Przejdź do treści
Mamy cię, czyli humor piłkarskiej szatni. Kupa śmiechu

Polska Ekstraklasa

Mamy cię, czyli humor piłkarskiej szatni. Kupa śmiechu

O tym słyszał każdy – klapki przyklejone do podłogi, gacie wysmarowane maścią rozgrzewającą, szafka wystawiona na korytarz czy dzwoniący nieustannie telefon. Są też figle mniej wyszukane, jak ten z udziałem Kenwyne’a Jonesa ze Stoke, który w swojej szafce znalazł zakrwawioną świńską głowę, a w rewanżu żartownisiowi powybijał szyby w samochodzie. To jednak zachowania prymitywne. Znacznie wyżej cenione są, nie tylko zresztą w piłkarskiej szatni, tak zwane wkrętki – żarty rozbudowane, mające swój scenariusz, obsadę i dramaturgię.


– W takim razie obawiam się, że chyba nie do końca wpiszę się w ten model – mówi Dariusz Dźwigała. – Nigdy jednak nie zapomnę, jak jeszcze w dziecięcych, juniorskich czasach żart zrobili mi koledzy. Już wtedy miałem silne uderzenie, więc namówili mnie, żebym spróbował kopnąć karton. Mało nóg nie połamałem, ponieważ do środka napchali cegieł. Może też stąd właśnie, po latach, przyszedł mi do głowy podobny żarcik. To było całkiem niedawno, podczas pracy w Dolcanie Ząbki. Trener bramkarzy Robert Mioduszewski miał specjalne piłki wypełnione wodą, bardzo ciężkie, ale wyglądające normalnie. Wsiedliśmy na ambicję jednemu z trenerów, mężczyźnie dobrze zbudowanemu, że na pewno nie dokopie do bramki z połowy boiska. Byłem przekonany, że wie co jest grane, a tymczasem nie wiedział i podszedł do zagadnienia ambitnie. Walnął z całej siły, mało stawu kolanowego nie uszkodził…

LEGIA BEZLITOSNA

Fakt, nie była to specjalnie wymyślna wkrętka, nie takiej szukaliśmy. Kapitalna swego czasu była udziałem piłkarzy Legii. Opowiadał o niej Piotr Włodarczyk, jak we współpracy z Markiem Saganowskim grali w szachy z mistrzem tej dyscypliny Jackiem Zielińskiem, tyle że sami – w tajemnicy rzecz jasna przed Zielkiem – na drugim komputerze rozgrywali identyczną partię z wirtualnym Garrim Kasparowem, a potem naśladując arcymistrza Włodar co i rusz dawał szacha Zielińskiemu doprowadzając kapitana nieświadomego podstępu do furii. Pyszna historia, ale akurat w Legii od zawsze był na takie popyt.

Najlepsze wkrętki wychodzą z transferami. Wiadomo – to treść życia piłkarzy. One decydują o zarobkach, warunkach pracy, sławie, sukcesach, itd. Zatem kiedy mowa o transferze, wszyscy nadstawiają ciekawie uszu. Dziś w sieci panuje co prawda informacyjny śmietnik, ale też każdą wiadomość można odnaleźć, ewentualnie zweryfikować. Kiedyś nie było to takie proste. 

W skrzących się od anegdot wspomnieniach Grzegorza Szamotulskiego wydanych w formie książki i zatytułowanych po prostu „Szamo” cudna jest opowiastka dotycząca Jerzego Podbrożnego, którego koledzy z Legii sprzedawali do AS Monaco. W skrócie historia wyglądała tak, że 20 lat temu, w drodze autokarem na mecz do Wronek, legioniści wpadli na pomysł… Z przodu autokaru siedział Gumiś ze swoim, jak podkreślał Szamotulski, dużym telefonem. Z tyłu Leszek Pisz, który do niego dzwonił modulując głos i podając się za Polaka mieszkającego we Francji i piłkarskiego agenta. Zapytał po prostu czy pan Podbrożny nie jest przypadkiem zainteresowany grą dla AS Monaco. Pan Podbrożny przypadkiem był, ale ponieważ w autokarze nie mógł za bardzo rozmawiać, to tylko zdążył się dowiedzieć, że we Wronkach będzie obserwowany przez przedstawicieli klubu z Księstwa. Tak się napalił na wyjazd, że zagrał fantastycznie, zdobył jedną bramkę, a 6:1 dla przyjezdnych oznaczało dymisję trenera Amiki Grzegorza Laty… Pisz zaś uznał, że skoro idzie tak dobrze, to trzeba się zrzucić i kupić bilet na samolot Gumisiowi, niech się przeleci na Lazurowe Wybrzeże, najwyżej wróci, i pewnie w końcu legioniści poszliby faktycznie na całość, gdyby w drodze powrotnej Piszczyk nie stracił czujności, a Podbrożny jej nie nabrał. Sprawa się zatem rypła. 

