Najważniejsze czego dowiedzieliśmy się z konferencji prasowej Michała Świerczewskiego i nowego trenera Rakowa Łukasza Tomczyka są dwie rzeczy. Właściciel dalej ma zapał do inwestowania w klub, a przed Markiem Papszunem drzwi w Częstochowie nie są zatrzaśnięte.
Od pewnego czasu, zwłaszcza latem, z Częstochowy można było odbierać sygnały, że zapał Michała Świerczewskiego do projektu „Raków” nie jest już tak wielki jak we wcześniejszych latach gdy dzięki inwestowanym przez niego środkom klub przechodził drogę z drugoligowej otchłani do mistrzostwa Polski. Dał to do zrozumienia między wierszami kilku swoich wypowiedzi Marek Papszun. Zwłaszcza gdy po ostatnim meczu ubiegłego sezonu powiedział o rozczarowaniu właściciela z powodu braku kolejnego mistrzostwa. Dało się to także wyczuć podczas meczu w Kyrdżali z Ardą, decydującego o awansie do Ligi Konferencji. Tak naprawdę nikt z osób decyzyjnych w Rakowie nie wiedział wówczas jak zareaguje Świerczewski jeśli awansu nie będzie.
Niestety, staliśmy się ligowym średniakiem. Nie ma sensu się oszukiwać, to nasz najpoważniejszy kryzys od 2016 r. Zebrałem wtedy trochę doświadczeń. Spróbujemy tą sytuacją zarządzić.
Odejście do Legii – zwłaszcza w okolicznościach dalekich od sielankowych – Papszuna, na którym Świerczewski w olbrzymiej mierze budował klub, zasadnym czyniło pytanie o dalsze nastawienie jego samego do zaangażowania w futbol. Na konferencji szybko jednak można było odczuć, że jest pozytywne, gdy właściciel Rakowa mówił o tym, że kończący się rok w piłce był dla niego dobrą zabawą, a problemy z którymi się mierzył nie są niczym wielkim w porównaniu z prawdziwymi problemami jakie spotykają ludzi. Później wspomniał o pracach nad planem pięcioletnim dla klubu, a wreszcie potwierdził zaangażowanie spytany o to wprost: – W życiu mamy lepsze i gorsze momenty. Czasami też taki wieczór, ze odechciewa nam się serdecznie wszystkiego, a niektórym w Częstochowie to by się po trzech dniach odechciało. Miałem gorszy moment, ale to bardziej chodziło o sposób funkcjonowania klubu, bo funkcjonowaliśmy w sposób nie do końca adekwatny do naszych możliwości. Ale dawałem też odczuć, że jestem zmęczony, na szczęście to był ten słabszy moment jakie w życiu bywają. W głowie mam plany pod kątem marketingowym, pomysł jak ten klub budować, żeby stworzyć coś czego w Polsce jeszcze nie ma jeśli chodzi o strukturę właścicielską, sposób funkcjonowania. Pomysł to jedno, muszą się jednak jeszcze znaleźć ludzie do jego realizacji – mówił, uspokajając sympatyków Medalików.
🗣 Michał Świerczewski:
– O wyborze Łukasza Tomczyka decydowało kilka elementów. Przede wszystkim kontynuacja czy ewolucja tego, co tutaj w Rakowie zostało zbudowane, czyli w jakiś sposób czerpanie pod kątem pewnych wzorców z trenera Marka Papszuna, ale także czerpanie nowości… pic.twitter.com/2dXdFdXi8t
Świerczewski dał też do zrozumienia, że nie wyklucza trzeciego powrotu Papszuna do Rakowa, ale ze swadą zapewnił, że zrobi wszystko, by nowy trener Łukasz Tomczyk nie dał mu na to szansy. Dowodzi to, że panowie faktycznie się szczerze dogadali i nie rozstali na stopie wojennej, choć kilka szpileczek Świerczewski Papszunowi wbił. Mówiąc niby pół żartem, ale jednak pół serio choćby o tym, że zbyt dużo pieniędzy „przepalono” niewłaściwie inwestując i że nowy trener nie ma co liczyć na spełnianie specjalnych życzeń transferowych, bo zbyt wiele prezentów na tym polu otrzymał już Papszun. Świerczewski ewidentnie jest przekonany, że wyniki, które osiągnął Raków można było wywalczyć tańszym kosztem i racjonalizatorko kurek na pewno przykręci. Ale przynajmniej wiadomo, że Raków i po Marku Papszunie będzie żył dalej.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.