Lorenzo Sanz – były prezydent Realu ofiarą koronawirusa
W związku z zasadą, że o zmarłych dobrze albo wcale, po śmierci na koronawirusa byłego prezydenta Realu Madryt Lorenzo Sanza przez hiszpańską i polską prasę przetoczyła się lawina lukrowanych opowieści o jego życiu. Tymczasem nie jest to postać poddająca się jednowymiarowej ocenie.
Poprowadził klub do sukcesów, był życzliwym dla bliźnich człowiekiem – pisano o nim, co jest całkowitą prawdą. Dodawano, że żył pięknie i pięknie umarł: mimo niepokojących symptomów cierpiał w domu nie chcąc przyczyniać się do korkowania służby zdrowia, aż w końcu zrobiło się tak źle, że trzeba było go odwieźć do szpitala, gdzie jednak nie było już dla niego ratunku. Miał 76 lat, był obciążony innymi schorzeniami, znajdował się w grupie wysokiego ryzyka, a mimo wszystko myślał od dobru publicznym, a nie o swoim życiu..
La Esperada Upływ czasu zaciera złe wspomnienia. Dziś Lorenzo Sanz pamiętany jest przez kibiców Los Blancos jako twórca zespołu, który po bardzo długiej przerwie wreszcie po raz siódmy wygrał Puchar (Ligę) Mistrzów, a niebawem powtórzył sukces. Musiały minąć od 1966 roku 32 lata, by w 1998 Real wrócił na europejski tron. Ten siódmy puchar (po hiszpańsku Copa, rodzaj żeński), nosi dziś nazwę „La Esperada” („Wyczekiwana”), bo też rzeczywiście był wyglądany przez kibiców z o wiele większą desperacją niż słynna Decima, na którą Real czekał od 2002 do 2014 roku. Sanz został prezydentem trzy lata wcześniej. Z całą pewnością nie objąłby nigdy tego stanowiska, gdyby charyzmatyczny i cieszący się uznaniem fanów Ramon Mendoza nie musiał w 1995 roku ustąpić wskutek oskarżeń o skrywanie długów, jakie pod jego adresem wysunął prawnik Ramon Calderon (który w przyszłości też miał zostać prezydentem klubu). Lorenzo Sanz, skromny pośrednik w handlu nieruchomościami i klubowy skarbnik został wyniesiony na tron przez wiatr historii. W naprędce zorganizowanych wyborach pokonał Florentino Pereza, który zgłosił się namówiony przez przyjaciół i dostał tylko 699 głosów.
Sanz miał dobrą rękę do transferów. Osobiście negocjował sprowadzenie takich zawodników jak Roberto Carlos, Davor Suker, Predrag Mijatović. Słynął też jednak z porywczości w stosunku do trenerów. W styczniu 1996 zwolnił Jorge Valdano. Arsenio Iglesias popracował u niego cztery miesiące, a Fabio Capello opuścił ławkę po zdobyciu tytułu mistrza kraju. W lipcu 1997 roku mianował na stanowisko Juppa Heynckesa i to była znakomita decyzja, bo to Niemiec właśnie powiódł zespół do tak wyczekiwanego triumfu w Lidze Mistrzów. Po powrocie z finału przeciwko Juventusowi w Amsterdamie, w którym jedynego gola strzelił Mijatović, Sanz udał się z trofeum na grób Santiago Bernabeu. To był piękny gest, lecz zaraz po nim przyszła seria gorszych decyzji. Z powodu miernego rezultatu w sezonie ligowym Sanz zwolnił Heynckesa, a następnie trzy razy pomylił się z wyborem jego następcy. Jose Antonio Camacho popracował 23 dni, a Guus Hiddink i John Toshack po dziewięć miesięcy. Dopiero powierzenie sterów ekipy Vicente del Bosque było trafną decyzją.
Brud za fasadą W 2000 roku Real po raz drugi za kadencji Sanza wygrał Ligę Mistrzów, pokonując w finale 3:0 Valencię. Prezydent był przekonany, że ten triumf zapewni mu sukces w kolejnych wyborach. Przyspieszył je z 2001 roku na 2000, żeby skorzystać ze sprzyjających okoliczności. Tymczasem zwycięzcą został Florentino Perez. Jak to się stało? Otóż socios dowiedzieli się, co kryje się za fasadą sukcesów sportowych ich zespołu. A kryła się ruina. Sanz był bowiem całkowitym abnegatem jeśli chodzi o zarządzanie tak wielkim przedsiębiorstwem jakim jest Real Madryt. Nie miał żadnego pomysłu na to, jak zdyskontować sukcesy sportowe, jak zamienić je na pieniądze. I nie przyjmował od nikogo porady. Czasy się zmieniły, a on pragnął działać po dawnemu. Brzydził się sporządzaniem sprawozdań finansowych, uważał, że nic komu do nich, nikomu nie chciał pokazywać bilansów. Dogadywał się na gębę, płacił na czarno. Tymczasem UEFA wprowadzała powoli przepisy zmierzające do narzucenia klubom reguł transparentności. Sanz zaś umiał – a i to raczej średnio – pływać tylko w mętnej wodzie.
Największym problemem był jednak stały wzrost klubowego długu. W 2000 roku wynosił 245 milionów euro, przy rocznych przychodach w wysokości 118. Prezydent bał się kupować piłkarzy. Dla Florentino Pereza jasne było, że transfery są niezbędne, a jeśli Sanz nie zostanie natychmiast pozbawiony rządów, to klub będzie musiał poszukać inwestora, czyli zostać sprzedany. A przecież fakt, że Real stanowi własność swoich socios jest dla nich powodem do dumy i decyduje o wyjątkowości klubu. Socios dali się przekonać raportom i alarmom Pereza, uwierzyli też w jego obietnicę, że ściągnie Luisa Figo i wybrali przyszłość, czego Sanz nigdy nie potrafił zrozumieć. Flo otrzymał 16 469 głosów, a dotychczasowy sternik – 13 302.
Stracił więc władzę, ale nie pozbył się futbolowego bakcyla. W 2004 i 2006 roku startował w wyborach prezydenckich, ale przegrywał, więc zaraz po drugiej porażce został właścicielem Malagi, którą z sukcesami prowadził przez cztery lata, do 2010 roku. Potem wrócił do Madrytu i recenzował, nierzadko surowo, poczynania Pereza.
LESZEK ORŁOWSKI
TEKST UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE 13/2020 TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”
Real Madryt obserwuje pomocnika. To piłkarz z Serie A
Real Madryt monitoruje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień na nowy sezon. Na radarze Królewskich znalazł się zawodnik jednego z włoskich zespołów.