Historia z innej beczki, też z tego samego źródła, a tym razem w roli głównej wystąpił sam Szamotulski. Kiedy przyszła do klubu lista z powołaniami do reprezentacji dla piłkarzy dopisał na kartce jeszcze nazwisko Piotra Mosóra, a w całą intrygę wtajemniczył trenera Jerzego Kopę, który miał pogratulować nieoczekiwanego zaszczytu Mosórowi. Ten nie posiadał się ze szczęścia, nawet brak swojego nazwiska w kadrze podanej przez Telegazetę (uwaga – to było jedno z ważnych źródeł informacji w zamierzchłych czasach) tłumaczył zwyczajnym błędem na tejże. I dopiero kiedy chciał pakować torbę, by ruszać w świat po koszulkę z Orłem, koledzy się zlitowali…

DAREK, LEO WZYWA!

Podobna historia wydarzyła się w ŁKS. – Nie, nie ma mowy, nigdy nie podam nazwiska tego kolegi – śmiał się Marcin Adamski, do którego w tej sprawie dzwoniliśmy jakiś czas temu. – Spreparowaliśmy powołanie i daliśmy mu je wraz z dyrektorem, były piątki, oklaski, gratulacje, chłop był strasznie dumny z siebie, niczego złego nie przeczuwał. Przez kilka dni żył w błogiej nieświadomości, często mówił o kadrze. W końcu go coś tknęło, bo nigdzie nie mógł znaleźć potwierdzenia… Ale i tak nie powiem o kogo chodziło. 

No to dopowiemy sami. Chodziło o Dariusza Stachowiaka, który miał faktycznie niezły moment w Łodzi, ale trzeba było dużo dobrej woli, by uwierzyć w to, że do kadry zaprosi go Leo Beenhakker. Tymczasem we współpracy z dyrektorem sportowym klubu (miał obiekcje, w końcu uległ wstrętnym podszeptom) pismo informujące o awaryjnym powołaniu zostało misternie sfabrykowane, a dla uwiarygodnienia znalazły się na liście jeszcze nieoczekiwane nazwiska Dariusza Dudki i Bena Starosty. Tu cytat z „Przeglądu Sportowego”: – Stachowiak chodził cały w skowronkach przez tydzień. Zadzwonił do najbliższych, że za dwa tygodnie mogą mieć w rodzinie reprezentanta. W końcu został wyprowadzony z błędu, co podobno mocno przeżył. Rodzinę poinformował, że nie poleci na mecz kadry do Turcji z powodu kontuzji.

BERET OBUTY 

Telefon do byłego króla strzelców ekstraklasy, Podbrożnego, czy pamięta jak nabrał się na swój transfer do Monaco? – Oj, coś nie bardzo – mówi Podbrożny, ale jakby bez przekonania. – No tak, może i faktycznie coś takiego było, bo czego jak czego, ale pomysłów kolegom nigdy nie brakowało. Musiałem się jednak w końcu szybko zorientować, bo trudno było nie poznać charakterystycznych głosów Piszczyka czy Bereta, a zwłaszcza ten ostatni lubił kogoś wypuścić. Żeby jednak nie było, to i z nim się czasem pojechało… Pamiętam jak magazynier dał mu nowe buty, marki adidas, tyle że szyte w Polsce. Marek do niego z pretensjami, że takich to on nie chce, mają być oryginalne. Magazynier się wkurzył lekko, wyrwał od starych metkę z napisem MADE IN GERMANY i wszył w nowe buty. Zaniósł Beretowi, ten popatrzył z wszystkich stron, ocenił: – No, w takich to mogę grać…

