakował manatki i wylądował w Polsce.
Ze starszym bratem Sergejem grał krótko w Vojvodinie i w reprezentacji kraju do lat 20. Mogli spotkać się w Manchesterze, jednak Anglicy nie byli tak przekonani do transferu jak Włosi. Jakiś czas temu ich drogi się rozjechały. Vanja zdobywa doświadczenie na peryferiach piłkarskiej Europy, nie pędzi i spokojnie czeka na korzystniejszy rozwój wypadków, Sergej znajduje się w samym centrum gorących wydarzeń cały czas z nogą na gazie, co jeszcze w tym roku być może pozwoli mu dojechać do naprawdę wielkiego klubu i zaparkować w nim na dłużej.
I po ojcu, i po matce
Ich imiona bardziej niż do piłkarzy pasują do członków załogi radzieckiego czołgu. Jednak tam by się nie zmieścili. Wyrośli na schwał, bo mieli to zapisane w genach. Ojciec Nikola Milinković piłkę kopał przy wzroście 190 centymetrów, matka Milana Savić piłkę kozłowała pod koszem i jak na koszykarkę przystało była kobietą o ponadstandardowych gabarytach. Rodzice byli znani i rozpoznawani w ojczyźnie, choć na pewno nie sławni. Ojciec upodobał sobie Półwysep Iberyjski i głównie w Hiszpanii oraz Portugalii robił karierę, jeśli można nią nazwać grę w bardzo przeciętnych klubach. Matka przez wiele sezonów występowała w rodzimej lidze. Być może ze względu na wzajemny szacunek dla swoich osiągnięć postanowili na synów przelać podwójne nazwisko. Chłopcy rośli więc jako Milinkovicie-Savicie.
Wędrowali za ojcem od miasta do miasta i od kraju do kraju. Urodzili się w Hiszpanii, do szkoły i na pierwsze treningi trafili w Austrii, wreszcie zakotwiczyli w Nowym Sadzie, gdzie siedzibę ma Vojvodina. W tym klubie grał i pracował oraz w tym mieście zmarł legendarny piłkarz i trener Vujadin Boskov, tam klubową karierę zaczynał Sinisa Mihajlović i tam też dorastał, a nawet dosłużył się funkcji kapitana drużyny młodziutki Milos Krasić. Kiedy odchodził do CSKA Moskwa, bracia prawdopodobnie już byli kibicami Vojvodiny i jeśli mieli pierwszego idola, to niewykluczone, że był nim Krasić. Jeśli tak, to już wiemy dlaczego groźnie wyglądający Vanja wskoczyłby w ogień za starszym klubowym kolegą.
Sergej nie tylko z racji wieku zawsze był przed bratem. Po pierwszym sezonie w Vojvodinie, dla której strzelił trzy gole, ruszył do Belgii. Prawdopodobnie skauci nie stracili go z radarów od mistrzostw Europy do lat 19, które w 2013 roku odbyły się na Litwie. W futbolu młodzieżowym nietrudno o niespodzianki i zwycięstwo w turnieju Serbii na pewno taką było. Podopieczni Ljubinko Drulovicia w finale pokonali Francję między innymi z Adrienem Rabiotem i Anthonym Martialem z składzie. Rok po tym wydarzeniu trafił do Genku za 400 tysięcy euro. Zmiany specjalnie nie odczuł i harmonijny rozwój zaowocował miejscem w podstawowym składzie oraz pięcioma golami. Już wtedy wiadomo było, że wysoki pomocnik ma coś, co najbardziej wyróżnia go spośród innych: umiejętności strzeleckie.
Z brązową piłką
Lato pełne wrażeń bracia przeżyli w 2015 roku. Vanja coraz częściej narzekał na przeprowadzkę na Old Trafford i myślał o kolejnej zmianie, Sergeja kusiło kilka klubów co najmniej z trzech krajów. Najbardziej energiczna i zdecydowana była Fiorentina, która uzgodniła warunki z Genkiem i ściągnęła piłkarza do Florencji. Ten wylądował, pokręcił się po klubie i tłumacząc się względami osobistymi poprosił o kilka dni zwłoki na zastanowienie. Fiorentina poczuła się urażona i odstąpiła od transferu. Wtedy z cienia wyszło Lazio, które jak się okazało machało dorodniejszą marchewką przed nosem Serba i dopięło swego. Piłkarz dostał więcej niż obiecywali mu w Fiorentinie, a i Belgowie nie mogli pogardzić blisko 10 milionami euro. Przeszkody „osobiste” wyparowały.
