Niedawno minął rok
odkąd Juergen Klopp został menedżerem Liverpoolu. Chyba nikt w Anglii nie
uważa, że to była zła decyzja szefów klubu.
Na Anfield oczekiwania wobec trenerów i piłkarzy zawsze są wysokie. Teraz
wydają się być realne do spełnienia.
Klopp zaraża
wszystkich albo prawie wszystkich uśmiechem, optymizmem, przede wszystkim
jednak sposobem prowadzenia zespołu i samą grą – The Reds przewodzą aktualnie
tabeli Premier League. Tyle że niekoniecznie wynik jest największym
osiągnięciem Kloppa. Legenda klubu John Barnes wskazuje na zupełnie coś innego.
Niemiec zjednał sobie publiczność na Anfield. A to przekłada się z kolei na
piłkarzy: – Można mówić o efekcie Juergena Kloppa. Fani są totalnie za nim, co
z kolei prowadzi do tego, że zawodnicy biorą na siebie większą odpowiedzialność
na boisku. On ma taką siłę oddziaływania jak Pep Guardiola. Zwróćmy uwagę jak
rozwiązał sprawę incydentu z Mamadou Sakho, jak trzymał Daniela Sturridge’a na
ławce – tak samo postępuje Pep w przypadku Yayi Toure, czy postąpił w przypadku
Joe Harta, którego zdecydował się wypożyczyć. Manuelowi Pellegriniemu by to się
nie upiekło. To jest różnica. Kibice w Dortmundzie kochali Kloppa, więc
piłkarze grali dla niego. W przypadku Liverpoolu menedżer jest kluczem –
przekonywał legendarny Barnes, który dla The Reds strzelił ponad 80 goli.
Twardy i sprawiedliwy
W tym miejscu
wyjaśnić trzeba incydent z Sakho. W zeszłym sezonie był to piłkarz podstawowej
jedenastki. W marcu, przed meczem z Manchesterem United w Lidze Europy, badanie
na obecność niedozwolonych substancji w organizmie Francuza dało pozytywny
wynik. Klub zawiesił Sakho, nie mógł grać w europejskich pucharach, więc ominął
go finał LE, ale ominęły go również finały mistrzostw Europy. Tym samym
Kloppowi podpadł po raz pierwszy. W lipcu Sakho został jednak oczyszczony z
zarzutów, zebrane dowody okazały się niewystarczające, więc mogło się wydawać,
że Francuz powróci do łask menedżera. Tyle że popełnił błąd. A właściwie trzy
błędy. Najpierw spóźnił się na samolot, ominęła go też sesja zdjęciowa, później
nie zdążył na posiłek. Liverpool przebywał na przedsezonowym tournee w Stanach
Zjednoczonych, Sakho go nie dokończył. Osiem dni przed końcem dostał rozkaz
powrotu do Anglii. W trakcie wycieczki zespołu do słynnego więzienia Alcatraz
Kloppo rzekł w swoim stylu: – Jesteśmy tu, ponieważ chcemy zostawić Mamadou w
tym miejscu.
Ale już w rozmowie z
BBC było na poważnie: – Muszę zbudować grupę ludzi. Mamy pewne zasady i musimy
je szanować. Jeśli ktoś ich nie respektuje, albo ktoś sprawia, że mam wrażenie,
iż tego nie robi, muszę reagować. Nie pokłóciliśmy się. Ja mówiłem. Nie możesz
się z kimś kłócić, kiedy mówi tylko jedna osoba – tłumaczył Klopp, dodając, że
po powrocie ekipy sprawa zostanie wyjaśniona.
