Wszystko wskazuje na to, że w niedzielne popołudnie byliśmy świadkami najlepszego jak do tej pory meczu w Premier League. Drużyna Bournemouth przegrywała z Liverpoolem już 0:2 i 1:3, jednak walczyła do końca i ostatecznie wygrała (4:3).
Juergen Klopp na pewno wymagał więcej od swoich piłkarzy (foto: Ł.Skwiot)
Podopieczni Juergena Kloppa od początku spotkania narzucili rywalowi swoje warunki gry i raz za razem gościli pod bramką Artura Boruca. Dominacja The Reds była tak duża, że wydawało się jedynie kwestią czasu, kiedy polski bramkarz skapituluje.
Na pierwszego gola czekaliśmy ostatecznie do 20. minuty, kiedy to gospodarzy napoczął Sadio Mane. Piłkarz Liverpoolu otrzymał świetne podanie z głębi pola, wpadł w pole karne i posłał piłkę tuż obok Boruca. Można było odnieść wrażenie, że reprezentant Polski mógł w tej sytuacji wyjść nieco odważniej w kierunku rywala.
Bournemouth nie zdołało się jeszcze otrząsnąć po stracie pierwszej bramki, a już goście zadali drugi cios. Tym razem Boruc nie popisał się na całej linii, ponieważ niepotrzebnie wybrał się na wycieczkę daleko poza swoje pole karne. Doświadczony bramkarz próbował zatrzymać na skrzydle Divocka Origiego, jednak przeliczył się z siłami i pozwolił by przeciwnik go minął, a następnie z ostrego kąta posłał piłkę do siatki.
Gospodarze za odrabianie strat wzięli się dopiero po zmianie stron. James Milner faulował w polu karnym Liverpoolu i sędzia tym razem nie miał wątpliwości (w pierwszej połowie arbiter popełnił błąd i nie podyktował ewidentnej jedenastki dla The Cherries) i wskazał na „wapno”. Do futbolówki podszedł Callum Wilson, który dał swojej drużynie nadzieję na korzystny wynik.
Riposta The Reds była jednak błyskawiczna. W 64. minucie kapitalnym uderzeniem popisał się Emre Can, który przymierzył idealnie w okienko i tym razem Boruc nie miał żadnych szans na skuteczną interwencję.
Miejscowi mogli się po stracie trzeciego gola poddać i dać sobie spokój z gonieniem wyniku, jednak o niczym takim nie było mowy. Na kwadrans przed końcem Bournemouth ponownie złapało kontakt dzięki trafieniu Ryana Frasera i kibice na Vitality Stadium mogli się szykować na emocjonująca końcówkę.
Długo czekać nie trzeba było, ponieważ minęło kilka następnych minut na tablicy z wynikiem już widniał remis (3:3). Fraser dograł w pole karne do Steve Cook, a ten mimo asysty kilku obrońców zdołał przyjąć piłkę i uderzyć tuż przy słupku. Loris Karius nie zdołał dobrze zareagować i gospodarze mogli się cieszyć z remisu.
Kiedy wydawało się, że wynik nie ulegnie już zmianie, gospodarze dobili Liverpoolu. W doliczonym czasie gry Karius popełni fatalny błąd i odbił piłkę, której nie miał prawa wypuścić z rąk. Dopadł do niej Nathan Ake, który przechylił szalę na stronę Bournemouth. Ależ powrót, ależ mecz!
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.