Losy tegorocznego mistrzostwa Polski wydają się już raczej przesądzone. Legia nie dała Pogoni żadnych szans i odniosła wysokie zwycięstwo. Tym samym liderujący warszawianie na siedem kolejek przed końcem sezonu mają dziesięć punktów przewagi nad drugimi szczecinianami.
Pekhart znów potwierdził, że strzelanie goli to dla niego żaden problem. (fot. Piotr Kucza / 400mm.pl)
Trzy minuty i trzydzieści pięć sekund. Dokładnie tyle czasu trzeba było czekać na otwarcie wyniku spotkania ze strony Legii. Josip Juranović dośrodkował z prawej strony boiska. Bezpańska futbolówka przeleciała niemal całe pole karne, aż wreszcie trafiła pod nogi zamykającego akcję Filipa Mladenovicia, który mocnym i precyzyjnym strzałem z pierwszej piłki nie dał szans strzegącemu dostępu do bramki Dante Stipicy na skuteczną interwencję.
Głodni kolejnych trafień „legioniści” bynajmniej nie zamierzali poprzestawać na jednobramkowym prowadzeniu. Zadanie ułatwiała im dotychczas bardzo dobrze funkcjonująca formacja defensywna „portowców”, która jednak w Warszawie nad wyraz szwankowała, a dodatkowo podopieczni Czesława Michniewicza byli piekielnie skuteczni.
Już w dziewiątej minucie futbolówkę między słupki skierował lider klasyfikacji króla strzelców – Tomas Pekhart. Znów ważną rolę odegrał Juranović, który ponownie zacentrował z prawej flanki w pole karne w kierunku czeskiego napastnika, a ten uderzeniem głową z bliskiej odległości dopełnił formalności.
Pięć minut później Pekhart powiększył swój i tak okazały dorobek bramkowy do dwudziestu jeden trafień. Chwilę wcześniej Luis Mata dopuścił się zagrania piłki ręką w obrębie pola karnego. Sędziujący mecz Szymon Marciniak nie miał wątpliwości co do przewinienia i wskazał na wapno. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł właśnie reprezentant Czech, który ze stoickim spokojem zamienił rzut karny na gola.
Tuż przed końcem drugiego kwadransa gry „Wojskowi” dali czwarty popis efektywności pod bramką przeciwnika. W dwudziestej dziewiątej minucie Andre Martins po krótkim rozegraniu rzutu rożnego dośrodkował w pole karne do Mateusza Wieteski, który wyskoczył najwyżej w powietrze i uderzeniem głową zmusił Stipicę do kapitulacji.
W niespełna pół godziny Pogoń straciła cztery gole. Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że w poprzednich dwudziestu dwóch spotkaniach Kosta Runjaić i spółka dali sobie ich wbić tylko czternaście. Oznacza to, że w Warszawie stracili blisko trzydzieści procent (!) wszystkich dotychczasowych straconych trafień.
Jakby tego było mało, słaba gra w defensywie w wykonaniu graczy Pogoni szła w parze przeciętną postawą w ofensywie. Mimo to dość niespodziewanie udało im się zdobyć gola. W doliczonym czasie gry do pierwszej połowy Adam Frączczak dwukrotnie próbował pokonać Artura Boruca. Za pierwszym razem triumfował Boruc, natomiast przy dobitce nie miał już szans.
Po zmianie stron przebieg boiskowych wydarzeń uległ zmianie. Gra nie wyglądała już tak jednostronnie, gdyż zauważalnie się wyrównała. „Nic nie stoi na przeszkodzie, aby to odrobić” – powiedział w przerwie na antenie CANAL+ Damian Dąbrowski. W myśl tych słów szczecinianie coraz śmielej dochodzili do głosu, lecz zarazem nie byli w stanie zamienić tego na trafienia. Zrobił to dopiero w osiemdziesiątej trzeciej minucie, ale raczej tylko na przysłowiowe otarcie łez Kamil Drygas, który wykorzystał rzut karny.
Losy tegorocznego mistrzostwa Polski wydają się już raczej przesądzone. Legia znajduje się wręcz na pozbawionej zakrętów autostradzie do jego zdobycia. Na siedem kolejek przed końcem sezonu liderujący Michniewicz i spółka mają aż dziesięć punktów przewagi nad drugą Pogonią.
Po tym, jak negocjacje między Zagłębiem Lubin a Rakowem Częstochowa ws. wykupu Leonardo Rochy zakończyły się fiaskiem, „Miedziowi” ruszyli na poszukiwania nowego snajpera. Padło na dwukrotnego reprezentanta Węgier.
Michał Synoś znajdował się w kręgu zainteresowań polskich oraz zagranicznych klubów. 18-letni stoper podjął już decyzję, gdzie będzie występował od sezonu 2026-27.