Krajobraz po porażce. Anglicy liżą rany i szukają powodów klęski
„Kryzys” – właśnie to słowo jest od kilku dni odmieniane w Anglii przez praktycznie wszystkie przypadki. Dumni Synowie Albionu, którzy jeszcze do niedawna byli przekonani o własnej wyższości nad resztą piłkarskiej Europy musieli przełknąć gorzką pigułkę i pogodzić się z faktem, że ćwierćfinały Ligi Mistrzów odbędą się bez ich udziału. Dlaczego tak się stało? Gdzie leży przyczyna i skąd wziąć lekarstwo na wyleczenie choroby, która – tak, to już pewne – toczy angielski futbol?
Jakości panowie, brakuje nam jakości – zdaje się mówić Mikel Arteta
O ile w poprzednich latach Wyspiarze otrzymywali więcej niż sygnały i widzieli na własne oczy pierwsze symptomy zaczynających się problemów, to nie podjęli żadnych kroków, by temu zaradzić. Błąd. To fakt, Premier League jest nadal ligą najbogatszą i najbardziej dynamiczną, a jej mecze ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Nie jest to już jednak najlepsza liga na Starym Kontynencie – nie można mieć co do tego żadnych wątpliwości. Wiele osób po ostatnich bojach angielskich klubów na arenie międzynarodowej przejrzało na oczy i dostrzegło, że problem jest bardzo poważny.
No bo jak to? Ćwierćfinał Ligi Mistrzów bez choćby jednego przedstawiciela Premier League? 1/4 finału Ligi Europy, czyli drugich co do ważności rozgrywek na kontynencie, także bez angielskiego klubu? Rzecz niesłychana i jeśli mamy być precyzyjni – niewidziana w Europie od lat. A przecież jeszcze nie tak dawno, bo w sezonie 2008-09 aż trzy miejsca w półfinałach Champions League zajęli dla siebie właśnie przedstawiciele ligi angielskiej. Minęło zaledwie kilka lat, kilka sezonów i wszystkie poległy już przed fazą ćwierćfinałową.
Porażki bolą – OK, jednak w tym przypadku chodzi o coś więcej. Chodzi o styl w jakim Anglicy żegnali się z pucharami. Liverpool odpadł jeszcze w grupie, a przecież obok Realu, jego rywalami byli piłkarze z Bazylei i Razgradu. Manchester City – mistrz kraju był o klasę, a nawet dwie klasy gorszy od Barcelony, natomiast faworyzowana Chelsea pod batutą Jose Mourinho dała się wyeliminować PSG, które w rewanżowym meczu na Stamford Bridge grało od 31. minuty w osłabieniu, a i tak okazało się lepsze.
Paradoksalnie, najbliżej awansu był Arsenal, który wygrał w Monaco (2:0), jednak pierwszy mecz przed własną publicznością przegrał (1:3). Jakim cudem? Jak to możliwe, by potrafiący grać naprawdę efektowny i efektywny futbol Kanonierzy skompromitowali się tak bardzo w jednym z najważniejszych meczów sezonu? (zdaniem wielu wylosowali najłatwiejszego rywala z możliwych). Teraz to już mało ważne, ponieważ czegokolwiek byśmy nie pomyśleli o grze piłkarzy Monaco, to oni, a nie chłopcy Wengera zameldowali się w najlepszej „ósemce”.
Gdzie leży problem?
Czy sposobem na uzdrowienie sytuacji jest wprowadzenie w Premier League przerwy zimowej? Od lat apelują o to menedżerowie, jednak robili to także wtedy, gdy ich drużyny wygrywały Ligę Mistrzów, ewentualnie walczyły o triumf do samego końca. Czemu nagle dzisiaj brak odpoczynku na przełomie grudnia i stycznia miałby być takim problemem? Czy nie jest to czasem szukanie taniej wymówki i zrzucanie winy na wszechmocną telewizję, która płaci ogromne pieniądze i wymaga, by grano co kilka dni? Na to niestety wygląda.
Natężenie spotkań na przełomie roku faktycznie jest ogromne, jednak po pierwsze: inne czołowe kluby w Europie wcale nie grają mniej, po drugie: krezusi z Premier League mają środki i możliwości (pieniądze i szerokie kadry), by odpowiednio szafować siłami swoich najlepszych piłkarzy.