Czas mijał, a Sakho w
składzie się nie pojawiał. Klopp twierdził, że jeszcze nie jest w pełni gotowy
do gry po kontuzji, głos zabrał jednak sam zawodnik. I podpadł menedżerowi po
raz trzeci. Francuz odniósł się do tematu na Snapchacie, gdzie wpisy szybko
znikają, po coś jednak wymyślono print screeny: – Od trzech tygodni jestem
zdolny do gry. Zakończyłem rehabilitację. Nie chcą, żebym grał nawet w drugim
zespole. Dlaczego? Nie wiem. (…) Nie wypowiadam się publicznie, bo chcę, żeby za
mnie przemówiło boisko (…) Akceptuję moją sytuację, ale nie mogę zaakceptować
kłamstwa. Kibice zasługują na to, żeby znać prawdę.
Tym samym los Sakho
został przesądzony. Anfield jednak nie stanęło za zawodnikiem. W sieci wylała
się fala krytyki na Francuza, a także słowa popierające decyzję Kloppo. Właśnie
o tym mówił Barnes, menedżer ma za sobą fanów, więc piłkarze muszą chodzić jak
w zegarku, bo to nie na Niemca spadnie wina, już nie będą mogli schować się za
czyimiś plecami, nikt za nich ciosu nie przyjmie. Sakho kosztował około 15
milionów funtów, ale Anfield po nim nie płacze. Po nim, bo prawdopodobnie zimą
opuści Liverpool. Ostatnie doniesienia mówią o tym, że być może wróci do
Francji, do Lille.
Dyrektor na pokład
– Wiecie jaka jest
największa różnica teraz w porównaniu do moich pierwszych meczów na Anfield?
Nawet jeśli tracimy bramkę, kibice nie mówią: o mój Boże. Sposób myślenia fanów
się zmienił, od czasu meczu z Borussią Dortmund każdy wie, że nie wychodzi się
z naszych spotkań przed końcowym gwizdkiem. Ludzie i piłkarze stworzyli nową
atmosferę. Gramy futbol emocjonujący i tak właśnie powinno być. Na świecie
istnieje wiele ważniejszych spraw od piłki nożnej, ale przez te półtorej
godziny, kiedy gramy, takich spraw nie ma – tłumaczył JK na łamach „Liverpool
Echo”, człowiek, który z Anfield znów zrobił twierdzę, gdyż The Reds
niepokonani są przed własną publicznością we wszystkich rozgrywkach od 19
meczów.
Anglicy
przyzwyczajeni są do modelu, w którym to menedżer jest postacią numer jeden,
jeśli chodzi o politykę transferową. A Wyspy Brytyjskie kochają transfery i
spekulacje dotyczące zmian barw klubowych przez zawodników, jak chyba nikt inny
na świecie. Obowiązujący model Klopp postanowił zmienić albo po prostu
zaakceptował inny. Pojęcie dyrektora sportowego może nie jest Anglikom obce,
stosowane jest jednak rzadko. W przypadku The Reds to już nieaktualne. Kilka
dni temu właśnie na takiej posadzie na Anfield rozgościł się Michael Edwards. W
Dortmundzie Kloppo współpracował z Michalem Zorcem, i klub na tym bardzo dobrze
wychodził. Teraz podobne rozwiązanie przyjęto w Liverpoolu, JK był jego
zwolennikiem, odwrotnie niż na przykład Brendan Rodgers, który uważał, że
transfery powinny być domeną menedżera. Fenway Sports Group, a więc właściciel
klubu od kilku lat rozważała wprowadzenie modelu z dyrektorem sportowym, tyle
że w klubie zatrudniono Rodgersa i temat ucichł.
