Nigdy w historii Serie A mistrz nie zdobył tylu punktów, być może też nigdy nie doznał tylu prestiżowych porażek. Juventus Antonio Conte zawiesił się między włoskim niebem a europejskim piekłem.
Tomasz LIPIŃSKI
Żeby oddać wielkość Juventusu w Serie A, warto posłużyć się przykładem Romy. Pod jej adresem, tylko wicemistrza przecież, sypnęło pochwałami.
Wystartowała jak pociąg ekspresowy, nie traciła punktów, prawie nie traciła goli. Z dziesięciu pierwszych kolejek wycisnęła tyle, ile się dało. Jej nietykalność naruszyło dopiero Torino. Juventus szedł swoim rytmem. Tak jak doświadczony maratończyk, który wiedział, że zwycięstwo da umiejętne rozłożenie sił, utrzymanie właściwego tempa bez zrywów i szaleństw i szybkie pozbieranie się po nieuniknionych momentach kryzysu (…)
Przed rewolucją
Dwa lata temu i rok temu wielkim wygranym był bez wątpienia trener Conte. Teraz można go nawet uznać za przegranego. Bicie ligowych rekordów już specjalnie nie podniecało kibiców, natomiast czekali z wielkimi nadziejami na skok jakościowy w pucharach. Trener ich nie spełnił. Juventus w tym sezonie nie posunął się nawet o krok naprzód. Europa uciekła, a w Serie A znalazł się tak daleko z przodu, bo inni – z wyjątkiem Romy i momentami Napoli – się cofnęli. Pytanie więc brzmi: czy przyczyną rozczarowujących wyników w pucharach są ograniczenia finansowo-organizacyjne klubu, który oczywiście nie może równać się z możliwościami najlepszych w Hiszpanii, Anglii, Francji i Niemczech, czy tkwi ona w samym Conte nieumiejącym przestawić się na inne tory?
Żebyśmy poznali odpowiedź, Conte musi dać sobie jeszcze jedną szansę, bo to on po rozmowach z prezydentem Andreą Agnellim zdecyduje, czy zostać, czy odejść. Jeśli zdecyduje się dalej pracować, musi oddzielić grubą kreską to, co było, od tego, co będzie.