Jóźwiak żartował z kumpli na potęgę, ale i sam pozostawał wdzięcznym obiektem żartów. – Nie da się ukryć – mówi były obrońca. – Raz wkręcili mnie na maksa i nikt do tej pory się nie wysypał czyj to był pomysł. Podejrzewam dwóch kolegów, ale pewności wciąż nie mam. To było ponad 20 lat temu, komórki nie były powszechne, o telefon zwykły łatwo nie było. Wydaje mi się, że wróciłem wieczorem do domu z jakiegoś meczu, a tam telegram, że żona urodziła córkę. Nie zdziwiłem się, bo faktycznie na dniach miała rodzić, zatem duża radość. Telefonu nie mieliśmy, teściowie pracowali w szkole, ale już było późno. Sam telegram nie wzbudził podejrzeń, bo nawet pieczątka była, a dopiero później przyjrzałem się, że wysłany był z… Warszawy. U trenera Andrzeja Strejlaua wyprosiłem o wolne dwa dni i z kolegą pięściarzem Adamem Kozłowskiem, bo własnego auta wówczas jeszcze nie miałem, pojechaliśmy do Mławy. Po drodze kupiłem kwiaty, wpadam na podwórko, wita mnie teść, a ja żeby szybko do Żanety do szpitala jechać. On robi oczy i mówi, że Żaneta w domu obiad gotuje… Trzy tygodnie później syn mi się urodził, więc koledzy na podwójne pępkowe się załapali, a ja przynajmniej wolne miałem od treningów. Trzeba jednak chłopakom oddać, że się wtedy naprawdę wystarali. Dziś mamy zupełnie inne czasy. To co w szatni od razu jest w sieci, na Twitterze, etc. Każdy chwali się i wynosi wszystko na światło dzienne. Ale odnoszę też wrażenie, że młodym ludziom brakuje kreatywności i to nie tylko na boisku…

ALBO KASA, ALBO NIE MA PASSATA

Radosław Majewski ekstraklasową karierę zaczynał w Groclinie Grodzisk Wielkopolski. Tam zebrała się silna paka zawodników – silnych na boisku oraz w szatni. Nieopierzony Maja przypominał niejakiego Coto – bohatera „Lata leśnych ludzi”. Lekko przestraszony był idealnym obiektem wkrętek. A jeszcze w szatni Groclinu usadowił się niechcący między Piotrkami – Piechniakiem, Rockim i Świerczewskim, zatem lekko być nie mogło. Do pierwszego zespołu został włączony przed rundą wiosenną sezonu 2006-07… – To była zima, a ja byłem tak naprawdę w drużynie od kilku dni – wspominał Maja. – Pewnego dnia siedzimy po treningu w szatni, a Rocky mówi, bym szybko leciał przed budynek, bo tam stoją fotoreporterzy robią fotki, tzw. główki, do specjalnych wydań gazet przed sezonem. No to szybko się przeczesałem i lecę podniecony do mojego pierwszego zdjęcia. A tam mróz i pusto oczywiście, tylko wiatr hula jak na Dzikim Zachodzie.

Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka. Piechniak, człowiek o efektownej ksywce Popierdółka, również był wdzięcznym obiektem żartów i wkrętek. Kiedyś trzy razy koledzy nocą zdejmowali mu kołpaki z kół samochodu, a on za każdym razem kupował nowe, coraz bardziej tylko wściekły. Na ostro poszło, gdy kupił sobie Volkswagena Passata i bardzo dumny woził się autem po niewielkiej miejscowości. Jeździł z nim Krzysztof Majda, więc poznał wszelkie zabezpieczenia i blokady, a wiedzę swoją postanowił wykorzystać. Kiedy któregoś dnia Piechniak poszedł na odnowę biologiczną Mariusz Lewandowski podwędził mu z kieszeni kurtki kluczyki do samochodu i przestawił furę na drugą stronę stadionu. Kto był w Grodzisku ten wie, że odległość to spora. Piechniak wrócił z masaży, wyszedł przed budynek klubowy i krew go zalała. Biegał jak w szoku po parkingu, wypytywał, niemal zaczął już wybierać telefon na policję. Wtedy któryś z kolegów, korzystając z zastrzeżonego numeru, zadzwonił do niego z szatni: – Za godzinę w motelu pod miastem. Tylko z pieniędzmi, bo inaczej fura pójdzie na części – usłyszał krótki, stłumiony komunikat. Co się działo! Piotr biegał po klubie jak w amoku, a kumple pękali ze śmiechu zamknięci w szatni. 

