Przejdź do treści
Którędy na OIOM?

Polska Ekstraklasa

Którędy na OIOM?

Spektakularna porażka na Euro U-21 w ubiegłym roku, całkiem świeżutka klęska biało-czerwonych na rosyjskim mundialu, wreszcie ukoronowanie czarnej passy polskiego futbolu, czyli parada przez Europę i solidarne złożenie broni przez naszych pucharowiczów dzień po sierpniowym Święcie Wojska Polskiego.




Raptem dwa lata temu biało-czerwoni walczyli o półfinał mistrzostw Europy, a Legia Warszawa remisowała z Realem Madryt w Lidze Mistrzów. Jeśli ktoś zapyta, kiedy to wszystko się zepsuło, to zapyta niesłusznie, bo właściwsza byłaby teza: prysła bańka mydlana, sen się skończył i obudziliśmy się w starym wyrku, a chwilowa poprawa stanu pacjenta była znanym przez medycynę przypadkiem nagłego ozdrowienia tuż przed zgonem. 

– Prawda o naszym klubowym futbolu musi być niestety brutalna – uważa Władysław Żmuda, dziś 79-letni trener na emeryturze. Szkoleniowy mistrz Polski ze Śląskiem Wrocław 1977, Widzewem Łódź 1982, półfinalista Pucharu Mistrzów z RTS, zdobywca dubletu 1991 w Tunezji z Esperance Tunis i Trener Roku 1982 w Polsce. – Legia, która teoretycznie ma wszystko, na boisku wypada żenująco. Oglądałem pierwszy mecz z Dudelange i zastanawiałem się, o co chodzi. Czy oni grają przeciwko komuś? Nic z tego nie rozumiałem, widząc, jak drużyna z Luksemburga przemieszała mistrza Polski. 

SAMOZADOWOLONKO BEZ POKRYCIA

Trudno wrzucać do jednego wora porażki drużyn juniorsko-młodzieżowych, mundialową pierwszej reprezentacji i w końcu pucharowe nieporozumienie. Zresztą nawet to ostatnie należy potraktować mimo wszystko z rozróżnieniem – inną miarę przykładając do Jagiellonii, inną do Legii.

W przypadku drużyny narodowej obraz zaciemnił zarówno zabawny ranking FIFA, jak i Robert Lewandowski, który sam jeden nadał jakości drużynie, pozwolił na wyśrubowanie znakomitych wyników w kwalifikacjach, kiedy jego udział w bramkowych zdobyczach sięgał 60 procent. Znikał Lewandowski, znikała reprezentacja. Najłatwiej więc byłoby założyć, że już awans na wielką imprezę powinien być sukcesem.

– Ale my gramy nie mistrzostwa świata, tylko dookoła świata, bo do tego zdaje się zmierzać pan Infantylny, jak nazywam Gianniego Infantino – mówi Bogusław Kaczmarek. – To się robi oczywiście absurdalne, ale dzięki tym reformom kwalifikujemy się na kolejne turnieje. Bo nie jestem przekonany, czy nawet mając tak wybitnego zawodnika i superstrzelca jak Lewandowski, awansowalibyśmy na Euro z udziałem 16 zespołów czy mundial z 24. A jeśli chodzi o rosyjski czempionat, to Adam Nawałka niepotrzebnie zrobił z siebie męczennika i wziął całą winę na siebie. OK, dostał po głowie za zmianę taktyki na trójkę obrońców, ale co miał zrobić, jeśli nawet selekcjoner Danii publicznie zakomunikował, że reprezentacja Polski jest łatwa do identyfikacji. Norweg miał przecież do dyspozycji świetnego Eriksena i dziesięciu drwali, postawił szczękę na Lewym i koniec. Problemy leżą głębiej, niekoniecznie u Nawałki i jego taktycznych poszukiwań.

– Ja z kolei ciekaw jestem, czy Jerzy Brzęczek już otrzymał raport z mistrzostw świata, bo to akurat szalenie ważna sprawa – zauważa Żmuda. – Problemy faktycznie są głębsze, ale też całkowicie nie można znieść odpowiedzialności z selekcjonera. To detalista, wiedzą to wszyscy. Czy można jednak skupić się na tysiącu detali i wszystkie opanować, nie popełnić jakiegoś błędu i nic nie przeoczyć? Nie można. Patrzyłem na grę w tę słynną siatkonogę czy też tenisa nożnego w Arłamowie i widziałem, jak po przewrotce Szczęsny gruchnął o ziemię. Nic się nie stało, ale dziwiłem się, że trener nie reaguje. Dzień później gruchnął Glik i to był gwóźdź do naszej trumny. Z takich detali buduje się sukces albo porażka. Wszystkiego i tak nie zabezpieczysz, a chodzi mi o to, że skupiając się na owych detalach, można czasem nie objąć całości. Wielkie zasługi dla naszego futbolu w ostatnich latach położył Nawałka, ale też popełnił niewybaczalny błąd, nie potrafił zapanować nad samozadowoleniem, które ogarnęło kadrowiczów. Patrzyłem na te reklamy, spoty, śmigłowce i zastanawiałem się: a gdzie w tym wszystkim jest mundial? Przeżyłem to samo w Śląsku po zdobyciu mistrzostwa Polski. Poszedłem do rządzących klubem pułkowników i mówię, że widzę samozadowolenie piłkarzy. – Co robić – pytają. – Wymianę, wzmocnienia składu, transfery – mówię. – Nie ma kasy – słyszę. Odszedłem z klubu. 

Być może doświadczony szkoleniowiec dotknął sedna sprawy. Sa-mo-za-do-wo-le-nie, a właściwie nawet samozadowolonko. To grzech powszechny i śmiertelny, bo prowadzący do zguby. Wielu zastanawia się, co się dzieje z Legią. Dlaczego drużyna z zawodnikami o niewątpliwej jakości męczy się nawet w rodzimych rozgrywkach. Odpowiedzi trzeba być może szukać w mentalności, w owym zadowolonku. Transfer do Legii zmienia piłkarza polskiego, być może przestawia mu w głowie sposób myślenia. W jego mniemaniu legitymizuje piłkarską klasę, której później już potwierdzać nie ma powodu: wzięła mnie Legia, muszę być dobry. A jeszcze wokół mnie sami kozacy, więc nawet jeśli czasem odpuszczę, oni odrobią za mnie, wygramy umiejętnościami.

LIGA BEZ RAKIETY

Tyle że te umiejętności nie są na tyle duże, by pozwalały zawsze wygrywać, choć ich suma na dłuższym dystansie sprawia, że w sześciu ostatnich latach Legia pięć razy wygrywała ligę.