Jeśli ktoś wierzy w to, że 2-3 tygodnie przerwy w rozgrywkach pozwolą Anglikom na skuteczną rywalizację w Europie, ten się niestety przeliczy. Likwidacja Boxing Day, meczów noworocznych, czy rozgrywanych tuż na początku stycznia spotkań Pucharu Anglii nie wchodzi w grę. A nawet gdyby tak się stało, to telewizje i reklamodawcy momentalnie zakręciliby kurek z mamoną, a to uderzyłoby w całą ligę – poza kilkoma wyjątkami, gdzie fundusze na funkcjonowanie klubów są umoczone w rosyjskim gazie lub arabskiej ropie. Premier League to dziś produkt najwyższej jakości, kochany na całym świecie, a skoro jest na niego zapotrzebowanie, to opowieści pod tytułem „zimowa przerwa” należy odłożyć na półkę z pozycjami science-fiction.
Rywalizacja na całego
Skoro nie brak przerwy zimowej, to co? Gdzie leży problem? A może chodzi o to, że Premier League jest ligą, w której panuje największa konkurencja? W każdej kolejce toczą się wielkie bitwy. Praktycznie co tydzień mamy okazję, by śledzić boje największych, a nawet jeśli giganci akurat nie grają ze sobą, to pod ścianą stawiają ich drużyny teoretycznie słabsze. Wyjazdy na Stoke, West Bromwich, Burnley czy West Ham to wyzwania nawet dla takich firm jak Manchester, Chelsea czy Arsenal. Na angielskich boiskach co kilka dni toczą się prawdziwe wojny – bez cienia przesady. Trup ściele się gęsto, trzeszczą kości, leje się krew i nie ma mowy o tym, by ktokolwiek odpuszczał.
Tu raz jeszcze dochodzimy do kwestii rotacji i szerokich kadr. Możliwości są, jednak nie zawsze trenerzy z ich korzystają. Jeśli gra się kolejno z Chelsea i Liverpoolem, a pomiędzy tymi spotkaniami trzeba walczyć w Europie, to każdy z menedżerów chce wystawić do boju swój najmocniejszy skład. Rezultat tego jest taki, że w którymś z takich spotkań największe gwiazdy mają momenty słabości, a to momentalnie odbija się na postawie całej drużyny.
Żeby nie było wątpliwości – Chelsea nie była zespołem o klasę gorszym od PSG, a Arsenal na pewno nie był słabszy od Monaco. W tych rywalizacjach naprawdę brakowało niewiele, by szala przeważyła się na drugą stronę. Wtedy pewnie o kryzysie i zapaści angielskiej piłki byśmy nie mówili, a to błąd. Przez kolejne miesiące na Wyspach pudrowano by rosnącego pryszcza, który wcześniej, czy później i tak by eksplodował.
O co więc chodzi? Odpowiedź wydaje się tak prosta, że aż trudno uwierzyć, że chodzi tylko o to. Angielskie zespoły – mowa tu oczywiście o tych czołowych – odstają po prostu poziomem od reszty gigantów europejskich. Jak na dłoni było to widać w dwumeczu Manchesteru City z Barceloną, gdzie Obywatele nie mieli absolutnie żadnych szans na awans. I tak można wymieniać dalej. Chelsea, Arsenal, Liverpool czy Manchester United – przykre to, ale taka niestety jest prawda – to półeczka niżej od Barcy, Realu i Bayernu. Reszta klubów także nie próżnuje. PSG i Monaco uznawane są za wschodzące potęgi, Juventus to cały czas uznana i solidna marka, która już w tym sezonie będzie walczyć o główne trofeum, a wszystko wskazuje na to, że i w Niemczech reszta stawki będzie powoli gonić Bayern – Wolfsburg, Schalke, Bayer i Borussia Dortmund na pewno będą w kolejnych sezonach pucharów odgrywać znaczącą rolę w Europie.
Słabość i odstawanie poziomem od najmocniejszych może dziwić. Wszak w Anglii jest praktycznie wszystko, by była to piłkarska kraina mlekiem i miodem płynąca. Pieniądze, kibice, atmosfera, odpowiednie warunki dla piłkarzy, piękne stadiony oraz coraz szersza fala młodych i utalentowanych Anglików. I o ile jakości wystarcza na wielkie szlagiery na krajowym podwórku, to już w konfrontacji na arenie międzynarodowej jest ona bardzo boleśnie weryfikowana. Nie na darmo, to właśnie w Hiszpanii i Bayernie Monachium grają obecnie najlepsi piłkarze świata.
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.