– Ale nigdy się nie pogniewał – zapewnia Rocki. – Kiedyś któregoś z młodych nieźle wypuściliśmy trochę chyba zapłodnieni programem telewizyjnym „Mamy cię!”. Podszyliśmy się pod dziewczynę, która mu się podobała i zaczęliśmy z nim korespondować. Przez dwa czy trzy tygodnie ubaw był, bo chłopak wiele sobie obiecywał po tej znajomości i w korespondencji był dość otwarty. W końcu niby umówiliśmy się w tzw. realu, przyjechał, czeka na dziewczynę, a tu wyskakują kumple z zespołu. Grunt jednak to mieć dystans do siebie!

ŚMIERDZĄCE PUDŁO

W Groclinie faktycznie nie brakowało jajcarzy. W szatni do ostatnich nie należał również Andrzej Niedzielan, dziś zajmujący się własnymi biznesami, przede wszystkim akademią piłkarską, którą prowadzi wspólnie z Arkadiuszem Radomskim pod Krakowem. I to nie tylko jako właściciel, ale też trener, który – mówiąc po krakowsku – na polu spędza codziennie sześć godzin.

– O wysyłaniu młodych do prezesa, który niby pilnie ich wzywa, nawet nie wspominam, bo to dość proste wkrętki – śmieje się Niedzielan. – Często lubiłem wieczorem, już z domu, podzwonić do kolegów podając się za dziennikarza i prosząc o wypowiedź pomeczową: jak ocenia spotkanie, grę napastników, Niedzielana, itd. Albo z tyłu autokaru wracając po meczu dzwoniliśmy do kogoś z przodu, by do gazety powiedział kilka słów. Oczywiście wszystko na głośnomówiący, więc dusiliśmy się ze śmiechu, gdy ofiara dukała… Nigdy jednak nie zapomnę historii z szatni Nijmegen, choć trudno nazwać ją wkrętką, raczej dowcipem, może nawet mało wyszukanym, ale z wychowawczym przesłaniem. Mieliśmy w szatni brudasa. To znany piłkarz, więc oszczędzę nazwiska. Jak w poniedziałek po meczu rzucił brudy do torby, to wyjął w piątek. Smród zawsze był z tej torby niesamowity. Duży i silny był, więc w łeb dostać nie mógł, kar finansowych się nie bał, nie działało na niego nic. No i raz mój serdeczny druh Patrick Pothuizen postanowił dać mu do zrozumienia, że dłużej nie wytrzymamy. Wziął pudełko po jego butach i zwyczajnie zrobił kupę do środka. Potem zamknął i włożył tamtemu do szafki. Przez tydzień smród roznosił się niemożliwy. Wszyscy przesiadali się jak najdalej od tego miejsca, a on nic, zupełnie nieczuły. W końcu zajrzał. Od tego momentu problemy się skończyły, nawet buty miał wypucowane zaraz po meczu. Była… kupa śmiechu. O, to chyba może być całkiem zgrabny tytuł artykułu, prawda?