Ligę pięknie opakowaną, pokazywaną i reklamowaną, ale słabą. Debata o tym, jak podnieść jej poziom, toczy się właściwie od 30 lat, a w ostatnim czasie szczególnie przybierała na sile. Wprowadzano zmiany logistyczno-marketingowo-regulaminowe, które najczęściej ograniczały się do zmiany systemu rozgrywek. W ciągu
20 sezonów było ich kilka. Graliśmy ligą 18-, 16-, 14-zespołową, z barażami i bez nich, wracaliśmy do 16 drużyn, dzieliliśmy stawkę na grupy A i B (przy niekorzystnym układzie niektóre drużyny nie mogły spotkać się ze sobą przez cały sezon…), w końcu doszliśmy do systemu z siedmiolejkowym play-offem, ale też ewoluującym, bo najpierw z podziałem punktów, obecnie bez niego. Wszystko to, jak się okazuje, nie ma żadnego związku i znaczenia w przypadku podniesienia jakości rozgrywek, o czym przekonywał dobitnie cały poprzedni sezon, a kumulację amatorszczyzny otrzymaliśmy w sierpniu tego roku. 

– To wszystko ruchy pozorne – uważa Zbigniew Smółka, trener Arki. – Telewizja jest ważna, ale przecież liga słowacka pod względem medialności, stadionów etc. w porównaniu z nami jest w ciemnej dupie, a to oni sprzedają piłkarzy po 10 milionów euro, nie my. I jeszcze z nami wygrywają. Tylko że tam trafiają na przykład Brazylijczycy, a u nas funkcjonuje zapis o ograniczeniu zawodników spoza Unii Europejskiej. System rozgrywek? Proszę bardzo. 12 drużyn w Ekstraklasie, każdy z każdym gra cztery razy w ciągu sezonu. Dwie grupy po 16 zespołów w I lidze, z uwagi na podział geograficzny, bezpośrednio awansuje dwóch mistrzów. Do tego obowiązek posiadania w zespole czterech graczy U-21 dla pierwszoligowców i dwóch dla klubów ekstraklasowych.

– Szukamy, majstrujemy przy tych systemach rozgrywek ligowych zupełnie niepotrzebnie, bo nie tędy droga – oponuje Ireneusz Mamrot, trener Jagiellonii. – Może ma to wpływ na oglądalność, emocje, zainteresowanie, ale sportowo się nie przekłada. Jeśli mam auto, które wyciąga 100 kilometrów na godzinę, to nawet jak naleję mu paliwa rakietowego, szybciej nie pojedzie.

– Jedno zastrzeżenie, rzuciliśmy się na oglądanie ligi po miesiącu spędzonym z nosem przed telewizorem i kontemplacją mundialu, a to był przecież kosmos, więc łatwo teraz o zdegustowanie – mówi Smółka. – Niemniej mój odbiór tego, co się stało w rozgrywkach pucharowych, jest taki, że nie potrafimy „grać w piłkę”, to znaczy mamy ewidentny problem z atakiem pozycyjnym, z kreatywnością. Lech i Jagiellonia odpadły z honorem, bo nie były zmuszone do takiej gry. W przypadku Legii było inaczej, stąd klęski z rywalami ze Słowacji i – mimo wszystko przypadkowa – Luksemburga. Trenerzy w polskiej lidze często z powodu braku zaufania przełożonych zmuszani są do minimalizmu, zamiast uczyć gry w piłkę, nastawiają się na kontry. Zmuszeni jesteśmy uciekać wciąż z głową spod topora, więc stawiamy na walkę i szybkie ciosy. W lidze trwa bitwa, brakuje zawodników kreatywnych, wchodzących w pojedynki, podczas gdy w Europie to już nie są próby gry 1 na 1, ale wręcz 1 na 2. Jest mi tym bardziej przykro, że obserwuję pracę trenerów młodzieży i słyszę ich krzyk: – Nie drybluj, szukaj kolegów… Otóż nie, źle, właśnie drybluj!

Klęska w pucharach pozostanie długo w pamięci kibiców Legii. Najmniej do zarzucenia sobie mają w Białymstoku, bo Jagiellonia akurat wstydu w Europie nie przyniosła, a wyeliminowanie Rio Ave ma dla klubu wartość historyczną.

– Na pewno nie uważam, że przeszkodę dla polskich drużyn stanowi przygotowanie mentalne, jakaś bariera psychologiczna – podkreśla Mamrot. – My akurat najlepsze mecze z Rio Ave i Gentem zagraliśmy na wyjazdach. Problem leży gdzie indziej i odczułem go na własnej skórze. Otóż nasza liga nie jest tak wymagająca pod względem intensywności gry, dlatego potem w pucharach stykamy się z kompletnie inną rzeczywistością. Mam na myśli nie samo bieganie, ale kwestie czysto piłkarskie. Tam po prostu inaczej się przyjmuje piłkę, podaje mocniej i szybciej, a to nakręca tempo. W polskiej lidze zakładamy pressing i często udaje się odzyskać piłkę, tymczasem Belgowie nie mieli większego problemu, żeby spod naszego pressingu wyjść kilkoma podaniami, ponieważ to dla nich chleb powszedni. Starając się dorównać przeciwnikowi, rozegraliśmy cztery intensywne mecze, do tego dojdzie jeszcze, na tym poziomie, pewnie kilka w lidze…

OBCOKRAJOWIEC BEZ REFLEKSJI 

Jak bumerang wraca temat, w sumie dość zastępczy, zatrudniania zastępów przeciętnych obcokrajowców. Kiedy trafi się perła pokroju Danijela Ljuboi czy Vadisa Odjidji-Ofoe, to przynosi na tacy medal, ale potem ucieka. Tonaż stranierich tymczasem zawsze się zgadza, zmieniają się ewentualnie kierunki importu. Wyschło na przykład źródło z piłkarzami z Afryki, ale wpływ na to mają również uregulowania odgórne; dziś w polskiej Ekstraklasie na boisku nie może występować jednocześnie więcej niż dwóch zawodników spoza UE. Czy przypadkiem jednak nie szwankuje skauting, proces wyłuskiwania młodych Polaków z niższych klas? Czy nie jest faktycznie tak, że w niby biednej polskiej lidze tych pieniędzy jest… za dużo? A konkretnie czy nie za dużo idzie na potrzeby I zespołów – na pensje (zwłaszcza), premie, na sprowadzanie i sowite opłacanie przeciętnych graczy, na zasadzie: bo nas stać, więc bierzemy. 

