Jeśli do niedzieli Milan nie poprawi pozycji w tabeli i stylu gry, podpisany do 2016 roku kontrakt z Clarence’em Seedorfem okaże się niewiele wartym świstkiem papieru.
TOMASZ LIPIŃSKI
W połowie stycznia Holender był witany z fanfarami. Wprawdzie mało było racjonalnych argumentów przemawiających za tym, że całkowity nowicjusz w trenerskim fachu zupełnie odmieni przetrąconą kontuzjami, fochami Mario Balotellego i ogólnie zgaszoną drużynę, ale pojawiła się przynajmniej nadzieja. Optymiści wierzyli, że na fali entuzjazmu i powiewu świeżości dokona się niemożliwe i uda się dopłynąć do trzeciego miejsca w tabeli i przede wszystkim nawiązać walkę z Atletico Madryt w Lidze Mistrzów. Nawet pesymiści nie przypuszczali, że będzie aż tak źle.
Zmiana na gorsze
Przed 29 kolejką początkowo bardzo silna grupa sojuszników i przyjaciół Seedorfa mocno się przerzedziła, optymistów nie było prawie w ogóle. Bo czego i kogo tu bronić, jeśli rossoneri z 12 meczów pod wodzą nowego szkoleniowca przegrali siedem, odpadli z Pucharu Włoch, z hukiem wylecieli z Champions League, choć trafili na przeciwnika, którego niemal wszyscy przed losowaniem sobie życzyli. Seedorf uspokajał, że ma projekt i pomysł na wyjście z kryzysu, tylko potrzebuje zaufania, wsparcia i przede wszystkim czasu. Bronił się również tym, że odziedziczył po Massimiliano Allegrim zespół wyprany z sił mentalnych i fizycznych. Tak jakby zasiadł za kierownicą samochodu ciągle niezłej marki, ale co z tego, skoro z pustym bakiem.
(…)
O żadnej rewolucji personalnej nie ma mowy, bo nie ma na to pieniędzy. Z zawodników, których ma i których dostanie, ale sprowadzonych z kartami na ręku, będzie musiał ulepić drużynę na miarę dawnych czasów oraz ambicji kibiców i władz klubu. Tak jak to starał się robić po sprzedaniu Zlatana Ibrahimovicia i Thiago Silvy Allegri. A jeśli nie, to droga wolna. Gdyby Milan rozkraczył się w Rzymie i Florencji, to Seedorf raczej nie dotrwa do sobotniego meczu z Chievo. Berlusconi dał mu siedmiodniowe ultimatum. Następny do rzucenia na głęboką wodę już czeka. To Filippo Inzaghi.
Cały artykuł w najnowszym wydaniu tygodnika „Piłka Nożna”! Już w kioskach!