Są ludzie do żartów stworzeni. Podobnie jest z piłkarzami. Są też tacy, za których nikt nie dałby złamanego grosza w tym temacie i dopiero po bliższym poznaniu okazuje się, że mamy do czynienia z nie lada żartownisiem. Taki Piotr Lech: blisko dwa metry wzrostu, 90 kilo wagi, gdy kroczył, to – jak obrazowo mówił Bogusław Kaczmarek – ziemia się trzęsła. W rozmowie wyważony, odpowiadający tubalnym głosem. A podobno jajcarz pierwszej wody. Tak przyzwyczaił do rozmaitych numerów, że kiedy pojechał do cukierni swoim Fiatem 1500 (nawiasem mówiąc już wystawionym na sprzedaż) odebrać tort na urodziny kolegi z zespołu i po drodze w wypadku skasował auto, z tortu przy okazji czyniąc miazgę, to koledzy z Ruchu myśleli, że to kolejny żart Piotrka, który specjalnie ciasto rozwalił. – Niezły z niego był numer – śmiał się Mariusz Śrutwa. – A kiedy chciał się popisać, to skakał przez Malucha…

JAK WKRĘCIĆ MĘŻA?

Może nie jest to klasyczny wypust, ale brzmi dobrze, więc żal nie przytoczyć. Dotyczy trochę piłkarskich przesądów. I tak Franciszek Smuda wierzył, że kobieta w szatni przed meczem przynosi wyłącznie pecha. Zawsze dbał o to, by nic podobnego nie wydarzyło się przed meczem jego drużyny. Kiedyś przyjechał z Legią do Łodzi, a doskonale swojego byłego współpracownika i jego przesądy znał wieloletni kierownik Widzewa – Tadeusz Gapiński. Oto fragment znaleziony w „PS”: – Smuda przeczuwając, że coś wisi w powietrzu, postawił przy wejściu do szatni kierownika drużyny i zakazał mu wpuszczania kogokolwiek. Zapomniał jednak o drugich, rzadko używanych drzwiach. To właśnie w nich pojawiła się Barbie, około 70-letnia pracowniczka Widzewa. Smuda rozprawiał o zbliżającym się meczu, kiedy usłyszał chrypiące: Komu kawa? Komu herbata? Barbie jak gdyby nigdy nic weszła z tacą pełną gorących napojów. Gapiński, pomysłodawca żartu, wił się ze śmiechu za drzwiami, za to twarz Smudy oblały na przemian purpura i bladość. Ryknął tylko do starszej pani: Sp…!.

Czasami do figla trzeba zaangażować większe siły. Jak nie kierownika drużyny, to dyrektora, to kilku kumpli, a nawet czyjąś żonę. Zdarza się jednak, że to żona jest sprężyną całego zamieszania. W ten sposób przez miesiąc chodził wkręcony Arkadiusz Malarz. To było jeszcze w Bełchatowie. Dwóch jego ulubieńców z zespołu, czyli bracia Michał i Mateusz Makowie, okazali się bezlitośni i doskonale współpracowali z żoną Malowanego – Darią Kabałą-Malarz, na co dzień reporterką stacji NC+, zatem znającą piłkarskie szatnie jak mało kto.

– Chodziło o historię z Michaelem Gspurningiem, z którym rywalizowałem o miejsce w bramce Skody Xanthi – opowiadał nam kiedyś obecny bramkarz Legii Warszawa. – Mieliśmy dobry kontakt, ale był oczywiście moim konkurentem. Dopiero jak odszedłem do PAO, to on zaczął bronić regularnie i miał nawet świetny sezon w Xanthi.

– Długo myślałam nad tym kawałem – potwierdziła Daria. – Zadzwoniłam do Michała Maka, wykradając numer z aparatu Arka, powiedziałam mniej więcej, o co chodzi, i kazałam im myśleć nad strategią. Mieliśmy kilka opcji, ale żadna mnie nie przekonała. I nagle wpadłam na pomysł z tym Gspurningiem. Sprawdziłam, że wciąż szuka klubu, i wymyśliliśmy z Maczkami historię, że niby ma przejść do Bełchatowa. Oni zagadnęli Arka jakby nigdy nic po treningu, czy słyszał, że ten Austriak przyjeżdża, czy zna go itd. No i się zaczęło. Arek przeglądał internet, sprawdzał, szukał potwierdzenia, łyknął jak świeżą bułę.