Edwards to człowiek z
cienia, nielubiący rozgłosu, raczej w zamknięciu dłubiący w swoich projektach w
laptopie wypełnionym danymi dotyczącymi zawodników. Ktoś nawet napisał, że FSG
widzi w nim angielską wersję „Moneyball”, bo Amerykanie zapatrzeni są w
statystyki. Na Anfield pojawił się w 2011 roku, był szefem skautingu,
przeprowadzał analizy, zasiadał w komitecie transferowym, pełnił funkcję
dyrektora technicznego – Rodgers nie przepadał też za tą rolą, więc według
„Liverpool Echo” relacje między panami był napięte. Teraz wchodzi głębiej w
rozmowy transferowe, to on ma negocjować z piłkarzami i agentami kontrakty. Bo,
to ważne, zielone światło na każde wzmocnienie i tak będzie musiał zapalić
Klopp. Dotychczas za same negocjacje z zawodnikami odpowiadał CEO klubu Ian
Ayre. Edwards w trakcie letniego okna transferowego stał u jego boku,
nabierając doświadczenia, gdyż Ayre w połowie 2017 roku, po dziesięciu latach,
pożegna się z Anfield i przeniesie do TSV 1860 Monachium. Nazwisko nowego bossa
klubu nie jest jeszcze znane, wydaje się jednak, że będzie odpowiedzialny za
komercyjną działalność Liverpoolu. Sport i biznes w nowej strukturze zostaną wyraźnie
rozdzielone. The Reds zmieniają się więc nie tylko na boisku. Także dlatego, że
istnieją plany, aby połączyć bazę treningową pierwszego zespołu z tą akademii i
to pierwszy zespół miałby przenieść się do Kirkby, co oznaczałoby pożegnanie ze
słynnym Melwood.
Trafione transfery
I wreszcie gra
zespołu, a zatem wisienka na torcie, nikt nie stanąłby za Kloppem, nikt by mu
nie przytakiwał, nie bronił jego decyzji, gdyby Niemcowi zabrakło wyników. A on
je ma, przy tym grając piłkę atrakcyjną, opartą na chęci jej posiadania i
wysokim pressingu. Liverpool nie popełnił błędów w letnim oknie transferowym.
Joel Matip, którego wyciągnięto z Schalke Gelsenkirchen zaczyna uchodzić za
najlepszy transfer bezgotówkowy przeprowadzony przez The Reds, doskonale
spisuje się również Sadio Mane. Senegalczyk za darmo jednak na Anfield nie
przybył, za piłkarza trzeba było zapłacić konkretne pieniądze, 34 milionów
funtów, więc stał się drugim najdroższym zawodnikiem w historii klubu. Klopp
jednak doskonale wiedział, co robi. Pierwszy raz dynamiczny Mane wpadł mu w oko
już w 2012 roku, podczas igrzysk olimpijskich w Londynie. Obserwował uważnie
jak rozwijała się jego kariera w Red Bull Salzburg, a potem w Southampton. Aż
wreszcie uznał, że Mane jest już gotowy do robienia na boisku rzeczy
największych. Miał w tym trochę szczęścia, ponieważ już rok temu zawodnika
chciał u siebie Manchester United, Święci postawili jednak weto. Senegalczyk to
żywe srebro Liverpoolu, ma niesamowity gaz, umie zdobywać bramki, jest silny i…
naśladuje cieszynki kolegów po ich zdobytych bramkach. Problem mógłby być inny,
Mane w styczniu wyjedzie na Puchar Narodów Afryki, pamiętać też należy o
poważnej kontuzji Danny’ego Ingsa. Ale zaraz, przecież to jest Anglia! Tam
problemy kadrowe rozwiązuje się w oknach transferowych, dlatego w przypadku The
Reds można spodziewać się ruchów zimą, a pole do popisu dostanie nowy dyrektor
sportowy. Kiedy dodamy do tego świetną grę Roberto Firmino oraz Philippe
Coutinho otrzymujemy obraz zespołu, którego zrzucić z fotela lidera nie będzie
łatwo. Nawet Guardioli i jego City, nawet Conte i jego rozpędzonej Chelsea.
Przemysław Pawlak
Artykuł ukazał się w ostatnim numerze tygodnika „Piłka Nożna”
Cole Palmer opuści Chelsea? Liam Rosenior stawia sprawę jasno
W ostatnim czasie w brytyjskich mediach pojawiło się sporo plotek łączących Cole’a Palmera z odejściem z Chelsea. Liam Rosenior, szkoleniowiec The Blues, przed dzisiejszym meczem Ligi Mistrzów z Napoli skomentował te doniesienia.