Kiedy Mario Balotelli cierpi za stare grzechy, Graziano Pelle odpokutowuje za chamstwo wobec selekcjonera, on nastroszył piórka niczym kogut i wpakował się do składu reprezentacji jak rozjuszony byk.
W sobotę Andrea Belotti strzelił osiemnastego i dziewiętnastego gola w 2016 roku (w tym jednego dla drużyny narodowej). Nie ma skuteczniejszego od niego Włocha. Ba, takiego dorobku może mu pozazdrościć większość zagranicznych gwiazd Serie A z Paulo Dybalą na czele.
Cały tort
Nazwisko argentyńskiej gwiazdy Juventusu padło nieprzypadkowo. Z Belottim łączy go wiek i Palermo. Piękni i prawie 23-letni na Sycylii znaleźli trampolinę do wielkiej kariery. Jak kiedyś Amauri, Edinson Cavani, Ezequiel Lavezzi czy Javier Pastore odbili się bardzo wysoko: jeden do Juventusu, drugi do Torino. Jeden wykonał skok za 32 miliony euro, drugi za 8, co dla nie lubiącego szastać pieniędzmi prezydenta Urbano Cairo było wydatkiem kosmicznym.
– Belotti nie jest wisienką na torcie, ale całym tortem – oceniał Cairo przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu i niechcący przygniótł nowego napastnika ciężarem odpowiedzialności i oczekiwań. Kiedy więc Dybala z marszu nakręcał ataki Juventusu, to Belotti cierpiał katusze za miedzą. Do końca 2015 roku uzbierał raptem dwa gole i nadzieje prysły, zamieniły się w krytykę. Zainteresowanie i sprowadzenie Ciro Immobile zwiastowało jeszcze gorsze czasy dla Belottiego. Stało się tymczasem dokładnie odwrotnie. W Immobile znalazł idealnego towarzysza do zabaw pod polem karnym przeciwników. Powracający z emigracji napastnik odzyskał regularność gry i miejsce w kadrze, z którą pojechał na Euro 2016, a Belottiemu rozświetliła się droga do bramki. Z dwunastoma golami został najlepszym strzelcem w zespole. Skąpy prezydent odetchnął z ulgą, bo przekonał się na własne oczy, że Belotti jednak umie i w pojedynkę też podoła i dlatego nie musiał wykupywać za grube miliony wypożyczonego Immobile.
W pierwszym półroczu za przebudzeniem Belottiego stało kilka głośnych budzików, ale ten najgłośniejszy zabrzmiał w derbach Turynu. Do nich Gianluigi Buffon przystępował z passą 926 minut bez puszczonego gola. Tuż po przerwie w polu karnym dał się sfaulować Bruno Peres, na boisku już nie było Immobile, pierwszego wyznaczonego do wykonania jedenastki. Maxi Lopez z Belottim między sobą szybko uzgodnili, kto bierze to na siebie. Wziął młodszy i na 974 minutach zamknął rekord wszech czasów. Zresztą karne stanowią jakby osobny rozdział w jego karierze. W Palermo podchodził do nich rzadko, chyba że pozwolił mu Dybala. Zresztą raz się pomylił. W Torino także długo się nie rwał, w kolejce przed nim stali starsi i bardziej doświadczeni, ale przełom nastąpił właśnie w derbach. Później to on brał piłkę, ustawiał na jedenastym metrze i był bezbłędny. Wpakował pięć na pięć.
Osiem świeczek
Kolejny zwrot nastąpił na inaugurację tego sezonu. Torino stoczyło na San Siro porywający bój z Milanem, a Belotti z Carlosem Baccą. Po hat-tricku Kolumbijczyka gospodarze prowadzili 3:2, po faulu na Belottim goście dostali rzut karny w 96 minucie. Napastnik przegrał pojedynek z Gianluigim Donnarummą, który tym samym stał się pierwszym od 1931 roku siedemnastolatkiem w ligowej historii z obronionym karnym. Zalanego łzami pechowca jeszcze na boisku pocieszał trener Sinisa Mihajlović, który na konferencji prasowej żartował, że Andrea będzie musiał po tej traumie odpocząć od jedenastek. Belotti na żartach się nie znał i spróbował tydzień później. Z Bologną wszystko mu wychodziło – w końcu strzelił trzy gole – poza karnym, który obronił Antonio Mirante. Na kolejną taką szansę Torino czekało do 6 kolejki. W bramce Wojciech Szczęsny z Romy, z którym jednak nie stanął twarzą w twarz Belotti. Nie dlatego, że się zraził czy przestraszył. Tłumaczył, że miał skurcze to po pierwsze, a po drugie bardziej na tym zależało Hiszpanowi Iago Falque, który mścił się na poprzedniej drużynie. Porządek rzeczy wrócił w minioną sobotę. Belotti tym razem nie zawiódł i na swoim torcie zapalił już ósmą w tym sezonie świeczkę.
Rozpycha się w czołówce klasyfikacji strzelców między Bośniakiem Edinem Dżeko, Argentyńczykami Mauro Icardim i Gonzalo Higuainem oraz Immobile już jako pełnoprawny reprezentant Włoch. Właśnie otrzymał trzecie powołanie od selekcjonera. Giampiero Ventura postawił go na nogi w Torino, tam wpoił, że chcieć to móc i w reprezentacji konsekwentnie poddaje obróbce jego talent. Zadebiutował w towarzyskim meczu z Francją, zmieniając Edera. Był początek września. Miesiąc później z Macedonią o punkty zagrał w podstawowym składzie i do wymęczonego zwycięstwa 3:2 przyczynił się golem na 1:0. Wkrótce – z Liechtensteinem i Niemcami ma raczej pewne miejsce obok dawnego kumpla z Torino.
Pomysł Jurka
Pochodzi z okolic Bergamo i w związku z tym próbował dostać się do szkółki piłkarskiej Atalanty, cieszącej się świetną opinią. Za wysokie to były progi, był za słaby, za niski, za wątły i musiał zadowolić się treningami w AlbinoLeffe, też w Bergamo. Wytrwał w tym klubie do 2013 roku, w tym czasie grał w Serie B i spadł do trzeciej ligi. Kiedy większość w poszukiwaniu lepszych szans migruje z południa na północ, on zdecydował się na kierunek odwrotny. Wylądował w Palermo. Najpierw wypożyczony, a po awansie do Serie A, do którego przyczynił się 10 bramkami (dwa razy więcej niż trapiony przez kontuzje Dybala) wykupiony. To mniej więcej wtedy przestał być Andreą Belottim, a został Gallo Belottim, czyli kogutem. Przydomek wziął się z charakterystycznego okazywania radości po strzelonych golach: z dłoni układa coś na kształt koguciego grzebienia. Ten pomysł podsunął mu kolega z dzieciństwa – Jurek Kogut, w tłumaczeniu na język polski.
I tak kogut z Torino pieje coraz głośniej i donośniej. Mówią i piszą, że przypomina Francesco Grazianiego. Będzie jeszcze bardziej przypominał, jeśli wystrzela tytuł ligowego króla, co tamtemu udało się w 1977 roku. Byłaby więc okrągła czterdziesta rocznica.