Nim powinni zająć się lekarze i prześwietlić na wszystkie strony. Nie dlatego, że coś mu dolega. Wprost przeciwnie. Warto pochylić się nad Jose Callejonem, by dociec istoty jego fenomenu. Fenomenu polegającego na tym, że po prostu ciągle jest. Przodownik pracy. Odporny i wytrzymały na wszystko, niezłomny i niepodlegający regułom systemu rotacyjnego, który w zawalonym meczami co trzy dni kalendarzu powinien dotyczyć każdego piłkarza bez wyjątku. Wyjątek się jednak znalazł. Chudy jak tyczka, kościsty i niepozorny. Taki naturszczyk. Bez muskulatury wyrzeźbionej godzinami spędzonymi na siłowni. Gdzie mu tam do Cristiano Ronaldo czy Mario Balotellego. Jakby zdjął koszulkę, to bezpańskie psy w Neapolu rzuciłyby się na kości. Gdyby wprowadzić kogoś z futbolem na bakier do piłkarskiej szatni i zapytać go, kto w niej się znajdujący nie jest piłkarzem, to musiałby wskazać na Callejona.
Jose Callejon to jeden z najważniejszych piłkarzy Napoli (foto: Ciro de Luca)
Jeśli wrzucimy w tabelkę Excela dane z trzech poprzednich sezonów i tego trwającego dotyczące wszystkich meczów Napoli i tych rozegranych przez Callejona, to ze zdziwieniem zobaczymy, że prawie w pełni się pokrywają. Prawie w tym przypadku robi różnicę tylko dwóch meczów. No to sprawdźmy:
2013-14: Callejon – 52, Napoli – 53
2014-15: Callejon – 59, Napoli – 59
2015-16: Callejon – 47, Napoli – 48
2016-17: Callejon – 21, Napoli – 21
W sumie 179 na 181, czyli działania na całkiem sporych liczbach. Pierwsze pytanie, które się rodzi to takie, co się stało, kiedy go nie było, skoro jest zawsze? Już spieszę z wyjaśnieniami. Zabrakło go 16 lutego 2014 roku w spotkaniu ligowym z Sassuolo, ponieważ akurat pauzował za czwartą żółtą kartkę. Drugi raz nie zagrał 25 lutego tego roku i to była duża, nieodgadniona do dziś zagadka, bo cały rewanżowy mecz z Villarrealem w Lidze Europejskiej przesiedział na ławce rezerwowych. Wynika z tego, że najkrótszy miesiąc w roku jest dla niego najgorszy…
Poza tym grający zazwyczaj od pierwszej do ostatniej minuty, biegający od szesnastki do szesnastki, niczego nie pozorujący, nie wybierający sobie meczów. Na pełnym zaangażowaniu i gazie. Maurizio Sarri nazwał go równoważnią taktyczną, czyli znakomitym spoiwem między pomocą a atakiem, między fazą defensywną a ofensywną. I przy całej taktycznej robocie, którą wykonuje, jeszcze regularnie strzela gole. W tym sezonie zdarzyło mu się liderować klasyfikacji strzelców i dwa sezony temu również. Każdy z sezonów kończył z dwucyfrowym dorobkiem. Za pierwszym razem dobił nawet do dwudziestki. W Lidze Mistrzów, statystycznie rzecz ujmując, w prawie co drugim meczu lądował na liście strzelców. Dwudziestym pierwszym występem był ten na stadionie Da Luz i zdobył dziesiątą bramkę. Taką w swoim niepodrabialnym stylu.
Od czasu kiedy zakończył karierę Filippo Inzaghi nikt lepiej od Hiszpana nie stąpa po linii spalonego. Złapać go w pułapkę ofsajdową jest trudniej niż posadzić na ławce. Ma szósty zmysł do sytuacji stykowych i klasycznych mijanek. Pilnuje się długo, szuka odpowiedniego miejsca i nagle skacze do ucieczki. Koledzy znają na pamięć jego numery i ruchy i pomagają w tych ucieczkach, przeciwnicy nijak nie potrafią się połapać. Jak w Lizbonie właśnie.
Tak, lekarze zdecydowanie powinni pobrać materiał genetyczny od Callejona i zbadać, co w tym piłkarskim perpetum mobile siedzi.
Tomasz LIPIŃSKI
Tekst ukazał się z nowym numerze tygodnika „Piłka Nożna”