Nieskalany grzechem rozrzutności prezydent Claudio Lotito tylko za dwóch piłkarzy płacił więcej: Argentyńczyka Mauro Zarate i Brazylijczyka Hernanesa. Ten pierwszy przychodził jako mistrz świata do lat 20. Tak samo jak Milinković-Savić.
W 2015 roku w Nowej Zelandii Serbia sprzątnęła tytuł sprzed nosa Brazylii. On dostał brązową piłkę. Grono ekspertów wyżej oceniło postawę tylko Adama Traore z Mali i Danilo z Brazylii. Warto też dodać, że współkrólem strzelców został Węgier Bence Mervo, a cały turniej z perspektywy ławki obejrzał Vanja.
Wada zaletą
Serie A z marszu nie zdobył. To już był dłuższy proces, w którym oprócz umiejętności musiał wykazać się chartem ducha i cierpliwością. Zwłaszcza po zmianie trenera i nastaniu rządów Simone Inzaghiego przeżywał trudne tygodnie. Rzadko podnosił się z ławki. Pierwszy sezon zakończył z anonimowym dorobkiem jednego gola. Na asystę nie zdobył się żadną.
Kiedy na Lazio wypiął się Marcelo Bielsa, wiadomości o przedłużeniu zaufania Inzaghiemu nie przyjął z nadmiernym optymizmem. Na pewno różne myśli kołatały mu się po głowie, ale stanowisko Lazio pozostało niezmienne: rozwodu nie udzieli. Zbyt dużo w ten związek zainwestowało i dlatego ryzyko za trwanie w nim wzięło na siebie. Opłaciło się, bo później poszło jak z płatka.
Po bliższym poznaniu młody trener dojrzał w Sierioży to, czego nie zauważył na pierwszy rzut oka. Tyczkowaty pomocnik zaczął grać regularnie. I to jak! W poprzednim sezonie jego wszechstronność przeszkadzała. Kiedy Inzaghino nie umiał znaleźć najbardziej odpowiedniej dla niego pozycji, to wolał zostawić w rezerwie i w ten sposób rozwiązywał problem. Teraz stała się ogromną zaletą. Sprawdzał się w paru systemach i otwierał przed szkoleniowcem cały wachlarz możliwości. Role defensywnego, środkowego i ofensywnego pomocnika interpretował jak trzeba plus dawał gole i asysty. Do półmetka miał trzy na trzy. W nowy rok wszedł bramkami z Atalantą i Genoą, co w tym drugim przypadku zapewniło awans w Pucharze Włoch.
Wpisał się do ekskluzywnego grona bramkostrzelnych pomocników Lazio. Należeli do niego przede wszystkim Pavel Nedved, Diego Simeone, Hernanes i od niedawna Marco Parolo. Wszyscy mieli niewątpliwe atuty, ale żaden nie fruwał tak wysoko jak Serb. Centymetry znaczą dużo, ale nie wszystko. Do tego wyskok, timing, odwaga i intuicja. Na powietrzny pojedynek mógłby wyzwać każdego w Serie A i z każdym byłby faworytem. Poza tym łączy przeciwieństwa: wysoki i zwinny, fizyczny i techniczny, odbierający i strzelający, swobodny i zdyscyplinowany.
Do kogo by go porównać? Odnajdziemy w nim cechy Patricka Vieiry, ale i Sergio Busquetsa, a także Yayi Toure. A z naszego podwórka – Radosława Kałużnego. To nawet uderzające podobieństwo.
2017 rok rysuje się w ciepłych barwach dla braci. Puchar Włoch w zasięgu Sergeja, mistrzostwo Polski na wyciągnięcie rękawicy Vanji. A potem kolejne wyzwania, chyba już w nowych klubach. Zdaje się jednak, że starszy jeszcze dalej ucieknie młodszemu.
Tomasz Lipiński
TEKST UKAZAŁ SIĘ RÓWNIEŻ W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”