– Największy problem jest w jakości klubów! – uważa szef PZPN Zbigniew Boniek. – Żeby to zmienić, potrzeba kompetentnych ludzi tam zatrudnionych. Prezesów, dyrektorów sportowych, ludzi, którzy mają koncepcje. Klubom się wydaje, że ściągną obcokrajowców i oni uratują polską piłkę. Jak to w ogóle jest możliwe? W kwalifikacjach europejskich pucharów widzieliśmy, jak uratowali. Ci kupieni cudzoziemcy jakoś Legii nie pomogli. I czyja to jest wina? Koncepcji klubu. Ja bym jutro zwiększył limit dla zawodników spoza Unii Europejskiej, ale poproszę o argumenty. Jakbym widział wielu takich piłkarzy na odpowiednim poziomie w Ekstraklasie, proszę bardzo. Ale nie widzę. Ci obcokrajowcy spoza Unii w polskiej piłce nie są do niczego potrzebni. Ilu jest takich, od których polski piłkarz może się czegoś nauczyć? Ośmiu? Jedyny ich atut jest taki, że najczęściej nie mają kontraktu, więc klubom łatwiej ich pozyskać. Znam ten argument, że w Ekstraklasie nie mogliby zagrać razem Neymar, Suarez i Messi, bo obowiązuje limit… W Ekstraklasie nie zagrają razem Neymar, Suarez i Messi, gdyż kluby nie chcą ich kupić, tylko chcą ich dostać w prezencie. Za darmo! Kluby mówią, że zniesienie limitu dla piłkarzy spoza Unii da im możliwość większego dotarcia do rynku. Do jakiego rynku? Za dobrego piłkarza trzeba zapłacić. Chcemy sprzedawać Polaków za kilka milionów euro, ale wziąć z zagranicy to najlepiej za darmo. A za darmo to tylko przychodzi piłkarski fajans.

Inna rzecz, że zarobki w coraz słabszej lidze są coraz wyższe. Aktualny rekordzista, Artur Jędrzejczyk, może liczyć na roczne wynagrodzenie sięgające niemal 3,5 miliona złotych. Szacuje się, że średnie i z grubsza tylko porachowane uposażenie w I zespole mistrza Polski to około 150 tysięcy miesięcznie. Najlepszy piłkarz poprzedniego sezonu w Ekstraklasie, czyli Carlitos, ma ponoć więcej, bo 50 tysięcy, ale euro (na początku w Wiśle Kraków miał 30 tysięcy złotych…). Tymczasem jeszcze 15 lat temu najlepszy pod tym względem ligowiec, Maciej Żurawski, mógł liczyć na niespełna 100 tysięcy złotych, od ładnych jednak kilku lat to Legia podbija stawki i – tym samym – psuje rynek. Porażająca jest lektura raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu 2017″. Legia w sezonie 2016-17 przeznaczyła na zarobki piłkarzy 60,1 miliona złotych, co oznaczało niemal dwukrotny wzrost w porównaniu ze stanem rok wcześniej. 661 tysięcy złotych kosztował warszawskiego skarbnika każdy zdobyty w sezonie 2016-17 punkt, a dla porównania, wicemistrzowska Jagiellonia wydała tylko 121 tysięcy. 

– W przypadku Legii w poprzedniej i obecnej edycji europejskich pucharów założenia nie zostały zrealizowane. Można więc powiedzieć, że jeśli masz piłkarzy zarabiających takie pieniądze, powinni zagwarantować sukcesy na boisku, a skoro nie gwarantują, przepłacasz. Ale to tylko teoria – mówi właściciel i prezes Legii Dariusz Mioduski. – Materia jest bardziej złożona. Żeby osiągnąć to, co zakładam, muszę zapłacić tyle, by otrzymać, przynajmniej na papierze, poziom sportowy, który pozwoli mi na realizację celów. Brakuje natomiast dopływu zawodników z Polski gotowych do rywalizacji na poziomie międzynarodowym. Jeśli byłby on szeroki, wtedy moglibyśmy mówić o obniżeniu kosztów, moglibyśmy budować kadry w oparciu o polskich piłkarzy. Nie ma dziś trzech drużyn w Polsce, które mogłyby się oprzeć o Polaków przy jednoczesnej gwarancji, że wejdą do fazy grupowej europejskich pucharów. Gdybyśmy mieli w lidze Polaków gotowych grać w Ekstraklasie za te „przepłacone” pensje, reprezentujących poziom uprawniający do skutecznej rywalizacji na arenie międzynarodowej i byłoby ich tylu, aby stworzyć z nich drużynę, tak byśmy robili.

Żmuda: – Mam wrażenie, że dużo się płaci przeciętnym zawodnikom. W starym Widzewie mieliśmy trenera, który jeździł po Polsce, a potem przedstawiał mi listę najbardziej utalentowanych zawodników, jakich spotkał. W drugim etapie wysyłałem na obserwację swojego asystenta, a na koniec jechaliśmy obejrzeć delikwenta ja i prezes Ludwik Sobolewski. Dziś piłkarzy zaprasza się na testy, często ograniczając się do obejrzenia płyty z kompilacją najlepszych zagrań. 

– Trzeba się rozglądać po niższych klasach – nie ma wątpliwości Smółka. – Oczywiście, generalnie mniej tam jakości niż w Ekstraklasie, ale to naturalne. Według moich szacunków średnia pensja w I lidze to 10-12 tysięcy złotych netto, w Ekstraklasie – 35 tysięcy. To jak w salonie Seata i Audi – wiadomo. Ale też nie mam wątpliwości, że w Ekstraklasie jest wielu takich, którzy w niej grać nie powinni, a z kolei w niższych klasach sporo takich, którzy by sobie poradzili półkę wyżej. A propos, gdzie jest teraz Majecki? To chyba największy talent bramkarski, jaki widziałem, a ostatni mecz mistrzowski grał jeszcze w Mielcu. Ja wiem, że trudno mieć zastrzeżenia do Arka Malarza, ale czy Radek nie mógłby być „dwójką”, bronić w pucharach? Ci młodzi powinni grać, najlepiej w Ekstraklasie, ewentualnie gdzieś niżej. A tak mamy, proszę prześledzić, bramkarzy-oldbojów, zaś rodzynków typu Loska jest niewiele. W Arce przetestowałem graczy wypożyczonych, wybrałem czterech z roczników 2000-01 i włączyłem do I zespołu. Fajnie pokazał się Młyński, ale jeśli się nie przebije, to powiedziałem mu, że na mecze-wycieczki nie ma sensu bym go zabierał. Lepiej niech gra w CLJ albo w I lidze na wypożyczeniu. Byle grał. U nas tymczasem ledwie który się wybije, natychmiast rusza za granicę. Gdzie jest Kapustka? Nam się w ogóle wydaje, że mamy mnóstwo talentów, tymczasem tak nie jest. Byłem zimą w Chelsea, spotkałem się z tamtejszym trenerem-koordynatorem. Rozmawiamy o bramkarzu Marcinie Bułce i mówię mu, że w Polsce to jeden z trzech-czterech największych talentów w tym roczniku. A on mi na to, że w Anglii mają takich trzydziestu. 