I tak gorączkował się przez miesiąc, zastanawiając się czy znów będzie musiał rywalizować z austriackim golkiperem, niemalże swoim prześladowcą. Szydło wyszło z wora tylko dlatego, że Daria się zlitowała, bo Maczki oczywiście nic nie powiedzieli.

SZAMPON? PROSZĘ BARDZO

Przez lata w Bełchatowie występował Jacek Popek, któremu najmocniej jednak utkwił w pamięci numer z Płocka. – Mocno sypał śnieg. Przyjechała firma odśnieżająca parking, zgarnęła wszystko, porobiły się hałdy. Zepchnęliśmy samochód jednego z kolegów na bok, złapaliśmy za łopaty i zaczęliśmy na niego sypać mokry, lepiący się śnieg. Wcześniej przykryliśmy go jeszcze siatką zdjętą z bramki, by lepiej się wszystko trzymało. Roboty było dużo, więc zaangażowaliśmy w nią ludzi z obsługi stadionu. Moment i doskonale wtapiająca się w otoczenie góra była gotowa. Kumpel jak wyszedł, to pobladł. Zgłosił zaginięcie samochodu na posterunku policji. Dopiero następnego dnia go uspokoiliśmy… 

W Płocku do wielkiej kariery startował Marcin Wasilewski, który grając w Anderlechcie Bruksela namówił kolegów i wspólnym wysiłkiem wstawili smarta innego kolegi do kontenera na skoszoną trawę… Czasem nie pozostaje nic innego jak śmiech przez łzy. Kiedy w warszawskiej Polonii bieda aż piszczała, a piłkarze nie mogli się doczekać zaległych poborów, ulubioną prowokacją było przyklejenie pięciozłotówki do podłogi w szatni. Niejeden się pochylił, albo próbował dyskretnie podsadzić klapkiem …

Zbigniew Zakrzewski to były napastnik Lecha Poznań i jednocześnie dobry duch dawnego Kolejorza. Mając w szatni takich jak on, Mariusz Mowlik, czy Bartek Ślusarski, trzeba było się pilnować. A to Łukasz Madej musiał wzywać lawetę po samochód, bo nie wiedział, że kumple wymontowali mu mechanizm z pilota, a to swoje nowiutkie auta Krzysztof Kotorowski zastawał ubłocone po drifcie w wykonaniu kolegów, a to ktoś podnosił buty sklejone podeszwami… Sztandarowym numerem w szatni Kolejorza było obserwowanie kiedy ktoś przyjdzie w czarnych skarpetach. Wówczas błyskawicznie miał smarowane od wewnątrz skarpetki pastą do butów tak, by potem przez tydzień nie mógł odszorować nóg i najlepiej było trafić tuż przed urlopem delikwenta, by nie mógł się za bardzo pokazać na plaży. O tym wszystkim Zaki wspominał niedawno na antenie Lech TV, przy okazji zdradzając historię z Franzem Smudą: – Pamiętam, że trener pod byle pretekstem przychodził do szatni, by sobie pożyczyć nasz, zawodniczy, szampon. Cały czas go pompował, a mieliśmy fajny pięciolitrowy. No i w końcu nalaliśmy tam farby do włosów… Więcej nie przychodził. Delikatnie się zagotował. Musiał to potem zmywać i niepochlebnie się o nas wypowiadał…

Trenerzy zatem także padają ofiarami żartów, choć może nie tak brutalnych jak zawodnicy. Pięć lat temu Orest Lenczyk udzielał na żywo wywiadu telewizji Orange Sport. Była późna pora, wieczór, w pewnym momencie prowadzący program Mateusz Święcicki poinformował, że na linii jest Sebastian Mila i chce rozmawiać z trenerem, a widocznie nie mógł się do niego dodzwonić. – Panie trenerze, jedno małe pytanie – telewidzowie usłyszeli głos ówczesnego pomocnika Śląska. – Ze względu na to, że trener jest dzisiaj w studiu, to czy jutrzejszy trening jest przesunięty czy odwołany i czy sobotni wyjazd do Czech jest obowiązkowy, czy tylko jadą piłkarze, jak kto chce?