FIZYCZNOŚĆ BEZ SENSU

Cokolwiek by mówili rodzimi specjaliści od przygotowania fizycznego, fakty zdają się świadczyć przeciw nim. Wciąż słyszymy, że w tej dziedzinie w niczym nie ustępujemy tak zwanemu Zachodowi, że błyszczymy wiedzą na konferencjach i panelach, tudzież szkoleniach międzynarodowych organizowanych z zakresu wiedzy o przygotowaniu motorycznym, ale potem wyłazi szydło z wora. Na boisku nie ma już pięknych i mądrych słów, jest tylko słabość lub siła. W ubiegłym roku zwolniony z Legii został trener przygotowania fizycznego Sebastian Krzepota. Minęło trochę czasu i dziś sami kibice domagają się zwolnienia specjalistów od motoryki, którzy przygotowywali zespół do nowego sezonu. Reprezentacja Polski zawiodła na mundialu także dlatego, że nie wyglądała na optymalnie przygotowaną do trudów i wysiłków meczowych. Łukasz Piszczek w wywiadzie dla WP SportoweFakty powiedział wprost: – Zawiodło przygotowanie fizyczne. Nie miałem dynamiki, nie była na takim poziomie jak normalnie. W inny sposób nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie byłem w stanie dać z siebie nic więcej, naprawdę. Nie rozumiałem tego, ale nie byłem w stanie tego zmienić… 

Wywołany niejako do tablicy Remigiusz Rzepka, odpowiedzialny w kadrze Adama Nawałki za ten aspekt, ripostował, że w porównaniu z Euro 2016 pracował z zawodnikami już dwa lata starszymi, którzy w dodatku w czasie całego sezonu mieli określone problemy, poza tym sami nie zgłaszali mu na bieżąco zastrzeżeń. Konkluzja wygłoszona w „Przeglądzie Sportowym” brzmiała: – Z przygotowań do turnieju jesteśmy zadowoleni… Zastanawialiśmy się ze sztabem i, jeśli chodzi o miejsca zgrupowań oraz charakter jednostek treningowych, niczego byśmy nie zmienili… W każdym meczu w Rosji przebiegliśmy porównywalny dystans do przeciwników – zarówno globalnie, jak i na wysokich intensywnościach czy sprintach… Nie zauważyliśmy sygnałów przetrenowania czy niedotrenowania.

Jeśli jednak rację ma Piszczek, jeśli rację mają oglądający z boku zespół kibice, jeśli rację ma Zbigniew Boniek oceniający, że w meczu z Senegalem piłkarze wyglądali na przymulonych, to wniosek jest prosty – skoro creme de la creme, czyli preparatore fisico numero uno w najważniejszej z najważniejszych drużyn, zawiódł (a zastrzeżenia pod jego adresem zgłaszano już po turnieju Euro 2012; przy czym – bądźmy uczciwi – żadnych po ME 2016), to czego wymagać od klubowych fachmanów?

Wszyscy jednak owi fachmani, specjaliści od monitorowania, dawkowania i układania mogą mówić, co chcą, natomiast Orest Lenczyk, chwilowo – bo z nim nigdy nic nie wiadomo – na piłkarskiej emeryturze, przepytywany na okoliczność ostatnich cudów w polskim futbolu, rzekł (za WP Sportowe Fakty): – Skoro wszyscy zawodnicy byli tak świetnie przygotowani, to dlaczego byliśmy najgorszą drużyną na całym mundialu? A taka jest moja opinia… Patrzyłem z boku i zawodnicy wyglądali tak, jakby przyjechali na zgrupowanie w zupełnie innym momencie przygotowań i zostali wrzuceni do jednego worka. Myśli pan, że ktoś sprawdził, w którym momencie sezonu są różni piłkarze? – zastanawia się szkoleniowiec, który nawiasem mówiąc, nie ma wątpliwości, że polski zawodnik jako taki zwyczajnie cofnął się w rozwoju. 

Nie można wszakże wykluczyć, że problem leży gdzie indziej, głębiej, u podstaw wszystkiego, czyli w dzieciństwie. Leszek Dyja, zaufany człowiek nowego selekcjonera Jerzego Brzęczka, twierdzi, że obecne pokolenia są kompletnie innym materiałem niż te, które wykuwały kondycję w kopnym śniegu w latach 70. i 80. – Kiedyś dzieci przez pół dnia nieświadomie robiły sprawność – na drzewach, płotach, boiskach. Dziś są sprawni, ale na konsoli. Kiedyś na WF trzeba było wykonać skok przez kozła, skrzynię, wdrapać się na linie… Poza tym wcinaliśmy owoce prosto z drzew, czyli naturalne witaminy, aż nam się uszy trzęsły. Teraz są tylko substytuty. Więc jak wówczas piłkarze szli w góry, to wychodziło im na zdrowie. Gdybyśmy puścili na szczyty dzisiejszych futbolistów, to nie byłoby ich potem jak i czym zbierać…

– Ja nie miałem w Widzewie speca od motoryki, wszystko sam robiłem, często na wyczucie – mówi Żmuda. – Prowadziłem, i dotąd wszystkie posiadam, zapiski treningów, notatki z meczów swoich zespołów i przeciwnych. Na zajęciach robiłem z zawodnikami takie rzeczy, że dzisiejsi szkoleniowcy za głowy by się łapali. Przyznam szczerze, że obecnie, w dobie teorii o świeżości itd., pewnie bym się na to nie odważył, ale wówczas efekt był.

Mamrot: – Zwróćmy uwagę: drużyna przegrywa i natychmiast wypływa temat przygotowania fizycznego. Piłkarze narzekają wówczas, że nie najlepiej się czuli fizycznie, a dziennikarze oczywiście podchwytują zagadnienie. Tymczasem ja twierdzę, że akurat nasi specjaliści od przygotowania fizycznego nie są gorsi od tych z zachodniej Europy. Dziwnym trafem tam jakoś ten temat w ogóle nie jest poruszany. Nikt się tam nie zastanawia, czy Manchester United jest dobrze przygotowany do sezonu pod względem fizycznym, czy nie, a raczej czy jest dobrze zestawiony, czy udane były transfery. Przychodzi Guardiola do City i przegrywa pierwszy sezon. Ale jednocześnie rozeznaje się w sytuacji. Potrzebował bramkarza za 70 milionów, to go kupił. Montuje zespół, tworzy go, ale ma czas, nikt go nie zwalnia. 

ZABAWA BEZ TRENERA

Tu dochodzimy do kolejnej historii, czyli stażu pracy trenerów w polskiej lidze. Niecierpliwość prezesów, właścicieli, uleganie presji kibiców, szukanie najłatwiejszych rozwiązań prowadzi do sytuacji komicznych, które przerabialiśmy w poprzednim sezonie w wielu klubach. Zapewne karuzela rychło znów się rozpędzi, ponieważ właściciele i prezesi nie zwracają uwagi na obiektywne trudności, idą zazwyczaj po linii najmniejszego oporu. W mistrzowskim dla Legii sezonie drużynę prowadziło trzech szkoleniowców. Kończył asystent, którego chwilę po rozpoczęciu nowych rozgrywek zastąpił kolejny asystent. 

– Po zdobyciu mistrzostwa Polski z Widzewem w 1982 roku straciłem pięciu podstawowych zawodników, w tym między innymi Bońka – opowiada Żmuda. – Z Sobolewskim zaczęliśmy planować strategię na przyszłość i prezes powiedział: – Daję ci dwa lata na przebudowę drużyny… Jego nie interesowało aż tak bardzo mistrzostwo, chciał grać w Europie, bo to stanowi motor postępu drużyny. Na wiosnę 1983 roku wyeliminowaliśmy mistrza Anglii – Liverpool i z Juventusem walczyliśmy o finał Pucharu Mistrzów. A dziś? Spokojną politykę, bez ciśnienia, stawiając na ciągły rozwój prowadzi Jagiellonia, mam nadzieję, że i Górnik podąża tą drogą. 

Mamrot: – Legia grała w Lidze Mistrzów, ale już rok później straciła trzon zespołu. Podczas gdy z Realu odszedł bodaj jeden zawodnik. Górnik rozegrał fajny sezon w Ekstraklasie, ale już w europejskich pucharach musiał radzić sobie bez swoich trzech niezwykle ważnych zawodników. OK, takie są uwarunkowania ekonomiczne, ale nie oczekujmy cudów. 

A propos trenerów, to często podnoszony jest problem ich kwalifikacji, względnie wynagrodzenia, zwłaszcza na najniższych stopniach drabinki. Boniek prezesem PZPN został w 2012 roku. Przez sześć lat jego prezesury zmieniło się sporo. Reorganizację przeszła Szkoła Trenerów, powstał Narodowy Model Gry, do którego wydawane są suplementy, na terenie Polski działa około 30 Akademii Młodych Orłów, w których bezpłatnie mogą trenować najzdolniejsze dzieci. Warto również wyjaśnić, dlaczego tylko 24 trenerów rocznie może otrzymać licencję UEFA Pro, uprawniającą do pracy w Europie. Wynika to z obostrzeń UEFA, PZPN niewiele tu może zrobić. Choć i tak udało się uzyskać pozwolenie na rozpoczynanie dwuletniego kursu raz w roku. Wcześniej nowy kurs UEFA Pro mógł rozpocząć się dopiero po zakończeniu poprzedniego, czyli raz na dwa lata. Pytanie jednak, czy dostęp do wiedzy nie powinien być tańszy, a dla szkoleniowców pracujących z dziećmi wręcz darmowy.

– Jak dam komuś prawo jazdy za darmo, to będzie on lepiej jeździł samochodem? Trener to jest zawód, a uzyskanie zawodu często kosztuje duże pieniądze – grzmi Zibi. – Tymczasem najtańszy kurs PZPN to koszt 250 złotych. Federacja na terenach województw opłaca trenerów-koordynatorów, trenerów-edukatorów. Mamy mobilne AMO, w każdym organizowanym przez PZPN treningu bierze udział dwóch szkoleniowców. I chcemy też doszkalać innych szkoleniowców. Tyle że niedawno w jednym z województw na takim spotkaniu na stu możliwych trenerów pojawiło się sześciu! Przestańmy myśleć, że gdy trener pracujący w małej miejscowości dostanie 2000 złotych od PZPN zamiast 500, które teraz zarabia, to się zmieni cała polska piłka. Brednie! Pieniądze zaoszczędzane przez kluby na trenerach są wydawane na inne rzeczy, często bezsensowne. To wynika ze strategii klubu. Szkoleniowców w klubach przecież nie będzie opłacał PZPN. Przez wiele lat polską piłkę toczył kryzys, wynikający także z braków trenerów. Dziś największymi krzykaczami są ci, którzy od 20 lat nie wychodzą z domu, a gdy już to się dzieje i robią trening, to rzucają piłkę i tyle. I jak PZPN chce zrobić kurs doszkalający, krzyczą, że chce im zabrać pieniądze. Mamy dobrą metodologię zajęć z młodzieżą. Tyle że już pojawia się „polski” problem. Trenerzy z akademii prywatnych, czyli biorący od rodziców pieniądze za udział ich dzieci w zajęciach, zamiast wysłać dzieciaki na korepetycje, tak można traktować AMO, wolą powiedzieć: a po co tam w ogóle chodzić. Młodzież między 12 a 15 rokiem życia zaczyna poważnie myśleć o grze w piłkę. I tu do gry wchodzi szkolenie w klubach. PZPN zmienił reprezentacje województw na U-13 i U-14, żeby wyłowić wszystkich najlepszych młodych piłkarzy. Mamy ich zapisanych w systemie, nikogo nie zgubimy. Najlepszych zapraszamy na letnie i zimowe akademie. Dla młodzieży od 15 roku życia zrobiliśmy trzy centralne ligi juniorów, całkowicie finansowane przez PZPN. Opłaty sędziów, pomoc w przejazdach i dofinansowanie klubów, nagrody pieniężne bierze na siebie federacja. Z kolei od wieku 18 lat zaczyna się piłka poważna. PZPN zrezygnował z jakichkolwiek opłat za przejście zawodników z klubu do klubu do 12 roku życia. Zmieniliśmy zasady ekwiwalentu za wyszkolenie. Rejestracja piłkarzy młodzieżowych jest gratis. Od stycznia natomiast wejdzie w życie przepis, na mocy którego zmodyfikowane zostaną wszystkie ekwiwalenty za wyszkolenie. Będzie dotyczył rynku wewnątrzkrajowego, ale także piłkarzy dorosłych bez kontraktu. Chcemy w ten sposób pobudzić rynek, zmniejszyć koszty klubów przy pozyskiwaniu zawodników z kraju.