– Sebastian, ja uważam, że to pytanie jest prowokacją – nawet Lenczyk nie wytrzymał i musiał się uśmiechnąć, ale grzecznie i konkretnie odpowiedział nie tracąc zimnej krwi… Jak widać piłkarskie żarty żadnych świętości nie uznają. I dobrze, bo śmiech to zdrowie.

Zbigniew Mucha

TEKST UKAZAŁ SIĘ W NAJNOWSZYM WYDANIU TYGODNIKA „PIŁKA NOŻNA”

Możliwość komentowania została wyłączona.

Najnowsze wydanie tygodnika PN

Nr 28/2026

Nr 28/2026

Polska Ekstraklasa

Z Arsenalu do Cracovii. Młody pomocnik przy ul. Kałuży

Cracovia tego lata nie jest specjalnie aktywna na rynku transferowym, skupiając się głównie na ściąganiu młodych i perspektywicznych piłkarzy. Kolejny z nich właśnie zawitał przy ul. Kałuży.

2024.05.19 Krakow
Pilka nozna PKO Ekstraklasa sezon 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
N/z Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Foto Mateusz Sobczak / PressFocus

2024.05.19 Krakow
Football Polish League PKO Ekstraklasa season 2023/2024
Cracovia - Rakow Czestochowa
Cracovia stadion widok ogolny ilustracyjne
Credit: Mateusz Sobczak / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie! Górnik Zabrze z kolejnym transferem!

Nowy obrońca melduje się w Zabrzu. Maximilian Dietz podpisał kontrakt z triumfatorem Pucharu Polski!

2026.05.23 Zabrze
Pilka nozna PKO BP Ekstraklasa Sezon 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
N/z Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Foto Marcin Bulanda / PressFocus

2026.05.23 Zabrze
Football Polish PKO BP Ekstraklasa League Season 2025/2026
Gornik Zabrze - Radomiak Radom
Rafal Janicki, Maksym Khlan, Pawel Olkowski, Yvan Ikia Dimi, Patrik Hellebrand, Lukas Ambros, Sondre Liseth, Josema Sanchez, Lukas Sadilek, radosc, radosc po golu, radosc po bramce
Credit: Marcin Bulanda / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Reprezentant Polski zmienia klub! Zostały już tylko formalności!

Związany z Górnikiem Zabrze Kryspin Szcześniak będzie miał nowy klub. Według mediów, zawodnik zmieni barwy, ale pozostanie w PKO BP Ekstraklasa.

2025.11.13, Warszawa 
Pilka nozna, Reprezentacja Polski 
Trening przed meczem Polska - Holandia 
N/z Kryspin Szczesniak 
Fot Rafal Oleksiewicz / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Cztery sygnały po Superpucharze. Jaki Lech przystępuje do sezonu?

Po raz pierwszy od dekady i siódmy w historii Lech sięgnął po Superpuchar Polski. Na podstawie spotkania o najmniej prestiżowe z krajowych trofeów trudno o daleko idące wnioski, natomiast pewne sygnały przed przystąpieniem do gry o Champions League zostały przez Kolejorza wysłane.

2026.07.16 Poznan
Pilka nozna Superpuchar polski
Lech Poznan - Gornik Zabrze
N/z Mikael Ishak gol radosc bramka
Foto Pawel Jaskolka / PressFocus

2026.07.16 Poznan
Football Polish Supercup 
Lech Poznan - Gornik Zabrze 

Credit: Pawel Jaskolka / PressFocus
Czytaj więcej

Polska Ekstraklasa

Oficjalnie: Cracovia przedłużyła kontrakt i wypożyczyła zawodnika

Bartosz Biedrzycki podpisał nową umowę z Cracovią. Jednocześnie Pasy postanowiły wypożyczyć 23-latka do pierwszoligowej Odry Opole.

2025.08.03 Krakow
Pilka nozna , PKO BP Ekstraklasa sezon 2025/26
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
N/z Bartosz Biedrzycki
Foto Krzysztof Porebski / PressFocus

2025.08.03 Krakow
Football Polish top league , 2025/2026 season
Cracovia Krakow - Lechia Gdansk
Bartosz Biedrzycki
Credit: Krzysztof Porebski / PressFocus
Czytaj więcej