DZIECI BEZ SELEKCJI 

Coraz więcej klubów dojrzało do prowadzenia akademii. Szkółka szkółce jednak nierówna, a poza tym nie mniej ważna od murów i trawników jest zmiana mentalności ćwiczących i ich nauczycieli. Za zmianą systemu szkolenia pójść musi, a właściwie to nawet kroczyć przed nią, inwestycja w piłkę na poziomie dziecięcym i młodzieżowym. Przede wszystkim młodzi adepci futbolu muszą zacząć się uczyć grać w futbol, bo nie operujemy tak futbolówką jak inne nacje, zamiast tego ciągle ględzimy o taktycznych niuansach. Tymczasem dzieci, bez względu na osiągane warunki fizyczne – zmienne przecież aż do osiągnięcia dojrzałości – winne otrzymywać swobodę myśli i ruchu, tak by dorastając, były zaopatrzone w piłkarską wyobraźnię, a umiejętności techniczne nie powstrzymywały ich od ryzykownych decyzji. 

– Jedna sprawa: popełniamy błąd, myląc ruch, zabawę, rekreację z poważnym treningiem, bo ten powinien być zarezerwowany tylko dla jednostek – podkreśla Smółka. – Koncentrujmy się na wybitnych i oddawajmy ich w ręce świetnie opłacanych specjalistów. Nie liczba, ale jakość. W Szwajcarii jeden trener przypada powiedzmy na grupę 8 chłopców, a nie 28. Selekcja! Jak widzę u nas superchłopaka ćwiczącego w grupie, w której jest dwóch dziesięciolatków po 80 kilo każdy, to jest to moim zdaniem bez sensu, bo on już powinien być wyselekcjonowany i wyjęty z tej grupy.

W Niemczech – dane za książką „Tor” – po klęskach w latach 1998-2000 zajęli się błyskawicznie reanimacją. DFB wprowadził program szkolenia młodzieży wzorowany na Francji i Holandii, zatrudnił 400 dodatkowych trenerów, wydał 1,5 miliona euro na stworzenie 120 baz treningowych dla dzieci niezrzeszonych w klubach, by mogły pracować ze specjalistami, i jeszcze każdemu z regionalnych związków dał około miliona euro na poprawę skautingu i szkolenia na poziomie U-13. Wszystko po to, by sito miało naprawdę drobne oczka… 

– Więcej jakości powinniśmy oczekiwać od młodzieży wchodzącej do futbolu – uważa Mamrot. – Niby wyławianie talentów i skauting się poprawiły, ale wciąż są jeszcze rezerwy. Przy czym nie zrzucałbym odpowiedzialności na rzekomo gorszy materiał genetyczny, bo z tym nie jest źle. Rozmawiam czasem z czeskimi trenerami, więc mam porównanie. Werner Liczka powiedział, że kiedy zaczynał pracę w Polsce, to w zespole na 10 zawodników miał 7 o określonych i zadowalających parametrach szybkościowych, a w Czechach zaledwie trzech. Bo tam wysportowany chłopak ze smykałką jest rozrywany przez trenerów piłkarskich i hokejowych, i często stawia na łyżwy. Dlatego wybierać za bardzo Czesi też nie mają w kim. Zgadzam się więc, że ważny jest system szkolenia, a konkretnie inwestycja w bazy, akademie, a przede wszystkim trenerów młodzieży. Dla mnie to ktoś ważniejszy od trenera seniorów. Bo ja krzywdy piłkarzowi nie zrobię, ale w juniorach można. Moje błędy ktoś naprawi, trenera młodzieży – nie. Dlatego istotne jest, by zarabiali tyle, żeby nie zerkać w stronę seniorów, by nie marzyli o pracy w II, I lidze czy nawet Ekstraklasie. By byli gotowi na pracę z dziećmi nawet przez całe życie i nie musieli łapać roboty po godzinach. I żeby pracowali spokojnie, nie odczuwając presji wyniku lub rodziców krzyczących i dyrygujących za linią, podczas gdy sami nigdy piłki prosto nie kopnęli. 

DZIAŁANIA BEZ ODPOWIEDZIALNOŚCI?

Temat szkolenia młodzieży to temat rzeka. Polski piłkarz jest produktem niekompletnym. Jacek Magiera, prowadząc Legię, uczył doświadczonych zawodników z Polski określonych zachowań na boisku. Nie mógł się nadziwić temu Thibault Moulin, który identyczną wiedzę nabył, mając… 14 lat. Nie ma w tym przypadku, że kolejni zawodnicy wyjeżdżający z Ekstraklasy do lig zachodnich muszą odczekać, zanim dostaną szansę gry. Tak było z Janem Bednarkiem, Dawid Kownacki też powinien grać więcej, o Bartoszu Kapustce nie wspominając. A przecież to samo dotyczyło Arkadiusza Milika, Kamila Glika, nawet Piszczka. Wypracowanie pozycji w silnych ligach zajęło im sporo czasu. Nie dlatego, że brakowało im talentu, bo właśnie na ich talencie polskie kluby zarabiają, ale dlatego, że na dzień dobry nie byli gotowi do rywalizacji na wysokim poziomie. Pytanie, kto ponosi za to odpowiedzialność. Kluby czy Polski Związek Piłki Nożnej?

– Za jednostkę treningową nie jest odpowiedzialny PZPN, z wyłączeniem Akademii Młodych Orłów, my piłkarzy nie szkolimy. My dajemy wiedzę trenerom, ale co potem z nią robią, nie jesteśmy w stanie kontrolować – mówi Boniek. – Jednostki treningowe, nie wiadomo dlaczego, nie mają intensywności. Jako PZPN mamy wpływ na schematy, na koncepcję, a nie jednostkę treningową. Jak nauczyciel zamknie klasę i prowadzi lekcje, to kto ma niego wpływ – Ministerstwo Edukacji Narodowej? Są różni trenerzy, niektórzy obrzucają znacznikami boisko, wygląda to jak lotnisko, ale generalnie jest to zabawa. A inny poprzez system gier i zabaw wprowadzi taką intensywność, że młody chłopak będzie pracował na takim poziomie tętna jak na Zachodzie. My mówimy, jak to zrobić, uczymy, podpowiadamy. I mogę ze wszystkimi dyskutować na temat koncepcji. Bo sama się nie zrobiła, PZPN ją zrobił. Natomiast szkoleniowców pilnować powinny kluby. To kluby muszą wiedzieć, kogo zatrudniają, jak wygląda natężenie jednostki treningowej. Tu daje jednak znać o sobie polska mentalność. Kilkanaście lat temu niektórzy trenerzy kończyli AWF, mieli po dwadzieścia kilka lat. Wiadomo, jak jest na studiach: fajnie, wesoło, prywatki, przy okazji zostali panami magistrami z tytułem trener II klasy. PZPN mówi: musisz zrobić kurs wyrównawczy, dużo się od tego czasu zmieniło. Trenerzy wolą jednak pluć na związek, że zabrania się im prowadzenia drużyn. Każdy w życiu musi się dokształcać, nie tylko trenerzy. A dokształcanie się na kursach PZPN jest prawie najtańsze w Europie. Jeżeli klub posiada trenera młodzieży, którego trening polega na tym, że piłkarze robią slalom i strzelają na bramkę, jaki na to wpływ może mieć PZPN? Tylko taki, że jak to widzę, to mnie szlag trafia! Nic więcej nie mogę zrobić, ja tych ludzi nie zatrudniam. 

Prezes Legii sprawę widzi jednak inaczej: – Popatrzymy na to, co się stało w Belgii czy w Niemczech. Czy to kilka klubów wzięło się do kupy i zrobiło różnicę, a federacja i inne instytucje nie miały z tym nic wspólnego? Oczywiście, że nie. Profesjonalne kluby szkolą pięć procent, może trochę więcej, wszystkich dzieci grających w piłkę. To gdzie w takim razie leży problem – w klubach czy jednak gdzieś indziej? Wciąż słychać, że kluby są problemem, trenerzy nie chcą się kształcić… A z tego, co widzę, trenerzy bardzo chcą się kształcić. Pytanie tylko, czy mają gdzie, od kogo, czy jest w jakiś sposób skoordynowane, czy stoi za tym wszystkim myśl.

NA GÓRZE BEZ KONSENSUSU 

Kiedy prezesem Ekstraklasy SA był Dariusz Marzec, a przewodniczącym rady nadzorczej Maciej Wandzel, na linii liga – PZPN trwała wojenka. Zmiany w spółce organizującej rozgrywki ligowe ją wyciszyły, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nadal obie te instytucje nie mówią jednym głosem. Nie obserwujemy frontalnego ataku jednej strony na drugą, niemniej różnica zdań wciąż istnieje. Polskiej piłce to nie pomaga. Kluby od dawna próbują przekonać prezesa Bońka do zwiększenia limitu dla piłkarzy spoza Unii Europejskiej, szef PZPN w lipcu zaproponował, że limit można zmienić, ale pod warunkiem wprowadzenia do Ekstraklasy przepisu o grze młodzieżowca. Na to z kolei zgody nie wyraziły kluby.

– Kluby Ekstraklasy i może kilka z pierwszej ligi powinny być traktowane jako normalne komercyjne przedsięwzięcia, zarządzane zgodnie z regułami rynku, na którym funkcjonują. Ingerencja zewnętrzna w ich zarządzanie, czyli mówienie, jakich zawodników mogą sprowadzać, a jakich nie mogą, ilu mają mieć w kadrze obcokrajowców, jest bez sensu – uważa Mioduski. – Natomiast to jest tylko wierzchołek góry. Na dole ktoś musi szkolić zawodników. Mogą oczywiście robić to komercyjne kluby, być może jednak któreś z nich nie mają na to ochoty. Ja tak tego nie widzę, nie wyobrażam sobie funkcjonowania Legii bez silnej akademii, generalnie jednak każdy powinien podjąć decyzję w tym względzie indywidualnie. Bo to jest ostatecznie prywatny biznes. Nie widzę powodu, żeby narzucać taki czy inny model. Ale można na przykład motywować, stworzyć system, w którym powiedziane będzie, że jak będziesz szkolił Polaków, będziesz miał z tego określone korzyści. I kluby na forum Ekstraklasy suwerennie zdecydowały, że dadzą wspólne pieniądze tym, którzy grają większą liczbą młodzieżowców. Tyle że to nie rozwiąże problemów polskiej piłki, one zaczynają się dużo wcześniej. Z naszego systemu, są od tego wyjątki, nie wychodzą piłkarze, którzy powinni wychodzić w 38-milionowym kraju.

Najgorsze jest to, że w kolejnych latach coraz częściej będzie dochodziło do sytuacji, w której żaden z polskich zespołów nie będzie kwalifikował się do faz grupowych Ligi Europy i Ligi Mistrzów. Od tego sezonu obowiązują nowe zasady kwalifikacji, na ich mocy awans do Champions League dla polskiego klubu jest klasyczną mission impossible, a i droga do LE została utrudniona, bo we wcześniejszych rundach kwalifikacji trafiamy na silniejszych rywali. 

Boniek: – Kiedy kluby przegrywają w Europie, od razu podnoszony jest temat szkolenia młodzieży w Polsce. Dla mnie to jest kompletny brak rozumu! W ostatnich kilku latach obowiązywała tak zwana reforma Platiniego. Miałem zasługi w jej wprowadzeniu, bo kiedy Michel zdecydował się kandydować na stanowisko prezydenta UEFA, podpowiedziałem mu rozwiązanie pozwalające słabszym zespołom, na przykład z Europy Środkowej, na łatwiejszą drogę do faz grupowych Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Tyle że z tego systemu najmniej skorzystały polskie kluby. W tym roku reforma Platiniego już jednak nie obowiązuje. Wielkie federacje, wielkie kluby buntowały się, że muszą grać z drużynami-meteorami, czyli wchodzącymi do rozgrywek, przegrywającymi po 0:5 i znikającymi. A jako że system Platiniego nie został przez nasze kluby wykorzystany, nie sprawił, że możemy wystawiać więcej zespołów w Europie, nie sprawił, że są one rozstawiane w późniejszych fazach eliminacji, to znaleźliśmy się w momencie, w którym należy się przygotować na to, że ta sytuacja może trwać. To znaczy, że takie lato jak obecne dla polskich klubów będzie się powtarzać z większą regularnością. Porażki Legii, Lecha, Jagiellonii, Górnika w Europie nie mają nic wspólnego z obowiązującym systemem szkolenia! Nie ma tak, że zmienimy szkolenie na dole, a jutro wygra Legia czy Lech. Trzeba się zastanowić, czy mamy jakość w klubach. Czy wiemy, jaką mamy strategię, kogo kupić, jak kupić, kto jest nam potrzebny, co ma dać drużynie, czy trener jest wymagający, czy przeprowadza jednostki treningowe na odpowiednim poziomie, czy jego pozycja jest silna? 

PROBLEM BEZ DYSKUSJI

A to wszystko według Zibiego nie ma nic wspólnego ze szkoleniem. Z polskich klubów na Zachód wyjeżdżają piłkarze mający 15, 16 lat, nie dlatego, że są źle szkoleni? Problem polega na tym, że kluby nie są w stanie ich zatrzymać i szkolą na eksport. Nie bardzo wiadomo, jak to zmienić. 

– BATE Borysów awansowało do Ligi Mistrzów, Karabach Agdam też, ale czy to znaczy, że na Białorusi i w Azerbejdżanie lepiej szkolą młodzież? Te kluby sprowadzają odpowiednich piłkarzy, są w stanie najlepszych ze swojej ligi ściągnąć do siebie, zawodnicy są odpowiednio trenowani – twierdzi szef związku.

– Polsce potrzeba trzech-czterech klubów, które będą w stanie poprawić nasz ranking w Europie. Jeden klub nie spowoduje, że urośniemy w rankingu. Tymczasem w tym i poprzednim sezonie żaden z polskich klubów nie znalazł się tam, gdzie znaleźć się powinien. Rozmawiam z ludźmi w Europie na różnych szczeblach. Nikt nie potrafi zrozumieć, dlaczego kraj z takim potencjałem jak Polska, z taką gospodarką, historią, infrastrukturą, nie jest w stanie regularnie wprowadzać do faz grupowych europejskich pucharów dwóch-trzech zespołów. Dla nich to jest kompletna zagadka. Jeżeli potrafią to robić kluby z Czech, Danii i innych mniejszych krajów od nas, to dlaczego nie z Polski? I ja nie wiem, co im odpowiedzieć, bo to jest niezrozumiałe – mówi Mioduski. 

Według prezesa Legii dzisiaj są fundamenty do budowania. Stadiony, uzdrowiony klimat, rządowe zrozumienie i wsparcie dla inwestycji w infrastrukturę treningową, ale brakuje być może najważniejszego. 

– Poważnego spojrzenia na siebie od strony umiejętności – twierdzi właściciel Legii. – Czy Polska ma ludzi, którzy będą w stanie wykorzystać nowe stadiony, nowe boiska treningowe? Tu jest problem. Mam na myśli poziom trenerów, umiejętność pracy z talentami, systemy szkolenia. Czy przypadkiem nie powinniśmy robić tego inaczej? Jak popatrzymy na przykłady innych krajów, które w ostatnich dziesięciu latach zrobiły progres, wszędzie sytuacja była taka, że środowisko piłkarskie, zaczynając od federacji, a kończąc na małych klubach, spotkało się przy jednym stole, dostrzegło problemy, błędy, a następnie znalazło rozwiązanie i konsekwentnie je wdrożyło. U nas takiej dyskusji od zawsze brakuje. A jest potrzebna. Dziś dialog na temat polskiej piłki inicjuje premier, bo choć rząd pomaga klubom na poziomie infrastrukturalnym, to wie, że bez współpracy wszystkich środowisk nie da się uzdrowić problemów polskiej piłki. Ale jest oczywiste, że w naturalny sposób przewodniczyć temu projektowi powinien PZPN. Tylko przywódca też musi najpierw jasno deklarować, że jest problem. Bo jak problemu nie widzi, to nigdy go nie rozwiąże. A skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? Oczekiwałbym od reszty środowiska, bo kluby ekstraklasowe chcą pracować z młodzieżą, żebyśmy działali ze zgodnie umówionym planem. A nie, że decyzje zapadają za zamkniętymi drzwiami. Zaprośmy do naszego grona ludzi, którzy w kilku miejscach już coś zrobili. Nie chodzi o kopiowanie jednego czy drugiego systemu. Chodzi o zidentyfikowanie problemu, dokonanie analizy i oparcie się o wiedzę z Polski i z zewnątrz i wymyślenie rozwiązania. Deklaruję otwartość na rozmowę. A na razie działam, w zakresie, w którym jako Legia mogę się sam poruszać. Reformujemy naszą akademię, pracujemy nad infrastrukturą własnego ośrodka, bo to klucz do generowania lepszej jakości piłkarzy. Wiem, że to nie wystarczy, ale trudno mi sobie wyobrazić, byśmy w tym aspekcie mogli sami robić coś więcej. I podobnie jest w Lechu, Pogoni, Jagiellonii, Cracovii – te kluby w tym zakresie robią tyle, ile mogą zrobić w pojedynkę. Nie do końca rozumiem jednak, dlaczego w środowisku piłkarskim nie jesteśmy w stanie powiedzieć sobie: słuchajcie, jest źle, powinniśmy być na innym poziomie. Powinniśmy się do tego przyznać. Zamiast szukać wymówek, że my wszystko mamy, przecież zrobiliśmy, ci są winni, tamci są winni… Wszyscy jesteśmy winni. Dlaczego nie potrafimy tego powiedzieć i w końcu wziąć się razem do działania?

Zbigniew MUCHA, Przemysław PAWLAK

TEKST UKAZAŁ SIĘ W OSTATNIM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA” (35/2018)

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 28/2026

Nr 28/2026

Polska Ekstraklasa

Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży

Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.

2024.05.19 Krakow
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
N/z Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.05.19 Krakow
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie! Górnik Zabrze z kolejnym transferem!

Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!

2026.05.23 Zabrze
Pilka nozna PKO BP Ekstraklasa Sezon 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
N/z Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2026.05.23 Zabrze
Football Polish PKO BP Ekstraklasa League Season 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Reprezentant Polski zmienia klub! Zostały już tylko formalności!

Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Kryspin Szczesniak 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Cztery sygnały po Superpucharze. Jaki Lech przystępuje do sezonu?

Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.

2026.07.16 Poznan
Pilka nozna Superpuchar polski
Lech Poznan - Gornik Zabrze
N/z Mikael Ishak gol radosc bramka
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2026.07.16 Poznan
Football Polish Supercup 
Lech Poznan - Gornik Zabrze 

Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia przedłużyła kontrakt i wypożyczyła zawodnika

Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.

2025.08.03 Krakow
Pilka nozna , PKO BP Ekstraklasa sezon 2025/26
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
N/z Bartosz Biedrzycki
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2025.08.03 Krakow
Football Polish top league , 2025/2026 season
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
Bartosz Biedrzycki
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus
Czytaj więcej